Dziewiąta edycja Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur, odbywająca się pod hasłem „Wyspy Świata”, zabrała słuchaczy w szczególną podróż: na dziewięć dalekich wysp rozsianych wokół globu - od prażących słońcem Karaibów, po mroźne wysepki północnej Kanady.
Na pięć wrześniowych dni namiot festiwalowy pod PKiN sam stał się wielokulturową wyspą, na której czuło się wilgotną bryzę tropików, wulkaniczną energię i radość z wibrujących rytmów. Soliści i zespoły reprezentujący tradycje ukształtowane w specyficznych warunkach klimatycznych, geograficznych i historycznych, zaprezentowali różnorodne gatunki muzyczne, techniki śpiewu, lokalne tańce i swoiste rytmy. Co okazało się wspólne wszystkim przedstawionym wyspom, poza okalającą je słoną wodą mórz i oceanów, to wysiłek rodzimych twórców, by uchronić przed wyginięciem kulturowe dziedzictwo, boleśnie tłamszone w brutalnej często historii.
I
Pierwszy dzień koncertów wybiegał jednak poza wyspiarską formułę - odbył się bowiem pod hasłem „Sounds Like Poland”. Wspaniale, że tę zupełnie nową ideę udało się wreszcie wprowadzić w program festiwalu. Przygotowana wspólnie z Instytutem Adama Mickiewicza inicjatywa ma na celu prezentację polskich brzmień tradycyjnych w połączeniu z międzynarodowymi spotkaniami profesjonalistów branży muzycznej. I tak, w ciągu dnia, wspólnie z muzykami, promotorami, wydawcami, menadżerami oraz producentami z Polski i zagranicy, można było wziąć udział w konferencji poświęconej zjawiskom i tendencjom w branży oraz współczesnemu rynkowi muzyki świata. Wieczorem natomiast, można było uczestniczyć w niebiletowanych koncertach sześciu polskich zespołów.
Pierwszy - kwartet Kwadrofonik - stworzony przez absolwentów Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, poszukuje nowych brzmień w ludowych pieśniach rozpisując je na dwa duety – fortepianowy i perkusyjny. Na muzyczną scenę wkroczył w 2006 r. zwyciężając IX Festiwal Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja”, na którym otrzymał Grand Prix, Nagrodę Publiczności i Nagrodę Prezydenta Warszawy. Uznani za odkrywczych i wytyczających nowe tory w muzyce folkowej, przygotowują właśnie swój drugi album, gdzie muzyka Witolda Lutosławskiego łączyć się ma z poezją Juliana Tuwima.
Na szczególną uwagę zasługuje występ zespołu młodej i utalentowanej wokalistki, kompozytorki i multiinstumentalistki Karoliny Cichej. Łącząc brzmienia tradycyjne z muzyką alternatywną, zaprezentowała kilka utworów z albumu "Wieloma językami”, który ukazuje skomplikowaną mieszankę kulturową jej rodzinnych stron – Podlasia. Usłyszeliśmy więc pieśni w języku tatarskim, litewskim, jidysz, ukraińskim oraz cygańskim. Ażurowe i bardzo zróżnicowane aranżacje pociągały za sobą stale zmieniające się instrumentarium. Karolina, nazwana ze sceny „kosmitką”, poza mocnym, pięknym śpiewem i grą na akordeonie – obsługiwała też instrumenty klawiszowe, samplery, triggery perkusjne i loopery. Towarzyszył jej współtworzący projekt Bart Pałyga (morinhuur, drumla, wiolonczela elektryczna, mandolina, fujarka, daf, śpiew gardłowy) oraz goście: ekspert perskiej lutni oud Mateusz Szemraj oraz fidelistka Marta Sołek. Karolina podbiła serca słuchaczy nie tylko swoją muzyką, lecz również opowieściami przybliżającymi znaczenie tekstów oraz luźnym sposobem bycia, poczuciem humoru i żywiołową energią. Podobnie stało się podczas tegorocznego Festiwalu Folkowego Polskiego Radia „Nowa Tradycja”, gdzie projekt "Wieloma językami” zdobył Grand Prix. Album ma ukazać się na rynku jeszcze tej jesieni, a premierowy koncert zapowiedziano na 29 października w Tygmoncie.
Z niezwykle gorącym przyjęciem spotkał się też występ Orkiestry św. Mikołaja, swoistego zespołu–instytucji, który w latach 90. budował podwaliny polskiej sceny folkowej, zmieniając kierunek poszukiwań z głównie obowiązujących wtedy trendów celtyckich – na słowiańskie, stając się tym samym inspiracją dla setek zespołów. Oprócz bardzo charakterystycznego brzmienia, muzykom Orkiestry udało się stworzyć jedno z najważniejszych świąt muzyki folkowej w kraju – cieszący się już 23-letnią tradycją Międzynarodowy Festiwal Muzyki Ludowej „Mikołajki Folkowe”. Z ich inicjatywy powstało także jedyne pismo folkowe w kraju - ”Gatki z Chatki”. Nazywany przez Macieja Szajkowskiego „ojcem chrzestnym polskiego folku” charyzmatyczny Bogdan Bracha, występuje wraz z członkami swej rodziny (zaprezentowały się 3 pokolenia muzyków). Bardzo osobista, energetyczna muzyka z wieloma partiami instrumentalnymi, powstawała przez wiele lat podczas wędrówek po karpackich szlakach i na ogniskowych zabawach. Wielka radość wspólnego muzykowania udzieliła się i warszawskiej publiczności, która włączyła się nie tylko we wspólne śpiewy, ale i widowisko obrzędowe pt. „Odpędzanie gzów od krów”. Festiwalowy występ ma spore szanse zwiększyć imponującą liczbę bootlegów koncertowych Orkiestry, które krążą na rynku obok ich 14 wydawnictw oficjalnych.
Pełni werwy wyszli też na scenę Vołosi – kwintet stworzony przez muzyków klasycznych i mistrzów muzyki góralskiej, której tradycję członkowie podtrzymują od pokoleń. Na koncercie muzyka Beskidu Śląskiego pełna była dynamiki oraz wspaniałej zabawy, a dialog pomiędzy instrumentami wyglądał nawet czasem na międzypokoleniową muzyczną bitwę.
Być może zaskoczeniem dla niektórych odbiorców muzyki świata był festiwalowy występ rozwijającego tradycję instrumentów smyczkowych w Polsce zespołu Atom String Quartet. Nie tylko prowadzący koncert Maciej Szajkowski miał jeszcze świeżo w pamięci piękny występ grupy u boku Bobby McFerrina podczas „Solidarity of Arts”. Muzycy, kochani i nagradzani przez odbiorców jazzu i muzyki klasycznej, inaczej niż pozostali wykonawcy festiwalu – grali patrząc w nuty, dzięki czemu nie tak łatwo było im utrzymać kontakt z publicznością. Nie przeszkodziło to jednak zgromadzonym docenić kunszt wykonania i partie improwizacji w utworach inspirowanych zarówno muzyką Podhala (skąd pochodzi Dawid Lubowicz), jak i latynoską, amerykańską oraz klasyczną.
Ostatni koncert tego wieczoru należał do wokalistki i skrzypaczki Joanny Słowińskiej, która zaczęła występ przejmującym śpiewem a capella. W kolejnych słowiańskich pieśniach obrzędowych dołączyli pozostali muzycy, wprowadzając na scenę odważne, klubowe i rockowe brzmienia, a całość dopełniły inspirowane folklorem wizualizacje.
II
Drugiego dnia nastąpiło oficjalne otwarcie festiwalu pod hasłem „Wyspy Świata”, a przyświecała mu idea „Strażników Tradycji”, gdyż prezentowane tego wieczoru zespoły starają się jak najdokładniej odtwarzać pradawne korzenie swojej kultury.
Najpierw odwiedziliśmy skalistą Sardynię, skąd pochodzi kwartet wokalny Tenores Di Bitti Mialinu Pira. Ubrani w ciekawe tradycyjne stroje wokaliści, zachwycili perfekcyjnością przenoszonych oralnie pieśni polifonicznych, których historia sięga trzech tysięcy lat. Przekazywane w tradycji oralnej pieśni świeckie i religijne śpiewane są w języku sardyńskim (który udało się uchronić przed italianizacją), a zbudowano je na zasadzie jednego głosu prowadzącego melodię i improwizującego, podczas gdy 3 pozostałe tworzą harmoniczne tło. Na bis muzycy wykonali utwór, który w 2001 r. zaprezentowali podczas prywatnej audiencji u Jana Pawła II.
Z wielką ekscytacją oczekiwałam występu kolejnego artysty, którego miałam okazję podziwiać trzynaście lat temu na niemieckim festiwalu w Moers. Kompozytor, wokalista i perkusjonalista Danyel Waro już zza kulis rozpoczął swój koncert i tanecznym krokiem wszedł z zespołem na scenę w rytmie archaicznych dźwięków. W jedną chwilę przeniósł nas na nieprzewidywalny Ocean Indyjski, gdzie w odosobnieniu leży smagana cyklonami i wybuchami wulkanu wyspa Reunion. W XVIII w. przywożono tam niewolników z Afryki, od których pochodzi wykonywany przez Waro styl śpiewu i tańca maloya, będący „spontanicznym wybuchem energii, zawołaniem do tańca, poezją ekstazy i wolności”. Gatunek ten zakazany na wyspie jeszcze w latach 60. XX w, od 2005r znajduje się się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednak w dalszym ciągu nieodłącznym elementem twórczości Waro jest jego działalność na rzecz uzyskania niepodległości wyspy, która nadal jest zamorskim departamentem Francji. Za odmowę służby wojskowej, urodzony we francuskiej rodzinie Waro, spędził kilka lat w więzieniu. W obronie kultury kreolskiej śpiewa o niesprawiedliwościach społecznych, politycznych nadużyciach i rasizmie oraz sprzeciwia się dominacji kultury francuskiej na Reunion. Jego niemożliwa do opisania werwa i pozytywna energia udzieliły się chyba wszystkim zgromadzonym, którzy cały koncert przetańczyli w rytmach wcale najłatwiejszych dla europejskiego ucha. Zespół wykorzystywał wyłącznie instrumenty perkusyjne, dośpiewując przepiękne chórki. Lirycznym odpoczynkiem od rytmów wymagających niezłej kondycji był wzruszający utwór o miłości, który artysta zadedykował swojej żonie.
III
Trzeciego dnia festiwalu namiot wypełniony był do ostatniego miejsca. Pod hasłem „Masters & Shamans” najpierw usłyszeliśmy Koncert Mistrzów, czyli należący już do tradycji Skrzyżowania występ zespołu uformowanego tylko na ten jeden wieczór z wirtuozów i multiinstrumentalistów zaproszonych do prowadzenia kilkudniowych warsztatów podczas festiwalu. Poza muzykami z Sycylii, Irlandii, Polski czy afrykańskiej wyspy Djerba, zaprezentowała się także para taneczna Maorysów z Nowej Zelandii. Ich wojenny taniec haka (wykonywany także od ponad 100 lat przez Nowozelandzkie drużyny rugby przed meczami), wymaga ciszy. Pełnym napięcia ruchom półnagich męskich ciał towarzyszą okrzyki i różnorodne dźwięki, mające za zadanie odstraszyć przeciwnika. Warszawska publiczność z początku reagowała śmiechem, lecz wkrótce zamarła pod wrażeniem tego zjawiska. Na scenę dołączyły kanadyjskie specjalistki od śpiewu gardłowego i w tym oryginalnym składzie, wraz z Marią Pomianowską na czele, zaprezentował wyjątkową wersję „Rondo a la Krakowiak” Fryderyka Chopina, wywołując szalone brawa, oklaski na stojąco oraz bis.
Na zakończenie tego wieczoru wraz z grupą Lindigo powróciliśmy na znaną nam już wyspę Reunion. Lindigo jest jednym z najpopularniejszych tam zespołów. Podobnie jak Daniel Waro, czerpie z tradycji maloya jednak nie tak ortodoksyjnie jak ów „Strażnik Tradycji”, wzbogacając tę formę o polifoniczny śpiew z Madagaskaru oraz brzmienia z Afryki, Brazylii a nawet dancehall. Muzyka wykonywana przy użyciu wyłącznie tradycyjnych instrumentów nadal miała niezwykłą, dziką i porywającą energię - znacznie łatwiej było się jednak do niej poruszać. Raz jeszcze przekonaliśmy się, że muzyka na wyspach to często po prostu „radość”. Roztańczona od samego początku publiczność sporą część koncertu spędziła na stojąco.
IV
Czwartego dnia usłyszeliśmy dwie „Królowe Rytmu” - urodzoną na karaibskiej wyspie Tobago uroczą Calypso Rose oraz reprezentującą Nową Zelandię Moanę Manipoto.
73-letnia Calypso Rose dosłownie uwiodła warszawską publiczność, która cały koncert spędziła w pląsach na stojąco, pobudzona niezwykłą, pozytywną energią wielkiej divy i jej ogromnym poczuciem humoru. Gdyby oceniać występy po ilościach uśmiechów słuchaczy – z pewnością właśnie ten koncert górowałby nad resztą. Ciesząca się nadal wspaniałymi umiejętnościami wokalnymi Calypso Rose nie ogranicza swojej muzyki wyłącznie do gatunku calypso, który ma swoje korzenie w wyspiarskim państwie Trynidad i Tobago. Tworzy także piosenki ska (do których nadal energicznie tańczy), nie stroni też od reggae. Pięknym momentem koncertu było przywołanie ducha Boba Marleya, podczas wykonania jego utworu „Naughty Dread”. Pomiędzy piosenkami artystka obficie raczyła publiczność opowieściami o Karaibach, historii niewolnictwa i anegdotami ze swojego życia. Kilka razy zeszła ze sceny z mikrofonem w ręku i nie przestając śpiewać mieszała się z publicznością. Pięknym podziękowaniem za wspaniały koncert był gest Maciej Szajkowskiego, który wręczając na koniec bukiet kwiatów artystce – padł przed nią na kolana.
Po krótkiej przerwie, jeszcze gdy nie malała wcale kolejka po autografy do Calypso Rose, na scenę wyszła obdarzona bardzo pięknym niskim głosem Moana, wraz z zespołem The Tribe, prezentując mocne beaty (czasem bardzo dyskotekowe), rockowe brzmienia i znany już z wczoraj wojenny taniec Maorysów haka. Powrócił też duch Boba Marleya, którego muzyka, jak się dowiedzieliśmy, ogromnie wpłynęła również na twórców w Nowej Zelandii. Moana zwierzyła się, że występ króla reggae na wyspie w 1979 r. był pierwszym koncertem w jej życiu i od tego momentu miejscowi zrozumieli, jak muzyka może nieść ze sobą istotne przesłania.
V
Ostatni dzień festiwalu należał do The Garifuna Collective - szczególnego zespołu muzyków reprezentujących grupę etniczną Garifuna. Kolektyw powstał w państwie Ameryki Środkowej Belize, które posiada w swych granicach także wiele dziewiczych wysp tworzących jeden ze wspanialszych regionów basenu Morza Karaibskiego. Garifuna, choć są potomkami wywiezionych ze swojego lądu Afrykańczyków, w przeciwieństwie do innych grup nie mają tak tragicznej historii niewolnictwa - prawdopodobnie przejęli statek, którym ich przewożono przez ocean lub rozbili go na rafach niedaleko brzegu, na którym później się osiedlili. Ta istotna różnica w historii, miałam wrażenie, że odbija się w ich twórczości, która wydawała się być znacznie bardziej beztroska.
Pierwsza płyta kolektywu "Watina" uznana została za jeden z najważniejszych albumów muzyki świata, a ich występ takiej pozycji nie zaprzeczył. Kolektyw trzech perkusistów, dwóch gitarzystów, basisty i dynamicznej Desiree Diego, nieustannie nawoływał publiczność do tańca i śpiewu. W połowie koncertu na scenę dołączył Aurelio Martinez, wokalista i gitarzysta z Hondurasu, który zasłynął również jako pierwszy czarnoskóry poseł w Kongresie swojego pańśtwa.
Wszystkie koncerty Skrzyżowania Kultur kończyły się długim muzykowaniem podczas jam sessions w Klubie Festiwalowym, przy czym ostatniego dnia wzięła w nich udział także sama dyrektor artystyczna Maria Pomianowska, która jeszcze przed festiwalem zapowiadała, że jego 9. edycja będzie dla polskiej publiczności zaskoczeniem i zmieni typowe wyobrażenie o wyspach: Nie zdajemy sobie sprawy, jak niesamowicie różnorodne jest ich muzyczne życie. W zależności od stref czasowych, historii i warunków naturalnych wyspy wykształciły własne myślenie o dźwięku i głosie, powstały tam inne instrumenty, pulsowały inne rytmy. W śpiewie, melodii i tańcu zapisana jest przeszłość tych małych społeczności. Jedne mają za sobą ekspansję, inne były podbijane. Wszystkie budowały swe kultury w trudnych warunkach, a obce wpływy nie docierały do nich tak łatwo jak to bywa na kontynentach. Dlatego dziś, gdy rodzi się tożsamość globalna, wyspy pozostają mikrokosmosami indywidualnych kultur. Pozostają trudno dostępne, zachowują odrębne pomysły na życie artystyczne i społeczne. Przypominają, jak różnorodne formy przyjmuje ludzka kreacja.
Raz jeszcze okazało się, że muzyka świata nie jest w Warszawie gatunkiem niszowym, przyciągając pod PKiN wiele tysięcy osób, w czym z pewnością pomagają też transmisje koncertów w Polskim Radiu.
/pd/
W pięć dni dookoła świata
Jazz Forum - 12/2013
TEXT