12.02.2007

Stacey Kent - Piękno ciszy


Kochają ją fani, jej głosem oraz interpretacjami jazzowych ballad zachwycają się krytycy, a wyniki sprzedaży jej albumów wciąż rosną. Od czasu debiutu w 1997 roku nagrała ich chyba już dziesięć. Amerykańska wokalistka Stacey Kent odwiedza Polskę dość często. Podczas tej rozmowy towarzyszył nam jej mąż i zarazem współpracownik, saksofonista Jim Tomlinson. 

Patrycja Długoń: O historię twoich pierwszych kroków muzycznych, a jednocześnie historię waszego poznania proszono was już wiele razy. 

Stacey Kent: To prawda, ale nie mamy nic przeciwko temu, żeby opowiedzieć ją raz jeszcze! Kochamy ją! To nasza historia! Więc kiedy byłam studentką literatury w Niemczech, postanowiłam zrobić sobie przerwę w studiowaniu i pojechałam w odwiedziny do przyjaciół w Anglii. Jimmy skończył właśnie studia i razem ze znajomymi planował wyjazd do Londynu na przesłuchanie do Guildhall School of Music. Pojechałam z nimi i o dziwo, ja także zostałam przyjęta, mimo że nigdy nie uczyłam się śpiewać. Wiele zbiegów okoliczności towarzyszyło naszemu poznaniu, jak na przykład to, gdzie zamieszkaliśmy. Londyn jest ogromny, a my skończyliśmy wynajmując mieszkania położone tak blisko siebie, że do szkoły jeździliśmy z tego samego przystanku. Cały czas na siebie wpadaliśmy. Patrząc na nas z boku ktoś mógłby powiedzieć, że jakaś ogromna siła popychała nas ku sobie, ale nie było to też specjalnie trudne, bo ciągnęliśmy ku sobie. W każdym razie po roku studiów ja miałam wracać do domu, Jim miał wrócić na Oxford, ale fakty są takie, że chcieliśmy grać ze sobą, zostaliśmy więc w Londynie i wszystko zaczęło się bardzo szybko rozkręcać – po pierwszym występie zaczęliśmy dostawać kolejne propozycje, szybko podpisaliśmy kontrakt płytowy, wystąpiliśmy w filmie... no i się pobraliśmy! 

PD: Czy pamiętacie swój pierwszy wspólny występ? 

Jim Tomlinson: Oczywiście! Było to jeszcze w college’u, graliśmy w bardzo niewielkim miejscu na Portobello Road, gdzie scena była tak mała, że musieliśmy ustawić się na niej jak w kolejce! 

SK: Mamy dużo radości z grania ze sobą. W muzyce ważna jest chemia – gdy pomiędzy ludźmi coś iskrzy, wtedy można mieć szansę na stworzenie czegoś prawdziwie magicznego. Nie wystarczą wspaniałe utwory i świetni muzycy. Wydaje mi się, że od samego początku to rozumieliśmy i do współpracy szukaliśmy ludzi myślących podobnie do nas, mówiących tym samym językiem, niekoniecznie wywodząc się z tej samej kultury. Pomiędzy nami zaskoczyło coś od pierwszego momentu, mimo że pochodzimy z zupełnie innych światów – ja jestem Amerykanką, a Jim Anglikiem. Myślę, że dzięki temu zbudowaliśmy bardzo solidne fundamenty, na których opiera się siła naszego zespołu i muzyki. 

PD: Czy fakt, że nie marzyłaś o karierze wokalistki przez całe życie, ma wpływ na twoją muzykę, daje ci inne spojrzenie? 

SK: To bardzo dobre pytanie... Oczywiście bagaż doświadczenia, jaki każdy ze sobą niesie jest inny, ale odpowiedź na twoje pytanie brzmi: absolutnie tak! Nie mówię, że najlepiej iść moją drogą, bo ona jest po prostu moja i to ona mnie ukształtowała. Pochodzę ze świata naukowego, a moi rodzice są raczej konserwatywni. Jako dziewczynka marzyłam o śpiewaniu cały czas, ale nigdy nie myślałam, żeby zostać muzykiem, bo nie było to po prostu praktyczne. 
Fakty są takie, że zaraz po powrocie do domu rzucałam się na swoje płyty, a kiedy według grafika w kuchni, jaki mieliśmy z rodzeństwem, przypadał mój dyżur – przy zlewozmywaku śpiewałam i śpiewałam. W szkole wszyscy znajomi prosili mnie zawsze, żebym coś zaśpiewała. Więc musiałam mieć oczywiście dobry głos i kochałam muzykę. Świetnie, że w świat muzyki profesjonalnie wkroczyliśmy dopiero w dorosłym życiu. Swoich studiów nie zamieniłabym za nic na świecie, nauczyłam się tam czegoś, co uwielbiam – opowiadać historie. 
Uwielbiam opowieści! Jako studentka literatury bawiłam się przecież słowami, ich brzmieniem i teraz robię dokładnie to samo z muzyką – opowiadam historie. To piękna paralela i być może gdybym studiowała w tym czasie muzykę, nie miałabym teraz tyle do wniesienia. 

PD: Jaka muzyka otaczała cię w dzieciństwie? 

SK: Bardzo eklektyczna. Dorastałam w Nowym Jorku, gdzie radio nadawało wszystko, co tylko sobie wymarzysz. Słuchałam stacji z muzyką klasyczną, country & western, gospel... Pamiętam takie radio, gdzie Judy Garland, Barbara Streisand czy Frank Sinatra śpiewali po prostu piękne piosenki! Myślę, że to z miłości do muzyki chciałam przyjąć taką jej ogromną różnorodność. 
Cały czas przebierałam w gatunkach – słuchałam wszystkiego od The Beach Boys do Marii Callas. Moi rodzice kochali muzykę klasyczną, więc w dzieciństwie towarzyszył mi Mozart, Chopin, Debussy, Ravel, Mendels¬sohn... Mieszkaliśmy naprzeciw Metropolitan Opera House, więc jako mała dziewczynka często chodziłam też do opery. Uwielbiałam magię tego miejsca! Jako najmłodsza w rodzinie byłam pod silnym wpływem swojego rodzeństwa, więc zasłuchiwałam się też w muzykę takich artystów, jak Crosby, Stills & Nash, Neil Young, Paul Simon, James Taylor, Joni Mitchell, Cat Stevens... I oczywiście jazz. Przecież Nowy Jork jest królestwem jazzu! Był wszędzie – w radiu, w sklepowych głośnikach, w restauracjach. Poznałam więc ogrom muzyki i dziś widzę, że miałam dużo szczęścia. 
Przemysł muzyczny się zmienił, w radiu i telewizji słyszysz cały czas te same kawałki, bo wytwórnia pompuje pieniądze w jednego artystę. Jeżeli chodzi o naszą muzykę, jest taka jak my – romantyczna. Lubimy miękkie dźwięki i chcemy, żeby muzyka wprawiała nas i naszych słuchaczy w dobry nastrój. I chyba każdy utwór, którego słuchamy, zostaje w naszych głowach i jakoś tam wpływa na naszą twórczość. 

PD: Co twoim zdaniem sprawia, że stanowiące lwią część twojego repertuaru piosenki z The Great American Songbook są tak uniwersalne i ponadczasowe? 

SK: Uwielbiam podróżować po całym świecie i spotykać się z ludźmi. Jako muzycy mamy ten przywilej, że możemy podróżować często. Okazuje się, że nie różnimy się między sobą mimo, że wywodzimy się z przeróżnych kultur. Bardzo trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego właśnie ten okres w historii muzyki okazał się tak owocny. Z historycznego punktu widzenia znaczenie ma tu fala emigrantów i dziedzictwo kultury europejskiej, które ze sobą wnieśli. Tworzyli piosenki, które dotykają człowieka w najczulszym punkcie, trafiają w samo serce... Nieważne kim jesteś, ile masz lat, jakiej jesteś rasy czy kultury znajdziesz w nich coś istotnego dla ciebie, bo dzielimy te same uczucia. 
To kocham w tych opowieściach. Kiedy je śpiewam, naprawdę opowiadam swoją historię, tak jak słuchacz – odkrywam w nich coś swojego. Mam nadzieję, że w naszej muzyce udaje nam się dotykać jakichś ważnych strun w człowieku. Co dla nas ważne, to że gramy ją zawsze całym sercem dla tych, którzy chcą jej słuchać i dzielić tę romantyczną przestrzeń. To przedziwne, wspomniałaś że to stare piosenki i one oczywiście powstały dawno temu, ale dla mnie to nie ma znaczenia. Nie wnikam w historię ich powstania, jak archiwista. Nie chcę, by zabrzmiało to arogancko, ale ich historia mnie nie obchodzi, choć jest ciekawa. Dla nas ważne jest to, żeby nasza muzyka w sposób istotny odnosiła się do naszego życia. W płaszczyźnie muzyki wszystkie różnice między ludźmi mogą zniknąć i to właśnie najbardziej mnie ekscytuje. 

JT: Piosenka o miłości będzie zawsze piosenką o miłości. Ludzie się nie zmieniają – rodzą, idą przez życie i umierają, a jeżeli mają szczęście, spotyka ich miłość. To się nie zmienia bez względu na to, jak bardzo powierzchowny jest świat. Piosenki z The Great American Songbook często przekazują coś ważnego o kondycji ludzkiej, mówią o nas wszystkich i dlatego nadal są aktualne . 

PD: Twój sposób śpiewania jest bardzo prosty, oszczędny. Nie śpiewasz też scatem... 

SK: Jedną z naszych mocnych stron jest to, że wiemy kim jesteśmy i co chcemy osiągnąć. W konsekwencji potrafimy nie schodzić na manowce. Oczywiście na początku wiele eksperymentowaliśmy, ale przez cały czas mój głos rozwijał się bardzo naturalnie. Nie śpiewam scatem, ponieważ przywiązuję tak wielką wagę do tekstu, że nie widzę sensu wychodzić poza jego granice i opowiadać moją historię bez pomocy słów. Scat bywa niesamowity, ale kiedy nie chodzi o piosenkę. 
Słuchaliśmy niedawno, jak Ella Fitzgerald śpiewała scatem z big bandem. To było aż niewiarygodne! Ale słuchając różnych wokalistów tak często słyszysz niemal, jak myślą podczas śpiewania: jestem wokalistą jazzowym, więc powinienem śpiewać scatem. Opowiadam historię śpiewając, a na piosenkę składa się już tyle komponentów – melodia, harmonia, groove, który potrafi być doskonały. Nie ma znaczenia, jakim słowem nazwiemy naszą muzykę. Ja spełniam tylko swoją rolę – pozwolić słuchaczom, zespołowi i sobie, żeby porwała nas historia, którą wspólnie opowiadamy. Nie chcę odwracać uwagi od opowieści. 

JT: Muzyka ma wydobyć znaczenie słów piosenki, bo powstała wokół słów. Jeżeli to nie słowa w piosence są najważniejsze, to może powinna być to muzyka instrumentalna? Dla nas tekst utworu jest w samym centrum. Pisząc aranżacje zawsze myślę, o czym mówią słowa piosenki. 

SK: W jazzie zbyt często pomija się znaczenie tekstu. Muzyka musi ci pasować – jak ubranie. Jim powtarza mi kiedy jeździmy na nartach: nie staraj się tak bardzo, zrelaksuj się, a twoje ciało przystosuje się samo. Szkoda, że ludzie czasem jakby na siłę podchodzą do muzyki – jaką piosenkę mogę zaśpiewać? jak to zrobić? jak sprawić, żeby działało? może kiedy zmienimy tonację – coś zaskoczy? My poszukujemy prostoty, ale nie mówię, że wszyscy tak mają robić. Przecież tyle wspaniałej muzyki powstało z innym, niż nasze podejściem! 

PD: Ktoś powiedział, że w muzyce chodzi o ciszę pomiędzy dźwiękami. 

JT: Jak najbardziej! Podobnie jak w chińskim malarstwie – najważniejsze nie jest to, co zostało namalowane, ale te puste, niezamalowane miejsca. A najpiękniejsze melodie składają się głównie z ciszy. 

PD: Które wokalistki jazzowe współtworzą ścieżkę dźwiękową twojego życia? Wspomniałaś już Ellę Fitzgerald... 

SK: Moja odpowiedź każdego dnia będzie inna. W szkole średniej miałam melancholijny okres, kiedy najważniejsza była dla mnie Billie Holiday. Nadal doceniam jej geniusz, ale mówiąc szczerze, jej muzyka, mimo że wspaniała, jest dla mnie zbyt smutna, żeby do mnie dziś trafić. Dziś rano słuchałam Nancy Wilson – jest po prostu nieprawdopodobna! Małymi środkami osiąga tak wiele! I to z ogromnym wdziękiem! W jej śpiewie można zobaczyć duszę. Z wokalistek plasowanych na granicach jazzu mogę wymienić Rosemary Clooney. Kocham sposób, w jaki śpiewa, kocham jej interpretacje, swing w głosie. Oczywiście Shirley Horn, która śpiewając po prostu maluje obrazy. No i kocham Ellę oraz jej duety z Louisem. 

PD: Będąc małżeństwem, pracujecie ze sobą. Czy są jakieś ciemne strony takiej sytuacji? 

SK: Będąc absolutnie szczera – nie! To najprostsza rzecz na świecie! W życiu nie uniknie się smutków i problemów, ale fakt, że mogę dzielić swoje życie z tą osobą (nie patrz na mnie, Jimmy!) sprawia, że czuję się szczęśliwa. Każdego ranka budzę się i jest przy mnie mój najbliższy przyjaciel. Uwielbiamy spędzać ze sobą czas, ogromnie dużo nas łączy, co oczywiście nie znaczy, że się czasem nie posprzeczamy. Ale takie momenty szybko mijają, czasem tylko dlatego, że Jim powie znów coś śmiesznego. Myślę, że chodzi o to, że my kochamy się śmiać! Życie nie oszczędza nam smutków, ale wtedy przed snem oglądamy sobie komedie. 
Cudownie jest rozejrzeć się dookoła i umieć dostrzec, jak wiele piękna jest wokół. Wspólna praca też nam jakoś łatwo zawsze przychodzi – podziwiam muzykę, którą Jim tworzy. Droga przez życie bez niego, mimo że tak kocham muzykę – wydaje mi się pełna smutku... 

JT: Razem jesteśmy lepsi niż z osobna. 
/pd/

Historia Stacey Kent
Jazz Forum 12/2007

5.17.2006

Chris Rea - O bluesie i innych uczuciach

W zeszłym roku Chris Rea zaskoczył cały świat – jednego dnia wydał jedenaście swoich albumów z premierowym materiałem (co przekłada się na 12 godzin muzyki lub 137 utworów), i na tym wcale nie koniec. Dwunastym krążkiem jest płyta DVD z filmem dokumentującym powstanie projektu, a wszystko to umieszczono w grubej książce zilustrowanej obrazami autorstwa samego Mistrza.

Wyjątkowe wydawnictwo The Blue Guitars oraz zapowiedź ostatniej trasy koncertowej artysty (warszawski koncert 17-go marca) stały się pretekstem rozmowy, która miała miejsce pewnego listopadowego wieczoru w warszawskim Hotelu Bristol.

Patrycja Długoń: Co czujesz patrząc na ten piękny projekt?

Chris Rea: Tacy ludzie jak ja zawsze myślą: może mogłem zrobić to lepiej… Moja rodzina dobrze o tym wie – nigdy nie jestem w pełni zadowolony, więc myślę już o następnym projekcie. W przemyśle muzycznym jest nas kilku, którzy przez te wszystkie lata pracowali z miłości do muzyki, a nie dla sławy, niestety takie podejście stwarza wiele problemów. To idea, która nie istnieje w rzeczywistości, ale jeszcze żyje kilku z tych, którzy kochają muzykę – Mark Knopfler, Eric Clapton, Chris Rea, Van Morrison… I tylko o nią nam chodzi. 

W książce znajduje się jedenaście albumów, szkoda, że nie nagrałem ich wcześniej. Każdy brzmi inaczej. Z wielkim zapałem szukałem tych brzmień różnych rodzajów bluesa – New Orleans, Chicago… I chodziło mi o muzykę, nic innego.

PD: Żałujesz, że nie nagrałeś ich wcześniej?

CR: Tak, ale teraz jestem szczęśliwy. Nie wstydzę się niczego, co stworzyłem, ale kiedyś nad brzmieniem pracowali producenci zatrudnieni przez wytwórnie płytowe. Dla kogoś stojącego z boku może nie mieć to znaczenia, ale kiedy przejmujesz się swoją muzyką, to wielka sprawa. Trzeba z tym jakoś żyć. Czasem, choć nieczęsto, gdy widzę się z takimi facetami jak Van Morrison, czy Mark Knopfler, stroimy z siebie żarty, że męczy nas brak zadowolenia z tego czy tamtego. W świecie rockowo-bluesowym jest podobnie, jak z dyrygentem orkiestry, który nieustannie poszukuje „jeszcze innego” brzmienia.

PD: Czy można powiedzieć, że to najbardziej twórczy okres w Twoim życiu?

CR: Nie, dla mnie nic się nie zmieniło. Dzięki temu, że odniosłem sukces, jeżeli o czymś teraz pomyślę, po prostu to robię. Kiedyś musiałem prosić o pozwolenie, grać w jakieś polityczne gierki, po to tylko żeby ktoś zgodził się mnie wesprzeć. Zdobywanie poparcia nie miało nic wspólnego z muzyką. To bardzo interesujące, że muzyk musi funkcjonować w świecie polityki... Niektórym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Dla mnie było to niezwykle trudne. 

Jedyna różnica polega więc na tym, że kiedy wpadnę na taki pomysł jak The Blue Guitars, nic mnie nie powstrzyma. Nie za wiele zostało z tego biznesu – mamy pop i jedną, czy dwie osoby, które robią coś interesującego - to wszystko. Nawet tacy ludzie, jak Elton John są sfrustrowani, bo kiedy masz na koncie już dwadzieścia płyt, dochodzisz do punktu w którym należałoby powiedzieć: dość już! Jeżeli pomyśleć o muzyce rockowej jak o obrazie, ma ona ograniczony zasób kolorów, nie jest on nieskończony. Więc na ile jeszcze płyt Eltona Johna masz ochotę? Jest wspaniały, uwielbiam go, ale nie można nagrywać po prostu kolejnej płyty, mamy ich wystarczająco dużo. Więc teraz szukam sposobów, które są bardziej interesujące, niż nagranie po prostu kolejnej płyty. To właśnie mnie dziś ciszy: nie muszę już nagrywać według czyichś zasad. 

PD: Doskonale znasz historię bluesa. Przed nagraniem The Blue Guitars przeczytałeś dodatkowo ogromną ilość książek, wiele wysiłku włożyłeś w zdobycie odpowiednio wiekowych gitar i wzmacniaczy, dlaczego więc nie chcesz, by ten projekt postrzegano jak historię rozwoju bluesa?

CR: Nie chcę, by ludzie brali taką lekcję na poważnie. Nie wierzę też, że blues i wszystkie jego rodzaje mogły być sprowadzone do szkolnej lekcji, bo to źle dla bluesa. Powodem dla którego blues zdobył tak ogromną popularność był jego nieustanny rozwój. To właśnie fascynuje mnie w bluesie. Zmieniał się cały czas, więc dziś nie powinniśmy się zatrzymywać, ale iść dalej. Jeden z najwspanialszych utworów bluesowych, jakie kiedykolwiek powstały, to Kind of Blue Milesa Davisa, ale gdyby zapytać: czy to blues? - powiedziano by: nie, bo nie ma tu gitar! Więc nie chcę, by to była lekcja historii, ale raczej wyraz mojej fascynacji.

PD: W trakcie sesji nagraniowych zastanawiałeś się może, gdzie w tym wszystkim umieścić jazz?

CR: W balladach bluesowych jest dużo jazzu. Szczególnie w nagraniach, w których wziął udział Eric Seva z Paryża. Ale miały też miejsce pewne osobliwe momenty, w których uświadamiasz sobie, skąd jazz się w ogóle wziął. [Na The Blue Guitars] Jest taki utwór Talking ‘bout New Orleans, gdzie chłopaki grają rocka, ale w tym samym czasie i tym samym rytmie słychać jedną z orkiestr znad Mississippi, więc jest tak [CR śpiewa], a w tle [śpiewa], i to wszystko do siebie pasuje! I widzisz skąd się bierze! Mam dreszcze nawet jak tylko o tym mówię! Jest też utwór country-bluesowy KKK Blues o Ku-Klux-Klanie. Idea była taka, że będę grał na gitarze slide, a Silvin [Marc], który ma francusko-afrykańskie korzenie – na afrykańskiej gitarze dobro. W swoim solo wykorzystał zupełnie inne od europejskich skale afrykańskie, i kiedy je rozpoczyna, utwór zaczyna brzmieć jak Porgy and Bess! To fascynujące, że na tak prymitywnych instrumentach, jak banjo i afrykańskie dobro, oni grają w taki sposób, że nagle rozpoznajesz skąd wziął się utwór Porgy and Bess. To fantastyczne!
Ludzie z zewnątrz myślą, że była to dla nas ciężka praca, a to wcale nie była praca! Przykro nam, że się skończyło! Szkoda, że nie mieliśmy nagrać dwudziestu albumów!

PD: We wstępie do The Blue Guitars wspominałeś coś o pięćdziesięciu!

CR: W pewnym momencie powiedziałem swojemu managerowi: Trzy więcej i zobacz [bierze do ręki The Blue Guitars], nie będzie można jej zamknąć! A robisz to już i tak za niską cenę. Teraz ty musisz mi pomóc, bo muszę to skończyć. Więc tych kilku albumów zabrakło.

PD: W tym samym wstępie stwierdziłeś również, że jedna płyta więcej, to byłoby za dużo dla słuchacza. Czy jako twórca potrzebujesz zrozumienia swoich odbiorców? 

CR: Są dwie odpowiedzi na to pytanie. Po pierwsze, dodatkowe albumy komplikowałyby całą sprawę. W zeszłym tygodniu pewien włoski bluesman powiedział mi, że nie ma irlandzkiego ani latynoskiego bluesa, bo blues jest czarny i z Chicago. A to przecież nieprawda! To tak, jakby powiedzieć, że nikt inny na świecie nie jest wrażliwy. Odpowiedziałem mu, że według jednej z największych postaci bluesa jaką znam, blues powstaje gdy muzycznie rozpoznajesz emocje. Znów przywołam tu Milesa Davisa i Kind of Blue. A jednym z największych twórców bluesa był Czajkowski! Niektóre z jego utworów w niewiarygodny wręcz sposób wyrażają uczucia! Może gdyby Czajkowski był czarnym niewolnikiem napisałby jakiś Mississippi blues? Był Rosjaninem, lecz to wcale nie znaczy, że nie czuł bluesa! Ale wielu ludzi tego nie rozumie.
Po drugie, jestem tak szczęśliwy robiąc co robię, że nie domagam się, by każdy tego słuchał. Trzeba uważać, żeby nie stać się Adolfem Hitlerem, sam nie znoszę, gdy ktoś mówi mi co mam robić. Jedni zrozumieją, inni nie, ale nie próbuję startować w wyborach, więc…

PD: Blues muzycznie rozpoznaje emocje, ale to chyba zawsze uczucia smutku i bólu…

CR: Myślę, że blues jest bardziej złożony, niż ten amerykański Mississippi blues, który jest tylko jednym z jego rodzajów. Chodzi o kombinację wrażliwości i wiedzy muzycznej, a gdy te dwa elementy połączysz – powstaje blues.
Muzyka bluesowa to nie jest jedna emocja, lecz worek emocji pewnego rodzaju. Gdy Miles Davis tworzył swoje Kind of Blue z pewnością towarzyszyły mu inne emocje, niż cierpiącemu niewolnikowi. Chodzi o głębię uczucia… Dziękuję. [po polsku] Dzięki tobie przyszło mi coś do głowy…
To gąszcz pewnych emocji, które przeżywają niektórzy. Na szczęście nie wszyscy, bo stałoby się to nudne. Są ludzie, którzy doskonale potrafią tworzyć wesołą muzykę na sobotnie wieczory, nie jestem jednym z nich, choć próbowałem, bo myślałem że coś ze mną nie tak skoro nie potrafię stworzyć popowego przeboju, czy muzyki tanecznej. Kiedyś martwiło mnie to, dziś na szczęście już nie.

PD: W swoim najnowszym wydawnictwie objawiasz się światu również jako malarz…

CR: Malarstwo jest dla mnie czymś nowym. Wszystkim mówię, że jestem studentem malarstwa. Odkryłem je dopiero trzy lata temu, szkoda że nie w czasach mojej młodości, ale wtedy na północy Anglii nie było takich możliwości. Uwielbiam to! Uczę się coraz więcej z tygodnia na tydzień, czytam wiele książek, uczęszczam właśnie na lekcje perspektywy. Odkąd skończyłem prace nad The Blue Guitars zacząłem malować góry, same ich kształty z jeziorem u podnóża. Jest takie miejsce – Montreaux nad Jeziorem Genewskim, i nie ma dnia w roku by wyglądało podobnie! Tak jak Claud Monet ciągle malował stogi siana, tak ja maluję teraz góry. Kocham to! Ale nie chcę, by brano to zbyt poważnie. To nudne, kiedy muzyk przechwala się czego to on nie robi, bo to brak szacunku dla ludzi, którzy malarstwem zajmują się od wielu lat. Poza tym, gdybym do swojego malowania podchodził z powagą, pewnie nie znajdowałbym w nim takiej przyjemności, a kocham to! Poza tym, malowanie jest tańsze od golfa! [śmiech]

PD: Nie podoba Ci się fakt, że coraz częściej muzykę ściąga się z Internetu. Czy to dlatego, że znając płytę we fragmentach, nie sposób pojąć ideę całości albumu?

CR: Dokładnie dlatego. W ten sposób umiera kultura. Podstawą przemysłu muzycznego i źródłem jego dochodów jest kultura albumu. Przemysł muzyczny właśnie na niej tak bardzo się rozwinął – było wiele gatunków muzycznych, wiele albumów, wielu artystów. Tworząc, artyści myśleli o swoich słuchaczach, bardzo starannie dobierało się też kolejność utworów. Słuchanie płyt było niezwykle uroczystym momentem! 
Najgorzej mają dziś młodzi artyści, i wiem, że to prawda. Mam niezłych informatorów – szesnasto i dwudziestoletnie córki. Mówią mi wszystko, nawet tylko swoim zachowaniem. Jest taki człowiek, Ben Harper. W dawnych czasach byłby gdzieś pomiędzy Bobem Marley’em a Jimmi Hendrixem, a jest nigdzie, bo nie można ściągnąć jego utworów z Internetu, nie usłyszysz go w radiu, nie zobaczysz w telewizji… A moje dzieci myślą, że jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi, ale tylko dlatego, że ich Papa go ubóstwia. Znajomi moich córek pytają: kto to? Jest niesamowity! Więc wiesz, że dzieciaki nadal lubią to, co młodzi decydenci nazywają „przebrzmiałą muzyką”. Widzisz, że im się podoba, ale nigdzie nie mają do takiej muzyki dostępu, bo nikt im jej nie daje. A nie można w pełni zasmakować Bena Harpera, gdy ma się jeden jego kawałek na I-Podzie. Myślę więc, że niestety przemysł muzyczny upadnie. Za dwa, trzy lata przemysłu płytowego po prostu już nie będzie. Niektórzy, jak Chris Rea, nadal będą tworzyli takie książki jak ta, ale nie pomoże to nowym artystom. Szkoda.

PD: Mam nadzieję, że przyszłość muzyki nie będzie tak smutna…

CR: Obawiam się, że tak się jednak stanie. Później – kto wie? Tkwię w tym od dwudziestu pięciu lat, znam każdego i wiem, że wszyscy chcą tylko jak najwięcej zarobić, a później po prostu uciec.

PD: Wspominałeś, że myślisz o nowym projekcie, możesz powiedzieć już coś o nim?

CR: Jeszcze nic nie wiem. Ze mną jest tak, że kiedy znajduję się niedaleko studia, a do głowy przychodzi mi jakiś pomysł – realizuję go. Jeżeli przez miesiąc nie ma mnie w okolicy studia – pomysł przepada. I wtedy przychodzą następne. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, co będzie działo się w mojej głowie, gdy skończę trasę. Ważne, żeby było świeże. Mam wiele pomysłów, nie mogą przestać przychodzić mi do głowy! Ludzie z zewnątrz nazywają to talentem, ale dla mnie to jak nerwica natręctw. Myślę, że artyzm i kreatywność są bliźniakami, a doszedłem do tego, kiedy byłem bardzo chory i wiele miesięcy leżałem w szpitalu. Było to okropne doświadczenie, ponieważ nic nie mogłem robić poza słuchaniem własnej głowy. Widzę to także w swoich dzieciach – cały czas coś muszą robić. Więc to pewna kondycja, nie talent.

PD: Mówisz, że tegoroczna trasa koncertowa będzie Twoją ostatnią…

CR: Jako Chris Rea. To z powodów medycznych. Nie mam już trzustki, więc to trudne technicznie - muszę nosić przy sobie torbę z zastrzykami i różnymi pigułkami, czasem mogę mieć kłopoty i muszę iść do toalety, co w trasie jest problemem, więc muszę brać specjalne lekarstwa. Lekarze twierdzą, że nie można z nimi przesadzać, więc po zakończeniu trasy będę mógł przyjmować je tylko dwa, trzy razy w tygodniu. W związku z tym muszę znaleźć muzyczny sposób, by móc nadal śpiewać i grać na gitarze, ale nie częściej niż dwa, trzy razy na tydzień. Muszę obejść jakoś ten problem logistycznie – na przykład koncerty w trio, tylko wtedy nie będziemy mogli grać wszystkiego tego, co powstało przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie zamierzam przestać śpiewać! Ale po zakończeniu tej trasy nie będzie więcej wrzasków z powodu starych piosenek.

PD: To poruszające, jak otwarcie opowiadasz o swojej chorobie, cierpieniu…



CR: To dla mnie wielka sprawa! [śmiech] Dla ludzi z zewnątrz możliwość tworzenia muzyki, czy pisania książek wydaje się cudowna. Ale uczucie, które powoduje, że to robisz jest także zadawaniem pytań. Dlaczego jesteś chory? Dlaczego przez trzy miesiące jesteś przywiązany do szpitalnego łóżka? Dlaczego nie możesz być wolny? Wtedy nie jest miło mieć przypływ inwencji twórczej. Mówię ludziom o tym wszystkim, bo chcę żeby wiedzieli, że to co robię nie jest takie łatwe. Nie urodziłem się gwiazdą rocka. Nie urodziłem się gwiazdą popu. Nie jestem w tym dobry. Ale ponieważ kocham muzykę, muszę stawić temu wszystkiemu czoła. Byłoby okropnie, gdyby ludzie myśleli, że po prostu stroję fochy, jak jakaś diva. To dlatego, że coś niedobrze funkcjonuje. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wiedzieli, że moje życie musi wiązać się z częstymi wizytami w toalecie. 

PD: W nagraniach do The Blue Guitars znów wziąłeś do ręki swoją pierwszą gitarę…

CR: Pamiętam, jak zabrałem ją do studia na nagranie mojej pierwszej płyty i wszyscy mnie wyśmiali: co to za śmiecia przyniosłeś?! Coś okropnego! Nie pozwolili mi na niej zgrać, więc zostawiłem ją w domu mojej matki i zupełnie zapomniałem o jej istnieniu. Gdy przyszło do nagrania The Blue Guitars, ktoś powiedział: oto lista gitar, których potrzebujemy, żeby nagrać takie a takie utwory. Oglądam tę listę i mówię: to była moja pierwsza gitara! Jeden telefon i okazało się, że nadal jest w Middlesbrough. Struny bardzo zardzewiały, ale w końcu została gwiazdą!

Warszawa, listopad 2005
/pd/

O bluesie i innych uczuciach
Trybuna, ANEKS - 17.03.2006
TEXT

5.27.2005

Lech Janerka - Jestem skończony


Właśnie ukazała się jego kolejna, jak zwykle wyczekana płyta (Plagiaty). Na rozmowę umówiłam się przy okazji koncertu w warszawskim klubie Dekada. Był słoneczny, wiosenny poranek…


Patrycja Długoń: O swoim nowym zespole mówisz, że czuje się w nim wielką energię i ducha... 

Lech Janerka: To są młodzi, spragnieni sukcesu ludzie, którzy cóż mają do zaoferowania... Mają swoje pomysły, które kisili latami, masę energii, no i młodość, a to jest wartość sama w sobie. Jestem tutaj takim ślimaczkiem, który wystawia rogi i jak parzy, to czuje. A od nich parzy. 

PD: Jak ich znalazłeś? 

LJ: Sami się znaleźli. Gitarzysta Damian Pielka zadzwonił do mnie, bo wiedział, że jest wakat, że tak powiem... Wcześniej grał jakieś improwizowane rzeczy z Trzaską (Mikołajem), prowadził też swój zespół. Pograliśmy chwilę i stwierdziłem, że czegoś szuka w muzyce. I to mnie zafrapowało. A do tego był wystarczająco sprawny technicznie, żeby podołać temu, co ja gram. Ściągnął perkusistę Michała Mioduszewskiego, zaczęliśmy próby i okazało się, że to działa - że robią psikusy na próbach, chuliganią, rozrabiają, krzyczą... Przypomniało mi to dawne czasy, kiedy sam zaczynałem grać i w tym zestawieniu czuję się świetnie. Uchowała się Bożena, więc to taki stary-młody zespół, ale tej ich energii starcza, żeby napędzić ze dwie orkiestry. 

PD: Z ilu piosenek wybierałeś te piętnaście, które znalazły się na płycie? 

LJ: Jest ich cała masa, ale z producentem Bartoszem Dziedzicem wybieraliśmy z dwudziestu paru piosenek. To w ogóle miała być płyta producencka, na której praktycznie nic nie robię - wśpiewuję wokale, dogrywam gitary i jadę sobie do Tunezji, czy Ełku na wakacje. Ale okazało się, że nie jest aż tak lekko. Skończyło się na tym, że grałem na gitarze, śpiewałem, trąbiłem paszczą i udawałem puzony, no i bąbałem na basie, na którym miałem nie grać wcale. 

PD: Plagiaty to jakby powrót do korzeni, sam mówisz, że to zamknięcie pewnego etapu... 

LJ: Po tych wszystkich latach ciągle jestem fanem Beatlesów. Kiedy nagrywali Let It Be, a była to ostatnia wydana przez nich płyta, znalazły się tam utwory, które napisali zanim zespół się zawiązał. I wiem, że takie piosenki wyciąga się z rękawa w momencie, kiedy po prostu nie ma świeżych pomysłów. 

PD: Ale przecież ta płyta za Tobą chodziła. 

LJ: Słuchaj, ja się nie mogłem uwolnić od tych piosenek - ciągle brzdąkałem je w domu na gitarze akustycznej. Ponieważ jestem dosyć mrukliwym osobnikiem, kiedy odwiedzali mnie goście, to zamiast z nimi rozmawiać - grałem je i mruczałem. Bez słów. Dobrze się z tym czułem, im też się podobało i za którymś razem Bartek Dziedzic mówi: weźmy to nagrajmy, może coś z tego będzie - i poszliśmy tym tropem. Cieszę się, bo praktycznie to reset głowy - w tej chwili czuję się wyczyszczony ze starych zwrotów melodycznych, starych harmonii i będę mógł śmiało przystąpić do szukania jakichś tam nowych rzeczy. 

PD: To co sobie teraz brzdąkasz? 

LJ: Jeszcze parę starych brzdąkam. Nie wiem, czy je nagrywać na następną płytę, czy nie – zobaczymy, co z tego wyjdzie. A w tej chwili nie mam czasu na brzdąkanie, bo ciągle jeżdżę, gram koncerty, właściwie od lutego jest urwanie głowy. 

PD: Nie lubisz grać koncertów, a trasa obejmuje ich kilkadziesiąt, z czego aż trzy w Warszawie. To chyba ciężki dla Ciebie czas? 

LJ: To dla mnie rzeczywiście okres dosyć nietypowy, bo lubię zagrać od czasu do czasu, a kiedy zaczynają się działania na skalę przemysłową, to brakuje mi energii. Gramy czasami w miejscach, które urągają wszelkim zasadom BHP, i to nie jest wielce przyjemne. Przyjemne jest, że przychodzą ludzie. Zdarza się, że nawet w jakiejś bardzo małej miejscowości, gdzie nie podejrzewałbym, że ktokolwiek słucha mojej muzyki - publiczność od pierwszego taktu śpiewa moje teksty, i to z nowej płyty! Jest to szokujące i jakoś tam dla mnie budujące, mile łechcze moją próżność... Poza tym, to trochę histeryzuję - w końcu mam taki zawód. Ale jeżeli miałbym wybierać, to wolałbym grać rzadziej. 

PD: Mówisz, że z wiekiem coraz trudniej Ci „wydobywać z siebie”... 

LJ: Kiedy zaczynałem, podstawowy na gitarze akord to były kosmosy. A w tej chwili po prostu nie wywołuje we mnie większych skojarzeń. Co mnie miało zainspirować, to już dawno mnie zainspirowało. Mówię o szerokich, nie tylko muzycznych inspiracjach, które powodują, że człowiek snuje plany, ustanawia sobie jakieś cele... A ja myślę, że jestem spełniony – czytaj: skończony. Przynajmniej w tej chwili prawie nic mnie nie inspiruje, żeby się napinać, naprężać, szukać dziury w całym, co było dla mnie ideą, walką i poświęceniem iluś tam lat. 

PD: Ale z drugiej strony mówisz, że Twoja twórczość, to kartki z pamiętnika, zapisy z podróży, która przecież trwa... 

LJ: Nie ma w tym sprzeczności, bo w tej chwili w moim życiu też dzieje się już bardzo niewiele... Więc tak, jak zaśpiewałem na ostatniej płycie: gram sobie tu i tam, od czasu do czasu, a czas rewolucji dla mnie minął... Tak samo i w życiu. W sumie cieszy mnie, że się wyciszam i chore myśli nie buzują mi w głowie, tylko raczej nic mi nie buzuje. To naturalne, że jest taki okres w życiu, kiedy człowiek szaleje, chce coś tam powiedzieć, zaznaczyć swoją obecność, coś zmienić... A z czasem bardziej chce się wtopić we Wszechświat, górnolotnie mówiąc, powisieć tak chwilę, a potem gdzieś tam zniknąć. Brzmi to może dramatycznie, ale aż do końca tak dramatyczne nie jest. Póki co - gram, i od czasu do czasu nawet zdarza mi się na koncertach cieszyć tymi nowymi piosenkami... 

PD: Od czasu do czasu? 

LJ: Od czasu do czasu. Jestem słabym gitarzystą i pieśniarzem, a ciąży na mnie obowiązek brzdąkania na gitarze i czarowania głosem. Czasami się uda, więc wtedy mam frajdę. Nie jest najgorzej, bo w tej chwili nie myślę o przyszłości, o tym, co będzie się działo za pół roku. Mam nadzieję, że znowu znajdę sobie jakieś zajęcie. A może uda mi się zaszyć w jakiejś dziurze i nic nie robić, co jest dla mnie ideałem... 

PD: Nie myślisz o przyszłości, ale w planach masz podobno co najmniej jeszcze jeden album? 

LJ: Pod koniec roku zobaczę po prostu ile mam pieniędzy. Jeżeli wystarczająco, żeby sobie jakoś tam skromnie, ale spokojnie żyć, to nie będę zajmował miejsca młodym zespołom. A co się wydarzy, tego nikt nie wie. 

PD: Od niedawna masz swoje „muzyczne laboratorium”, gdzie powstawała ostatnia płyta... 

LJ: Laboratorium brzmi górnolotnie - są to trzy, cztery podstawowe urządzenia, bo wbrew pozorom, żeby nagrać płytę wcale nie potrzeba ton sprzętu. Trzymałem to w pokoju, gdzie nagrywaliśmy Fiu, fiu... a w tej chwili mam pracownię, którą dostałem - w ten sposób miasto Wrocław uhonorowało moje wieloletnie ekscesy na niwie muzycznej. To też nie jest studio, ale miejsce, gdzie można sobie przyjść, w ciszy pomyśleć, pograć, posłuchać muzyki, coś nagrać. Nadużywałem tam przebywania, tak więc nie chodzę (śmiech). W domu nie mam radia, muzyki słucham na telewizorze, co słabo brzmi, więc nie słucham. W sumie to jestem trochę przemęczony pracą nad tą ostatnią płytą. Pewnie za jakiś czas nabiorę ochoty, żeby znowu słuchać, komponować. Może... Nie wiem. 

PD: Na początku zeszłego roku mówiłeś, że gdy wydasz szykowane już wtedy Plagiaty, pewnie wszyscy się na Ciebie poobrażają... 

LJ: No tak, bo ci, którzy słuchają moich płyt są przyzwyczajeni do jakiś pokrętnych historii w aurze smutku i nawiedzenia, a tu nagle „Rower” – piosenka w miarę pogodna, z zupełnie innej baryłki. Inne utwory, przynajmniej w warstwie muzycznej - też bardziej do śmiechu, niż do płaczu. Nie przepadam za tym, żeby się spieszyć z płytą, a tu tak nagle pojawiły się terminy. Dobra, postanowiłem raz się z czegoś wywiązać. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że zabrakło dwóch tygodni do tego, żebym był z tej płyty tak do końca zadowolony. 

PD: Po Fiu, fiu... mówiłeś, że o polityce nie ma sensu już pisać, ale jednak do niej wracasz. 

LJ: A, bo mnie zdenerwowali. To co się dzieje, to żenada. Jestem w ogóle rozczarowany klasą polityczną, jakością polityki, którą ci ludzie uprawiają. Być może żyję utopiami, idealizuję trochę... W „Ave Hella” skrzeknąłem jedno i drugie o politykach, ale dalej uważam, że jeżeli ktoś chce się rzeczywiście zajmować polityką, to można sobie założyć partię polityczną albo zapisać, do takiej, którą uważamy, że warto by zreformować. A piosenki, cóż... Politycy nie słuchają piosenek, bo nie mają czasu na pierdoły. To trochę taka kolejna niemożność: chciałoby się coś zmieniać, widzi się jakieś tam niedostatki i błędy, a kończy się na kilku słowach w piosence. Bo niby co? Mam ośmieszać tych polityków, karcić? Do nich to na pewno nie dociera. Cykl produkcyjny eliminuje aktualność. Jakoś nie przypominam sobie piosenki, która zrobiłaby na politykach wrażenie. 

PD: Może utwory Pudelsów albo Kukiza? 

LJ: To pachnie populizmem. 

PD: Jak odbierasz to, co za sprawą papieża ostatnimi czasy działo się w Polsce? Jakie mogą być tego konsekwencje? 

LJ: Nie wiem, nie jestem futurysta ani prorokiem. Nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło. Nie byłem zachwycony nacjonalistycznym popisem w Watykanie. Mówię o polskich flagach. Nie wiem, czy bym poszedł na czyjkolwiek pogrzeb z flagą. Chyba, że pogrzeb Polski. Trudno mi o tym mówić, to rzeczy, które wykraczają poza moje kompetencje. Nie wiem, co się będzie działo, nie wiem też, jaki realny wpływ nauka papieża miała na społeczeństwo. 

PD: Może będzie miała? 

LJ: Nauka papieża to nauka Kościoła, to wiara, dogmaty i świadomość, że tak powiem, socjologiczna. 

PD: „Patriotyzm” równa się dla ciebie „nacjonalizm”? 

Dla mnie patriotyzm to uczucie na „czarną godzinę”, które ma obszary wspólne z nacjonalizmem. A od kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej to patriotyzm zaczyna być anachronizmem. Jeżeli mamy poważnie myśleć o następnych dwustu latach, to powinniśmy szukać takiej opcji, która da bezpieczeństwo, pozwoli nam się rozwijać, a nie sądzę, żeby dawał to patriotyzm. To po cholerę żeśmy do tej Unii się pchali? Skoro w niej jesteśmy, to czujmy się współgospodarzami. Nie widzę powodu, żeby wstydzić się swojej polskości, ale też nie widzę specjalnie powodu, żeby ją jakoś intensywnie manifestować. Dla mnie to, że jesteśmy w Unii jest dużą satysfakcją i fajną puentą dla naszych narodowych poczynań. Niemcy nie zapomnieli swojego języka, my też nie zapomnimy. Jeżeli intensywnie bralibyśmy udział w przedsięwzięciach europejskich i potrafilibyśmy wywalczyć sobie znaczące miejsce w tej Europie, to nie widzę w tym nic złego. Myślę, że nasz patriotyzm jest ciągle wymuszany, bo w układach państwowych jest burdel i podstawowe rzeczy nie są do końca wyjaśnione - chociażby Katyń. Rosjanie ciągle podejrzanie kombinują i sytuacja jest niejasna, Europa ogon pod siebie chowa i mówi: zróbcie coś z tym sami. A my sami nie jesteśmy w stanie znaleźć się na takich samych prawach, jak na przykład Niemcy, Anglicy czy Francuzi. Trzeba to sobie wywalczyć i walczymy - ciągle wracając do historii, które nas budowały. Trudno zapominać o wojnie, o Powstaniu Warszawskim, o powstaniach śląskich, o rzeczach z historii, które miały wpływ na nasz byt narodowy, kulturę, a w końcu i na nasze osobowości. Tyle że to, co mnie budowało, nie zawsze związane było z Polską, a czasami nawet z Europą. A wracając do nacjonalizmów, to są one pochodną bezradności społeczeństw wobec swoich nieudolności i wobec innych nacjonalizmów. Taka samonapędzająca się makabreska. Zamknięte koło, które kręci się od początku cywilizacji a rozpęd jego bierze się z egoizmu jednostki. Proste. 

PD: Mówisz, że twoje teksty są nieudolne literacko, nie przepadasz za swoim głosem, że nie czujesz się artystą, ani muzykiem. Co w sobie cenisz? 

LJ: (długa cisza) Nie przepadam za sobą. To jest chyba najlepsze, co we mnie jest. Może za ładnie to brzmi, ale tak jest. A reszta, to są jakieś tam esy-floresy. Dodatki. 

PD: Skoro nie czujesz się artystą, to czym jest artyzm? 

LJ: Nie wiem. Wiem, że to temat na dłuższy dyskurs, ale o czym my mówimy? O tym, że ktoś gdzieś tam w genach miał przekazaną wrażliwość na kształt i barwę w wypadku malarzy, na rytm, harmonię i melodie w wypadku muzyków a w wypadku pisarzy, poetów - na słowo... Wydaje mi się, że większość procesów twórczych nie jest niczyją zasługą. To samo się dzieje, więc nie widzę powodu, żeby wyróżniać kogoś szumnym mianem artysty. To takie słowo-wizytówka, która ma na celu powiedzieć: ten, to się nie zajmuje ślusarstwem, tylko sztuką - przez większe czy mniejsze „s”. Dla mnie słowo „artysta” zupełnie nic nie znaczy. 

PD: Ale sztuka już chyba tak? 

LJ: To też jest podejrzane. Dla mnie wartością jest to, że człowiek zmaga się ze swoją nieudolnością, a nie to, że ktoś ma jakieś predyspozycje i fajnie rysuje. Rysuje, bo ma jakieś tam spięcia w neuronach, które mówią mu: kreska powinna się skończyć w tym momencie, i to jest intuicyjne. Podobnie z muzykami – większość ludzi, którzy dobrze grają, robi to od niechcenia, zupełnie bezmyślnie, więc nie widzę powodu, żeby ich jakoś wyróżniać. Cenię intencję - jeżeli ktoś ma dar, to przyglądam się temu, jak on ten dar wykorzystuje, a za dar kogoś cenić? Trzeba by cenić tego, kto ten dar daje, a zazwyczaj są to geny przodków, czasami mutacja, czasami jakieś popierdzielenie... (śmiech) A że tłum ubóstwia kogoś, bo precyzyjnie wyraził za tysiące ludzi jakąś tam myśl, i jeszcze było to do śmiechu i mądre, to jakby osobna historia. Z mojego punktu widzenia artyści to często skazańcy, niewolnicy swoich umiejętności. Czasami tworzą świetne dzieła, a jako ludzie są beznadziejni, wręcz okropni. Ale średnio mnie to obchodzi - rzeczywiście przyglądam się bardziej dziełu i nie próbuję dociekać, jakim kto jest człowiekiem, bo parę razy się sparzyłem i lepiej tego nie wiedzieć. 

PD: Zastanawiałeś się nad tym, co jest istotą muzyki? 

LJ: Myślę, że to jest taka bezpośrednia transmisja emocji. Oczywiście, że tak jak wszystko, i muzyka ma pewne odmiany, gdzie eliminuje się emocje i robi się za pomocą jakiegoś algorytmu, ale myślę, że to, czym ja się zajmuję, to jest zupełnie pozawerbalna transmisja emocji. Asekurując się, dopisuję do tego teksty. Według algorytmu. 

PD: Czy układając je, masz uciechę z tego, jak inni będą się nad nimi głowić? 

LJ: W ogóle nie myślę o ludziach, kiedy piszę teksty. Po prostu coś tam piszę i próbuję, żeby było to nie do końca przygłupiaszcze i przynajmniej trochę zabawne. 

PD: Jak ważny jest dla Ciebie odbiorca? 

LJ: Żyję z tych swoich odbiorców, więc ma znaczenie kapitalne (śmiech). Ale z drugiej strony, kiedyś, kiedy z tego nie żyłem to też komponowałem, choć nie pisałem tekstów. Mój ukłon w stronę odbiorcy polega na tym, że z czasem do melodyjek zacząłem dopisywać teksty. Oczywiście, można by zabełkotać od czasu do czasu, onomatopeją jakąś polecieć i to też przechodzi - zresztą są na to przykłady w twórczości różnych ludzi. Odbiorca po prostu mnie utrzymuje, stawia mi takie życie, jakie mam i tyle. Ale nie działa taka zasada, że ja bardzo pilnuję tego, żeby zawsze było trochę wódki i dobre papierosy (śmiech), tylko szczęście. Jestem trochę rozpieszczony przez publiczność, bo zaczynając, pisząc pierwszy materiał, o ludziach w ogóle nie myślałem, a ludzie powiedzieli: tak, to jest to, czego chcemy słuchać. Więc poszedłem za ciosem: no dobrze, zobaczymy, czy to wytrzymacie. I znowu mi powiedzieli: tak, oto nasze pieniądze, rób to dalej. I tak jest do dzisiaj. Poza tym, wydaje mi się, że ludzie potrzebują nieoczekiwanych rzeczy... Sam szukam czegoś, co by mnie inspirowało, zapełniło jakoś czas w oczekiwaniu na Wielki Finał, więc ludzie pewnie działają na podobnej zasadzie. Nie sądzę, żebym był jakimś wielkim unikatem. Przede wszystkim sobie sprawiam frajdę i wierzę, że jakiejś tam grupie ludzi pewnie to też frajdę sprawi. 

PD: Rejestrujesz energię docierającą od odbiorców, która by Cię jakoś wzbogacała? 

LJ: Jeżeli mówimy o koncercie, to jest to taki powierzchowny kontakt, bo jak głośniej krzyknę, oni próbują mnie przekrzyczeć. Nie wiem, czy chcą mi pomóc, czy mnie wykończyć (śmiech). Ale rzeczywiście, jest taka dwustronna, choć dosyć powierzchowna emanacja energii. Dla mnie o jakimś kontakcie z publicznością świadczy to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby zapamiętać ileś tam tekstów. Ja mam poważne problemy z ich zapamiętaniem. Bawię się skojarzeniami, licząc na to, że ludzi bawią pewne skojarzenia. Rozwiązują krzyżówki na przykład, więc czemu nie mieliby gdzieś tam zapuścić oka w moje teksty, które też czasami są swojego rodzaju krzyżówką? 

PD: Czytając różne wywiady dziwiłam się, jakim zaskoczeniem dla Twoich rozmówców jest często Twój spokojny stosunek do śmierci, otwartość, z jaką mówisz, że jest ona częścią życia... 

LJ: To jest banał, bo niby co jest śmiercią? Czym jest ta śmierć? Ostatnio czytałem artykuł o pewnym rosyjskim uczonym, który jest na progu epokowego odkrycia. Spowoduje ono, że będziemy mogli przedłużyć sobie życie może nie w nieskończoność, ale na przykład dwudziestokrotnie. Nasze komórki utleniają się i mają to wpisane w kod genetyczny, którego działanie wystarczy przyblokować, a będziemy żyli Bóg wie ile lat. No pięknie, tylko niesie to ze sobą dramatyczne konsekwencje. Jeżeli zastanowić się nad tym chwilę, to nie wiem, czy nie jest to większa draka niż to, że umieramy. Oczywiście, większość ludzi lubi siebie, chciałoby pielęgnować swoją osobowość w nieskończoność, ale póki co, to z wiekiem się degenerujemy. A czasami jakość tego, co jest w stanie zaoferować bardzo stary człowiek, nie jest taką jakością, która - jak sądzę - pozwalałaby lepiej funkcjonować społeczeństwu. Uważam, że ta naturalna wymiana jest sensowna. Dowiadujemy się o niej chyba w piątej klasie szkoły podstawowej. Kiedy ja się o tym dowiedziałem, byłem trochę zdziwiony, jak to dziecko, ale po latach stwierdziłem, że rzeczywiście:



życie, które prowadzę, w naturalny sposób jest męczące. Nie ma w nim aż tak wielu rzeczy, które by mi mówiły: żyj w nieskończoność. Raczej jest dla mnie traumatyczne, więc nie widzę powodu, żeby je przedłużać. [dopisek L.J: Ciekawostka - symbol nieskończoności przypomina wstęgę Mobiusa. Ciekawe, ze podróż po niej jest nieskończona, a sama wstęga i owszem... A wracając do realiów] - oczywiście kombinuję, jak mogę, miotam się, żeby spowodować, aby było w miarę do przyjęcia, ale dla mnie życie polega na tym, żeby próbować być coraz lepszym, niż się jest. Windować się coraz wyżej, robić jakieś małe kroczki, żeby lepiej zrozumieć świat, a przede wszystkim siebie. A to jest męczące. Może są tacy, dla których nie jest, ale z mojego punktu widzenia życie w nieskończoność jest pozbawione sensu. To nie jest już życie, trzeba by znaleźć jakiś nowy termin, który by coś takiego określił. Może coś z terminologii religijnej... 

PD: W jednej z rozmów mówiłeś, że bardzo chciałbyś doznać objawienia i uwierzyć w Boga. Naprawdę chciałbyś? 

LJ: Obserwuję ludzi wierzących i chyba lepiej im się żyje. Mam wrażenie, że wiara przyjemnie ich oszałamia. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają i tak o tym mówią ludzie, którzy znaleźli sens tego wszystkiego. Jeżeli można tego doświadczyć, to dlaczego nie? Chciałbym coś takiego przeżyć, a wyboru dokonałbym później. Może gdybym czegoś takiego doświadczył, nie byłoby już szansy na wybór, i to kolejna ciekawostka. To trudne sprawy, szczerze mówiąc nigdy nie przejmowałem się Bogiem, nie myślałem o tym za dużo. A mój największy sukces to piosenka „Jezu, jak się cieszę” (śmiech). Żyjąc w tym kręgu kulturowym trudno nie myśleć o chrześcijaństwie, a jak się przyjrzeć religiom będącym w opozycji, to okazuje się, że mają bardzo wiele ze sobą wspólnego. Więc czasami w piosenkach pojawia się Bóg. Podejmując taki temat liczę po prostu, że jestem komunikatywny i tyle. Na co dzień nie jest to temat, który mnie jakoś tam specjalnie zaprząta. Tematem jest jak godzić egoizmy... 

PD: Miłość? 

LJ: No właśnie. Myślę, że miłość to coś, dzięki czemu cywilizacja w ogóle istnieje, szlag jej nie trafia, czyli nie dokonała samounicestwienia. Jesteśmy od niej uzależnieni. Miłość jest nieodzowna. Tak samo jak śmierć buduje nasze człowieczeństwo, tak i miłość jest takim drugim, równie ważnym elementem. Balans pomiędzy nimi pozwala nam funkcjonować. 

PD: Od bardzo wielu lat dzielicie z Bożeną życie prywatne, jak i zawodowe. Jak Wam się to udaje? 

LJ: Brzmi to tak, jakby trwały związek był patologią. No rzeczywiście z boku wyglądamy, jak ckliwa laurka: pani Bożenna na szksypczach, pan Lesław na basiku. Czasami nie jest tak słodko. Kiedy miałem 15 lat myślałem, że jeżeli mam siebie lubić, to powinienem dokonywać takich wyborów, których bym nigdy nie żałował. Oczywiście te wybory nie były poparte jakąś wielką wiedzą, bo trudno oczekiwać od szesnastolatka, żeby miał jakąś niesamowitą wiedzę, ale młodzi ludzie mają dużą intuicję. Poza tym potrafią być bezwzględni wobec innych ludzi, a przede wszystkim wobec siebie. I dokonałem takiego wyboru, który był sensowny. Robię w tym momencie z siebie Króla Wyborów, ale miałem też odrobinę szczęścia. Potem to jest już, prosto nazywając, ciężka praca nad tym, żeby związek się rozwijał, żeby ciągle miał jakąś tam perspektywę. I z szacunku dla drugiej osoby, również z ładnie nazywając, uwielbienia - pilnuje się tego, żeby ten związek działał. To nie jest sielanka, ale ja mam z tego dużo frajdy. Mam nadzieję, ze Bożena też. Większość moich znajomych się porozwodziła: może złe wybory, może są gnuśni, może im się nie chce pilnować związku... Nie wiem. Jeżeli chodzi o nasz układ, to jesteśmy chyba szczęśliwi. Cud! (śmiech)

Warszawa, 18 kwietnia 2005
/pd/


Lech Janerka - Jestem skończony
ANEKS, dodatek do Trybuny - 27.05.2005

5.16.2005

Kayah - Usługi dla ludności

Wokalistka o nietuzinkowym głosie sukces solowy odniosła dokładnie dekadę temu, po długich latach pracy głównie na rachunek innych. 

Dziś ma nawet własną wytwórnię i sama wspiera innych artystów. Właśnie ukazał się jej dwupłytowy album „The Best & The Rest”. Poprowadzi jeden z koncertów festiwalu w Opolu.

Patrycja Długoń: W dniu premiery - Złota Płyta. Niewielu artystów może pochwalić się takim wynikiem…

Kayah: Mogę mówić o dużym szczęściu, tym bardziej, że płyty w rodzaju „The Best of” w przekonaniu wielu są czymś na zasadzie zapchaj-dziury. Spodziewałam się, że podczas spotkań z dziennikarzami, ci którzy pałają do mnie mniejszą sympatią, będą próbowali zasugerować mi wypalenie artystyczne. To po prostu pewien akt podziękowania BMG za 10 lat współpracy i ukłon w stronę fanów, którzy tak naprawdę tę płytę współtworzyli, bo to oni decydowali, jakie piosenki mają się tu znaleźć. Przy mojej niechęci do analizowania wyników sprzedaży cieszę się jednak, bo sam ten wynik jest odpowiedzią na głosy podważające sens wydawania takich płyt w sile wieku.

PD: Na stronach internetowych widać, że wyczekiwali takiego albumu.

K: To bardzo miłe, bo znaczy, że nie tylko ja i BMG zrobiliśmy sobie dobrze. Choć zawsze starałam się nie schlebiać masowym gustom, nie wolno mi zapominać, że moja działalność artystyczna - poza byciem moją wewnętrzną potrzebą - jest także i pewnego rodzaju usługami dla ludności. Więc jeżeli moi fani chcieli takiej płyty, tym lepiej, że powstała.

PD: Jesteś bardzo cenioną, często nagradzaną artystką...

K: Do nagród nigdy nie przywiązywałam wagi. Może poza pierwszym Fryderykiem, który pozwolił mi uwierzyć w swoje siły i rzeczywiście był mi potrzebny. Nie umiałam się odnaleźć, a był to taki pierwszy dowód akceptacji. Jednak uważam, że najwspanialszą i najlepszą nagrodą jest to, że ludzie słuchają twoich płyt, zadają sobie trud, aby je zdobyć, chce im się reagować na twoje apele i nawet kiedy pada deszcz - chce im się wyjść z domu i przyjść na twój koncert. Oddałabym wszystkie te statuetki za jeszcze chociaż dziesięć lat takich fajnych kontaktów z publicznością.

PD: Nie było Ci łatwo się przebić...

K: No nie było. Zawsze podkreślam, że nigdy nie robiłam kariery, tylko muzykę. Więc nawet, jeżeli te moje początki były trudne i bolesne, jeżeli było to aż 10 lat walki ze sobą i ze światem o to, aby dał mi chociaż spróbować, to dziś z perspektywy czasu jestem wdzięczna losowi. Jak nic uczy to pokory, cierpliwości, dystansu, ustawia cię w szeregu i potem stoi na straży nie dopuszczając do wybuchu wody sodowej. Z czasem umiesz przeanalizować każdy swój błąd, umiesz przyjąć i naukę, która z niego płynie. Dobrze, że tak się stało. Widocznie nie byłam gotowa, a prawdziwy artysta musi być dojrzały, żeby być wiarygodnym.

PD: Kiedy się zorientowałaś, że masz talent?

K: Wiem tylko, że już jako czterolatka postanowiłam, że będę śpiewać. Potrzebę wewnętrzną tworzenia i wydalania z siebie przetworzonych myśli i tęsknot miałam zawsze. Ale od początku brakowało mi pewności siebie i szczerze mówiąc, nadal miewam z tym problem. Owszem, wiem, że dostałam od Boga wielki dar. Przede wszystkim dumna jestem ze swoich tekstów, ale nie wiem na ile ja naprawdę je piszę. Nieraz się dziwie: Jezu, ja to napisałam? Jak? To za mądre, jak dla mnie. Skąd mam takie mądrości? Dlaczego tylko na papierze? Czemu w życiu codziennym nie umiem ich zastosować? Ale papier rzeczywiście temperuje naszą impulsywność, pozwala na mądre układanie słów w piękny sens. Nie znoszę takich egzaltacji, ale być może jestem tylko jakimś odbiornikiem, przekaźnikiem, instrumentem w posiadaniu jakiejś nieziemskiej siły, ducha... Za każdym razem, kiedy powstaje następna płyta marzę, żeby ten duch mnie znów nawiedził.

PD: Myślisz już nad kolejną?

K: Tak, zbieram kompozycje, póki co jest dosyć sentymentalnie. Nazywać się będzie "Skała" i przewidujemy jej wydanie na przyszły rok. Niewykluczone jednak, że wykonam inny gest na moje urodziny w listopadzie, kiedy mija równo 10 lat od wydania „Kamienia”. Ponieważ nie będę w stanie stuknąć się kieliszkiem szampana z każdym moim fanem, to pojawi się singiel z moim urodzinowym życzeniem dla nich.
/pd/

Kayah - Usługi dla ludności
TeleTydzień - 16.05.2005

1.01.2004

Don Byron - Rasizm w muzyce


Don Byron najbardziej ze wszystkich instrumentów muzycznych upodobał sobie klarnet. Choćby z tego już powodu postrzegany jest jako indywidualista, który ponadto stara się redefiniować każdy z gatunków, którymi się zajmuje. A jest ich niemało - od muzyki klasycznej, klezmerskiej, salse, hip-hop po funk, oraz wszystkie style jazzowe, od swingu i bebopu, po free jazz.


Komponuje również do filmu i tańca nowoczesnego. Współpracuje i nagrywa z wieloma różnorodnymi zespołami, od Duke Ellington Orchestra, po rockowy Living Colour, a na tej obszernej liście znajdują się również David Murray, Bill Frisell, Ralph Peterson, Tom Cora, Marc Ribot, Cassandra Wilson, Steve Coleman, Uri Caine, Steve Lacy, a także Medeski Martin & Woods. Jakby tego było mało, prowadzi swój zespół muzyki kameralnej o nazwie Semaphore. 

Wiele z nagrań Dona Byrona zawiera ostrą krytykę polityczno-społeczną. Powalający debiut "Tuskegee Experiments" (1992) nawiązuje do rasistowskiego skandalu w Ameryce, gdzie w ramach medycznego eksperymentu ogromna liczba Murzynów chorych na syfylis została pozbawiona opieki lekarskiej i poddana obserwacji. Natomiast album "Romance With The Unseen" traktuje o fali zabójstw w nowojorskim metrze w 1984 r.

W wytwórni Blue Note zadebitował albumem "Nu Blaxploitation" (1998), którego inspiracją były funk i hip-hop, a w stworzeniu dzieła udział wziął także poeta Sadiq Bey oraz ikona rapu Biz Markie. Najświeższe nagranie to "You Are #6" (2001), gdzie Byron powraca do swojego zespołu Music For 6 Msicians oraz muzycznych korzeni - rytmów afro-karaibskich oraz muzyki latynowskiej. 

Choć na scenie muzycznej twardo stoi od ponad dziesięciu lat, do Polski przyjechał po raz pierwszy. Najwyraźniej nie był zachwycony faktem, że ktoś chce przeprowadzić z nim wywiad. Po swojej próbie przed wieczornym koncertem w Sali Kongresowej na prośbę o rozmowę z łaską odpowiedział: być może po koncercie. Pod jego garderobą spędziłam dobre 40 minut, czekając aż wszyscy chętni dostaną autograf i uścisk dłoni. O.K., wchodź, ile to ma trwać? Tyle ile JA chcę? Spieszę się. Masz dziesięć minut. Do gazety ten wywiad? Jakiej? Nic mi to nie mówi. 

Patrycja Dlugoń: Nie lubisz udzielać wywiadów, czy to po prostu nie ten moment, nie ten dzień?

Don Byron: Nie wiem jeszcze. Raczej wolałbym się zrelaksować. Większość ludzi woli odpoczywać po koncercie, więc zaczynajmy. 

PD: Twoja muzyka jest bardzo eklektyczna. Czerpiesz z wielu źródeł, a każda twoja płyta jest pewnego rodzaju zaskoczeniem. Czy to celowe - nie zostać sklasyfikowanym?

DB: Jestem kompozytorem filmowym. Studiowałem wiele rodzajów muzyki, i jako muzyk po prostu gram muzykę, ale tak naprawdę jestem kompozytorem, który gra różne rodzaje muzyki. I myślę, że to co komponuję najlepiej nadaje się do filmu. Fakt, że miałbym być muzykiem jazzowym nie jest dla mnie tak naprawdę istotny. Jest zupełnie bez znaczenia. Ważne jest dla mnie, że jestem kompozytorem, no i całkiem dobrze gram na klarnecie.

Nikt tak naprawdę nie wie, co to znaczy być muzykiem jazzowym. Niektórzy myślą, że chodzi tu o granie pewnych akordów, dla niektórych to wyłącznie wolna improwizacja. Robiłem te i wiele innych rzeczy i nie definiuję siebie w ten sposób. Nie interesuje mnie taki sposób myślenia. Wiadomo, że definicje stanowią podstawę jakiejś wiedzy, ale mnie to nie dotyczy. Gram, na co mam ochotę. Jeżeli komuś się to podoba, to ze mną gra albo mnie słucha, a jeżeli nie, to trudno.

PD: Urodziłeś się i dorastałeś na Bronksie. Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

DB: To bardzo obszerne pytanie. Mogłabyś je trochę zawęzić?

PD: Mam na myśli twój dom, w którym na pewno było bardzo dużo muzyki, ze względu na muzykalnych rodziców...

DB: Była muzyka, ale wtedy moje życie kręciło się głównie wokół szkoły. Starałem się nie wpaść w kłopoty, nie stracić życia na ulicy. Chciałem być dobrym dzieciakiem. Na Bronksie wielu zabito, i to wielu z mojej okolicy. Wiedziałem, że nie będę mógł niczego zrobić w muzyce, jeżeli nie skończę szkoły, więc się starałem.
Cała moja rodzina, wszyscy kuzyni, krewni - brali lekcje muzyki. To bardzo charakterystyczne dla rodzin z Zachodu. Jeżeli stamtąd pochodzisz, to twoi rodzice chcą, żebyś się dobrze uczył i brał lekcje muzyki. To taki staromodny sposób wychowania. Więc zacząłem się uczyć muzyki nie dlatego, że chciałem zostać muzykiem. 

PD: Uczęszczałeś do New England Conservatory of Music, gdzie twoim nauczyielem był, obchodzący w tym roku swoje 80. urodziny, George Russell...

DB: Nie miałem styczności z nim zbyt długo. Tak naprawdę nigdy nie czułem się komfortowo w jego towarzystwie, ale wiele się od niego nauczyłem. Nigdy go jednak nie lubiłem, i nie jestem pewien, czy on mnie lubił. Nie sądzę, by kiedykolwiek słuchał mojej muzyki. A jeżeli bym mu ją przesłał, pewnie nawet nie włożyłby jej do odtwarzacza. Pamiętam co mówił o muzyce, której słuchał, i to było najlepsze ze studiowania w jego klasie. Najbardziej interesujące było, kiedy technicznie opisywał jakąś muzykę, bo mogłeś zobaczyć, na czym polegała jego Koncepcja i jak jej używał. Wiesz, kiedy miało się z nim lekcje, próbował wbić ci do głowy swoją Koncepcję, a to było nudne. Trzeba było umieć nazwać te wszystkie moduły... Nie było to takie trudne, ale to co naprawdę niełatwo było zrozumieć, to jak ON używa Koncepcji. W klasie analizował wiele muzyki, nie swojej, i to było naprawdę pouczające. Widziałeś ją wtedy zupełnie z innej strony niż dotychczas. Jak przynosiłem jakiś utwór myśląc, że jest minor, to on krzyczał (D.B. cytuje przedrzeźniając) That's major! That's major! Ale dlaczego, pytałem. I rozpisywał to na tablicy, a wtedy - olśnienie. 
Nie był klasycznym nauczycielem. Nie można mu było niczego wcisnąć. Ale nienawidziłem chodzić na jego zajęcia, bo był w stosunku do mnie złośliwy. Wiesz, trochę mnie przerażał [śmiech]. Ale gdybym u niego nie studiował, pewien jestem, że zupełnie bym się pogubił. Skończyłem trzy semestry w New England School of Music, a w jego klasie byłem przez rok, czyli większość czasu tam spędzonego. Dłużej uczyłem się jedynie u mojego nauczyciela klarnetu. Wiem, że nigdy nie słyszał niczego, co zrobiłem. Wysłałbym mu coś... Może jednak posłucha? I ten jego big band... Może z nim zrobić dokładnie wszystko.

PD: A jakie płyty ty wkładasz do odtwarzacza?

DB: Zawsze słucham Strawińskiego. Dużo gospel, i w ogóle muzyki wokalnej. Teraz szczególnie black american gospel. W ostatnich latach zasłuchiwałem się w Lesterze Youngu. 

PD: W jednym z wywiadów wspomniałeś Sonic Youth...

DB: Sonic Youth to dla mnie grupa free, tak jak wiele zespołów free jazzowych. Miałem zawsze nadzieję, że powstanie więcej takich wyzwolonych zespołów. To, co grają wiele się nie różni od free jazzu. Radiohead jest na przykład bardziej popowe. Lubię niektóre nagrania, ale to już pop. Są trochę, jak The Beatles - tworzą piosenki z określoną strukturą, i nawet jak używają sampli - jest to strukturalne. Wiele zespołów, nie mam na myśli tych grających hip-hop, opiera swoją muzykę na różnych rodzajach groove u. To leniwe podejście i nie w moim smaku. Na tym też polega różnica pomiędzy perkusistą rockowym i funkowym. Rockowy zazwyczaj nie ma tego drive'u, właściwego bębniarzom funkowym. Używają go w inny sposób, niż goście grający hip-hop. Back nie gra hip-hopu, ale sposób, w jaki tworzy swoją muzykę ma wiele z hip-hopem wspólnego. Bardzo go lubię. Kilkukrotnie widziałem go na żywo i też poznałem. Kiedyś w Los Angeles zagraliśmy nawet na tym samym koncercie.

PD: Skoro odeszliśmy troszkę od jazzu, to zapytam cię o Vernona Reeda. Zamierzacie coś razem jeszcze zrobić?

DB: Tydzień temu się widzieliśmy i rozmawialiśmy o tym, ale na razie nic jeszcze niewiadomo. Pamiętam pierwszy raz, kiedy usłyszał, jak gram. Było to lata temu, kiedy jeszcze się uczyłem, a Vernon był w trasie z Frisellem. Obydwaj usłyszeli mnie, a w zasadzie podsłuchali, kiedy ćwiczyłem na klarnecie. Koniec końców współpracowałem i z jednym, i z drugim. Interesujące a propos Vernona jest to, że zdołał odejść od jazzu. A to wspaniale. On wie, że w jazzie nie ma pieniędzy i nie ma też przyszłości, a przynajmniej nie na skalę masową. Chciał zrobić coś innego i mu się udało. Bardzo się z tego cieszę. Też chciałbym być aktywny w innych sferach, niż jazz. Tutaj wyraźnie widać, że ludzie z góry zakładają co czarny muzyk ma robić, a czego nie. Czarny muzyk nie może grać rocka, nie może grać klasyki, nie może już nawet grać bluesa. Blues już nie jest czarny. Vernon i jego Living Colour zrobili kawał dobrej roboty grając swojego rocka. I to po Little Richardzie! To przecież śmieszne, ale pokazuje Ci, że ludzie niewiele wiedzą o tym, co czarni muzycy grają.

PD: Bardzo często wypowiadasz się na temat rasizmu, jego dzisiejszego funkcjonowania w Stanach Zjednoczonych, a przecież głośno mówi się tam o political correctness. Czy rasizm w Ameryce naprawdę nadal istnieje?

DB: Tak, istnieje nadal. Tylko nie chodzi już o bicie i znęcanie się nad czarnymi. Policja robi to za ciebie. Chodzi o to, co czarni mogą robić, a czego nie. Nie mogą grać na klarnecie, nie mogą też na skrzypcach, nie mogą być dyrygentami, nie mogą pisać do filmów, nie grają czysto i nie potrafią czytać z nut. A to tylko jeżeli o muzykę chodzi. Takie przekonania cały czas istnieją w społeczeństwie bez przeszkód i wykorzystywane są do tego, by trzymać czarnych z daleka od pewnego rodzaju zajęć. Weźmy klarnet - nie ma czarnych klarnecistów, ale nie przez przypadek, tylko dlatego że jest to instrument uprzywilejowany. Granie jazzu na klarnecie jest dostępne tylko białym. W Stanach klarnet jest instrumentem używanym po to, by czarnych muzyków trzymać z dala od Broadway'owego bagna, albo muzyki klasycznej. Gdyby rasizm nie istniał, nie byłoby żadnego zapotrzebowania na Glena Millera. W nowym Orleanie czarnych klarnecistów oczywiście jest masa, a w tamtym czasie czarne zespoły grały dziesięć razy bardziej porywająco. Nie ma też wielu czarnych muzyków w orkiestrach symfonicznych, a to dlatego, że nie kończą szkół. Nauczyciele wmawiają im tam, że nie zna się swojego instrumentu, nie gra czysto. Sam tego doświadczyłem. Wiele z tego co robię - gra na klarnecie, komponowanie do filmu - nie jest łatwo dostępne dla czarnego muzyka, choć otwarcie nikt się do tego nie przyzna.
/pd/

Don Byron - Rasizm w muzyce
Jazz & Classics - 1/2004
TEXT