9.30.2014

Jamajka w rytmie reggae


Karaiby, urzekające egzotyczną fauną i florą oraz tropikalnym klimatem, w ostatnich kilku latach cieszą się coraz większą popularnością wśród żeglujących Polaków. Z pewnością mają na to wpływ bardziej dostępne ceny biletów lotniczych. Jeszcze pięć lat temu widok polskiej bandery na kotwicowisku należał do rzadkości. Dziś zdarza się, że biało-czerwona powiewa na kilkunastu jednostkach cumujących w jednym miejscu. Zwykle Polacy pływają na łodziach czarterowych, ale coraz częściej wyruszają na Karaiby także własnymi jednostkami. Zresztą taki urlop za oceanem może być doskonałą okazją do zakupu jachtu, gdyż na wyspach nie brakuje porzuconych marzeń, które czekają na nowe życie.

Karaiby to kilkadziesiąt państw rozsianych na kilkuset (czasem bezludnych) wyspach Morza Karaibskiego. Wszystkie były kiedyś zamorskimi koloniami Europy, czego pozostałością są istniejące związki polityczne i ekonomiczne. Cześć z wysp jest bardziej zeuropeizowana, jak na przykład tętniąca nocnym życiem St. Martin/Maarten (doskonała na wszelkiego typu zakupy, także diamentów nie objętych cłem). Inne, jak na przykład Tobago, nie są tak dobrze zaopatrzone w towary konsumpcyjne, ale z pewnością nie zawiodą widokami prawdziwie dzikich zakątków.

Jedna z najbardziej atrakcyjnych tras północno-wschodnich Karaibów prowadzi przez południowe wybrzeże Republiki Dominikany oraz malownicze wysepki leżące u południowo-zachodniego wybrzeża Haiti (Île-à-Vache). Żeglując stąd na zachód docieramy na owianą wieloma legendami Jamajkę, której kultura odcisnęła się na całym świecie.

Ze względu na najwyższe na Karaibach statystyki przestępstw, nie spotkamy tu raczej zatłoczonych kotwicowisk. Na szczęście przemoc na wyspie dotyczy głównie porachunków między gangami narkotykowymi. Zalecane środki bezpieczeństwa są standardowe: nie poruszać się samotnie po zmroku i nie obnosić się z drogą biżuterią, dokładnie zamykać jacht, na kotwicowiskach podwieszać na noc ponton lub mocować go za pomocą łańcucha z kłódką. Także zostawiając ponton w niestrzeżonym miejscu, zapnijmy go na kłódkę, przepuszczając łańcuch przez mocowanie silnika.

Najpopularniejszym wśród żeglarzy miejscem Jamajki jest urokliwie położony u podnóża Gór Błękitnych Port Antonio, z niedawno wybudowaną mariną Errol Flynn. Jeśli wolimy bardziej ustronne okolice, gdzie łatwiej poznać lokalną kulturę, należy przypłynąć do Port Royal. Odseparowany od głównego lądu cypel mieści pozostałości po miasteczku, które przez długie lata cieszyło się opinią najbardziej zdemoralizowanego zakątka na ziemi. W celach handlowych i rozrywkowych przypływali tu piraci z całego świata (nawet z Madagaskaru). Właśnie w Port Royal miała miejsce akcja filmu „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły. Piracka sielanka została przerwana trzęsieniem ziemi, które w 1692 roku spowodowało zapadnięcie się pod wodę prawie całego miasta. Nurkując, wciąż można dostrzec pogrążone w morskiej toni wieże kościoła. Dziś Port Royal cieszy się zgoła inną sławą. Zamknięta społeczność rybacka zamieszkująca półwysep chwali się, że tworzy najspokojniejsze i najbezpieczniejsze miejsce na całej wyspie – nawet gdy zaśniesz zostawiając beztrosko portfel na stoliku, nikt go nie zabierze. 

Przyjaznym miejscem do zacumowania jachtu jest marina Royal Jamaica Yacht Club. Znajduje się w pobliżu lotniska, więc można tu odebrać przylatujących gości lub wymienić załogę. W cenie mamy basen oraz Wi-Fi, minusem może być jedynie odległość od lądowych szlaków komunikacyjnych (trzeba wziąć taksówkę lub wynająć samochód).

Możemy też stanąć w marinie prowadzonej przez hotel Morgan’s Harbour lub bezpłatnie zakotwiczyć w roztaczającej się przed nim osłoniętej zatoce. Hotel z przemiłą obsługą mieści się w pozostałościach po kompleksie brytyjskiej marynarki wojennej i z dumą nosi ślady zamierzchłej przeszłości, oferując żeglarzom dostęp do wody, elektryczności, pralni, internetu, dobrą restaurację, uroczy bar, a czasem nawet niezwykłe koncerty. Oddalony o kilkaset metrów Fort Charles jest główną atrakcją miasteczka, prezentuje dobrze zachowane pamiątki wojenne sprzed wieków.

Czytaj dalej... [str. 26-28]


Zdjęcia, filmy i opowieści żeglarzy oraz mieszkańców o Port Royal, Morgan's Harbour, reggae, Rasta, żeglarstwie oraz współczesnej Jamajce – przez cały październik w noderadio!
/pd/
Jamajka w rytmie reggae
WIATR - 10/2014
PDF

7.26.2014

Świat utkany z marzeń

Kapitan Tomasz Lewandowski jest jedynym Polakiem, który opłynął kulę ziemską w solowym rejsie bez zawijania do portów trasą ze wschodu na zachód – pod wiatry i prądy. Przed nim w historii światowego żeglarstwa dokonało tego zaledwie pięć osób: Sir Chay Blyth (1971), Mike Golding (1994), Philippe Monnet (1989), Jean Luc Van Den Heede (2004) oraz – jedyna kobieta w tym gronie – Denise „Dee” Caffari (2006). Tomek nawet nie próbował korzystać ze wsparcia finansowego sponsorów. Wiele lat pracy i ogromna siła sprawiły, że pokonał wszystkie przeciwności losu, aby osiągnąć wymarzony w dzieciństwie cel. 


Wielkie marzenie Tomka narodziło się na iławskim Jezioraku, gdzie jeszcze przed ukończeniem 20 lat zwodował swoją pierwszą łódkę, zatokową „Lukę” o długości 7,5 metra. W połowie lat 80-tych kupił projekt dwunastometrowej jednostki i część materiałów na jej budowę. Jednak małżeństwo sprawiło, że skoncentrował się na stworzeniu domu i rodziny. Gdy po latach znów został sam, postanowił wyjechać za ocean. W USA długo pracował w budownictwie i rybołówstwie. Poznał tam dwie miłości swojego życia: Beatę oraz nową „Lukę”, francuski jacht z 1982 roku typu Mikado 56 (długość: 17 metrów). Z Beatą wziął ślub w Las Vegas, a „Lukę” wyremontował, wyposażył (głównie w sprzęt używany) i po latach oczekiwania bez rozgłosu oddał cumy na kilkanaście miesięcy.

Wypłyną z meksykańskiej miejscowości Ensenada 6 marca 2007 roku. Pokonał Pacyfik, przepłynął morza Koralowe i Arafura otaczające Australię od zachodu i północy. Przedarł się przez Ocean Indyjski. Opłynął przylądek Dobrej Nadziei. Przemierzył Atlantyk i podczas sprzyjającego okna pogodowego pokonał Horn. Trasa, z której codziennie przesyłał pełne humoru i mądrości relacje, przebiegła w miarę spokojnie. Awarie (silnika, autopilota, generatora prądu, czy windy kotwicznej) udało się naprawić lub obejść. Po 391 dniach, 20 godzinach, 29 minutach i 10 sekundach oraz po przepłynięciu 28710 mil, jacht „Luka” powrócił do meksykańskiego portu. Był pierwszy dzień kwietnia 2008 roku. W wokółziemskiej wyprawie Tomkowi towarzyszył „pierwszy oficer” – pies Wacek (terrier rasy Jack Russell). Jest on pierwszym czworonogiem na świecie, który odbył tak trudną podróż pod żaglami – razem ze swym kapitanem trafił do Księgi Rekordów Guinnessa. Tomek wolał jednak cień własnej sterówki od nagród i blasku reflektorów. Na pamiątkę rejsu sprawił sobie nowy tatuaż przedstawiający „Lukę” na kuli ziemskiej.

Przez kilka kolejnych lat podróżował z żoną. Odwiedzili m.in. Wyspę Wielkanocną i Galapagos, na dłużej zatrzymując się przy bajkowych San Blas. W 53 urodziny (9 lipca 2012 roku) wypłynął w swój ostatni rejs. U wybrzeży panamskiej Isla Grande, podczas naprawy steru, doznał ataku serca. Mimo podjętej akcji ratowniczej, około czwartej nad ranem zmarł. Odszedł w piątek 13 lipca nie dobijając do portu. 

Zgodnie z życzeniem męża, Beata zorganizowała pogrzeb morski – prochy rozsypała na morzu w dzień swoich urodzin 16 sierpnia. Dokładnie w miejscu, w którym odszedł (09º 33' N, 079º44' W). Na ich wspólnym blogu napisała między innymi: „Tomek kochał »Mamę Ocean«. Takiego określenia zawsze używał. Porównywał ocean do matki, która najczęściej jest uśmiechnięta i dobra, ale czasami smutna albo pochmurna, potrafi też się rozgniewać, ale tak jak matka, nigdy nie zrobi krzywdy. Krzywdę na oceanie możemy sobie zrobić tylko sami – mawiał Tomek. I nie wystarczy jeden błąd. Musi kilka błędów nałożyć się na siebie, co najmniej dwa... (...)"
/pd/



Świat utkany z marzeń - wspomnienie o Tomaszu Lewandowskim
WIATR - 8/2014
PDF

6.28.2014

Jachtostop w Łomiankach


Jachtostop to nie tylko najbardziej ekonomiczna forma podróżowania, lecz także jeden z piękniejszych wyrazów alter-konsumpcyjnego stylu życia. O praktycznych oraz idealistycznych aspektach jachtostopu opowiadać dziś będę podczas Żeglarskiego Weekendu organizowanego przez Jachtklub Łomianki [1745]. Opowieści z morską bryzą w tle rozbrzmiewać będą przez całą sobotę i niedzielę - oto plan szczegółowy. Zapraszam serdecznie!

5.20.2014

12.17.2013

W pięć dni dookoła świata

Dziewiąta edycja Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur, odbywająca się pod hasłem „Wyspy Świata”, zabrała słuchaczy w szczególną podróż: na dziewięć dalekich wysp rozsianych wokół globu - od prażących słońcem Karaibów, po mroźne wysepki północnej Kanady. 

Na pięć wrześniowych dni namiot festiwalowy pod PKiN sam stał się wielokulturową wyspą, na której czuło się wilgotną bryzę tropików, wulkaniczną energię i radość z wibrujących rytmów. Soliści i zespoły reprezentujący tradycje ukształtowane w specyficznych warunkach klimatycznych, geograficznych i historycznych, zaprezentowali różnorodne gatunki muzyczne, techniki śpiewu, lokalne tańce i swoiste rytmy. Co okazało się wspólne wszystkim przedstawionym wyspom, poza okalającą je słoną wodą mórz i oceanów, to wysiłek rodzimych twórców, by uchronić przed wyginięciem kulturowe dziedzictwo, boleśnie tłamszone w brutalnej często historii.

I

Pierwszy dzień koncertów wybiegał jednak poza wyspiarską formułę - odbył się bowiem pod hasłem „Sounds Like Poland”. Wspaniale, że tę zupełnie nową ideę udało się wreszcie wprowadzić w program festiwalu. Przygotowana wspólnie z Instytutem Adama Mickiewicza inicjatywa ma na celu prezentację polskich brzmień tradycyjnych w połączeniu z międzynarodowymi spotkaniami profesjonalistów branży muzycznej. I tak, w ciągu dnia, wspólnie z muzykami, promotorami, wydawcami, menadżerami oraz producentami z Polski i zagranicy, można było wziąć udział w konferencji poświęconej zjawiskom i tendencjom w branży oraz współczesnemu rynkowi muzyki świata. Wieczorem natomiast, można było uczestniczyć w niebiletowanych koncertach sześciu polskich zespołów. 

Pierwszy - kwartet Kwadrofonik - stworzony przez absolwentów Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, poszukuje nowych brzmień w ludowych pieśniach rozpisując je na dwa duety – fortepianowy i perkusyjny. Na muzyczną scenę wkroczył w 2006 r. zwyciężając IX Festiwal Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja”, na którym otrzymał Grand Prix, Nagrodę Publiczności i Nagrodę Prezydenta Warszawy. Uznani za odkrywczych i wytyczających nowe tory w muzyce folkowej, przygotowują właśnie swój drugi album, gdzie muzyka Witolda Lutosławskiego łączyć się ma z poezją Juliana Tuwima. 

Na szczególną uwagę zasługuje występ zespołu młodej i utalentowanej wokalistki, kompozytorki i multiinstumentalistki Karoliny Cichej. Łącząc brzmienia tradycyjne z muzyką alternatywną, zaprezentowała kilka utworów z albumu "Wieloma językami”, który ukazuje skomplikowaną mieszankę kulturową jej rodzinnych stron – Podlasia. Usłyszeliśmy więc pieśni w języku tatarskim, litewskim, jidysz, ukraińskim oraz cygańskim. Ażurowe i bardzo zróżnicowane aranżacje pociągały za sobą stale zmieniające się instrumentarium. Karolina, nazwana ze sceny „kosmitką”, poza mocnym, pięknym śpiewem i grą na akordeonie – obsługiwała też instrumenty klawiszowe, samplery, triggery perkusjne i loopery. Towarzyszył jej współtworzący projekt Bart Pałyga (morinhuur, drumla, wiolonczela elektryczna, mandolina, fujarka, daf, śpiew gardłowy) oraz goście: ekspert perskiej lutni oud Mateusz Szemraj oraz fidelistka Marta Sołek. Karolina podbiła serca słuchaczy nie tylko swoją muzyką, lecz również opowieściami przybliżającymi znaczenie tekstów oraz luźnym sposobem bycia, poczuciem humoru i żywiołową energią. Podobnie stało się podczas tegorocznego Festiwalu Folkowego Polskiego Radia „Nowa Tradycja”, gdzie projekt "Wieloma językami” zdobył Grand Prix. Album ma ukazać się na rynku jeszcze tej jesieni, a premierowy koncert zapowiedziano na 29 października w Tygmoncie.

Z niezwykle gorącym przyjęciem spotkał się też występ Orkiestry św. Mikołaja, swoistego zespołu–instytucji, który w latach 90. budował podwaliny polskiej sceny folkowej, zmieniając kierunek poszukiwań z głównie obowiązujących wtedy trendów celtyckich – na słowiańskie, stając się tym samym inspiracją dla setek zespołów. Oprócz bardzo charakterystycznego brzmienia, muzykom Orkiestry udało się stworzyć jedno z najważniejszych świąt muzyki folkowej w kraju – cieszący się już 23-letnią tradycją Międzynarodowy Festiwal Muzyki Ludowej „Mikołajki Folkowe”. Z ich inicjatywy powstało także jedyne pismo folkowe w kraju - ”Gatki z Chatki”. Nazywany przez Macieja Szajkowskiego „ojcem chrzestnym polskiego folku” charyzmatyczny Bogdan Bracha, występuje wraz z członkami swej rodziny (zaprezentowały się 3 pokolenia muzyków). Bardzo osobista, energetyczna muzyka z wieloma partiami instrumentalnymi, powstawała przez wiele lat podczas wędrówek po karpackich szlakach i na ogniskowych zabawach. Wielka radość wspólnego muzykowania udzieliła się i warszawskiej publiczności, która włączyła się nie tylko we wspólne śpiewy, ale i widowisko obrzędowe pt. „Odpędzanie gzów od krów”. Festiwalowy występ ma spore szanse zwiększyć imponującą liczbę bootlegów koncertowych Orkiestry, które krążą na rynku obok ich 14 wydawnictw oficjalnych. 

Pełni werwy wyszli też na scenę Vołosi – kwintet stworzony przez muzyków klasycznych i mistrzów muzyki góralskiej, której tradycję członkowie podtrzymują od pokoleń. Na koncercie muzyka Beskidu Śląskiego pełna była dynamiki oraz wspaniałej zabawy, a dialog pomiędzy instrumentami wyglądał nawet czasem na międzypokoleniową muzyczną bitwę.

Być może zaskoczeniem dla niektórych odbiorców muzyki świata był festiwalowy występ rozwijającego tradycję instrumentów smyczkowych w Polsce zespołu Atom String Quartet. Nie tylko prowadzący koncert Maciej Szajkowski miał jeszcze świeżo w pamięci piękny występ grupy u boku Bobby McFerrina podczas „Solidarity of Arts”. Muzycy, kochani i nagradzani przez odbiorców jazzu i muzyki klasycznej, inaczej niż pozostali wykonawcy festiwalu – grali patrząc w nuty, dzięki czemu nie tak łatwo było im utrzymać kontakt z publicznością. Nie przeszkodziło to jednak zgromadzonym docenić kunszt wykonania i partie improwizacji w utworach inspirowanych zarówno muzyką Podhala (skąd pochodzi Dawid Lubowicz), jak i latynoską, amerykańską oraz klasyczną.

Ostatni koncert tego wieczoru należał do wokalistki i skrzypaczki Joanny Słowińskiej, która zaczęła występ przejmującym śpiewem a capella. W kolejnych słowiańskich pieśniach obrzędowych dołączyli pozostali muzycy, wprowadzając na scenę odważne, klubowe i rockowe brzmienia, a całość dopełniły inspirowane folklorem wizualizacje.


II

Drugiego dnia nastąpiło oficjalne otwarcie festiwalu pod hasłem „Wyspy Świata”, a przyświecała mu idea „Strażników Tradycji”, gdyż prezentowane tego wieczoru zespoły starają się jak najdokładniej odtwarzać pradawne korzenie swojej kultury. 

Najpierw odwiedziliśmy skalistą Sardynię, skąd pochodzi kwartet wokalny Tenores Di Bitti Mialinu Pira. Ubrani w ciekawe tradycyjne stroje wokaliści, zachwycili perfekcyjnością przenoszonych oralnie pieśni polifonicznych, których historia sięga trzech tysięcy lat. Przekazywane w tradycji oralnej pieśni świeckie i religijne śpiewane są w języku sardyńskim (który udało się uchronić przed italianizacją), a zbudowano je na zasadzie jednego głosu prowadzącego melodię i improwizującego, podczas gdy 3 pozostałe tworzą harmoniczne tło. Na bis muzycy wykonali utwór, który w 2001 r. zaprezentowali podczas prywatnej audiencji u Jana Pawła II.

Z wielką ekscytacją oczekiwałam występu kolejnego artysty, którego miałam okazję podziwiać trzynaście lat temu na niemieckim festiwalu w Moers. Kompozytor, wokalista i perkusjonalista Danyel Waro już zza kulis rozpoczął swój koncert i tanecznym krokiem wszedł z zespołem na scenę w rytmie archaicznych dźwięków. W jedną chwilę przeniósł nas na nieprzewidywalny Ocean Indyjski, gdzie w odosobnieniu leży smagana cyklonami i wybuchami wulkanu wyspa Reunion. W XVIII w. przywożono tam niewolników z Afryki, od których pochodzi wykonywany przez Waro styl śpiewu i tańca maloya, będący „spontanicznym wybuchem energii, zawołaniem do tańca, poezją ekstazy i wolności”. Gatunek ten zakazany na wyspie jeszcze w latach 60. XX w, od 2005r znajduje się się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednak w dalszym ciągu nieodłącznym elementem twórczości Waro jest jego działalność na rzecz uzyskania niepodległości wyspy, która nadal jest zamorskim departamentem Francji. Za odmowę służby wojskowej, urodzony we francuskiej rodzinie Waro, spędził kilka lat w więzieniu. W obronie kultury kreolskiej śpiewa o niesprawiedliwościach społecznych, politycznych nadużyciach i rasizmie oraz sprzeciwia się dominacji kultury francuskiej na Reunion. Jego niemożliwa do opisania werwa i pozytywna energia udzieliły się chyba wszystkim zgromadzonym, którzy cały koncert przetańczyli w rytmach wcale najłatwiejszych dla europejskiego ucha. Zespół wykorzystywał wyłącznie instrumenty perkusyjne, dośpiewując przepiękne chórki. Lirycznym odpoczynkiem od rytmów wymagających niezłej kondycji był wzruszający utwór o miłości, który artysta zadedykował swojej żonie.

III

Trzeciego dnia festiwalu namiot wypełniony był do ostatniego miejsca. Pod hasłem „Masters & Shamans” najpierw usłyszeliśmy Koncert Mistrzów, czyli należący już do tradycji Skrzyżowania występ zespołu uformowanego tylko na ten jeden wieczór z wirtuozów i multiinstrumentalistów zaproszonych do prowadzenia kilkudniowych warsztatów podczas festiwalu. Poza muzykami z Sycylii, Irlandii, Polski czy afrykańskiej wyspy Djerba, zaprezentowała się także para taneczna Maorysów z Nowej Zelandii. Ich wojenny taniec haka (wykonywany także od ponad 100 lat przez Nowozelandzkie drużyny rugby przed meczami), wymaga ciszy. Pełnym napięcia ruchom półnagich męskich ciał towarzyszą okrzyki i różnorodne dźwięki, mające za zadanie odstraszyć przeciwnika. Warszawska publiczność z początku reagowała śmiechem, lecz wkrótce zamarła pod wrażeniem tego zjawiska. Na scenę dołączyły kanadyjskie specjalistki od śpiewu gardłowego i w tym oryginalnym składzie, wraz z Marią Pomianowską na czele, zaprezentował wyjątkową wersję „Rondo a la Krakowiak” Fryderyka Chopina, wywołując szalone brawa, oklaski na stojąco oraz bis.

Na zakończenie tego wieczoru wraz z grupą Lindigo powróciliśmy na znaną nam już wyspę Reunion. Lindigo jest jednym z najpopularniejszych tam zespołów. Podobnie jak Daniel Waro, czerpie z tradycji maloya jednak nie tak ortodoksyjnie jak ów „Strażnik Tradycji”, wzbogacając tę formę o polifoniczny śpiew z Madagaskaru oraz brzmienia z Afryki, Brazylii a nawet dancehall. Muzyka wykonywana przy użyciu wyłącznie tradycyjnych instrumentów nadal miała niezwykłą, dziką i porywającą energię - znacznie łatwiej było się jednak do niej poruszać. Raz jeszcze przekonaliśmy się, że muzyka na wyspach to często po prostu „radość”. Roztańczona od samego początku publiczność sporą część koncertu spędziła na stojąco.


IV

Czwartego dnia usłyszeliśmy dwie „Królowe Rytmu” - urodzoną na karaibskiej wyspie Tobago uroczą Calypso Rose oraz reprezentującą Nową Zelandię Moanę Manipoto. 

73-letnia Calypso Rose dosłownie uwiodła warszawską publiczność, która cały koncert spędziła w pląsach na stojąco, pobudzona niezwykłą, pozytywną energią wielkiej divy i jej ogromnym poczuciem humoru. Gdyby oceniać występy po ilościach uśmiechów słuchaczy – z pewnością właśnie ten koncert górowałby nad resztą. Ciesząca się nadal wspaniałymi umiejętnościami wokalnymi Calypso Rose nie ogranicza swojej muzyki wyłącznie do gatunku calypso, który ma swoje korzenie w wyspiarskim państwie Trynidad i Tobago. Tworzy także piosenki ska (do których nadal energicznie tańczy), nie stroni też od reggae. Pięknym momentem koncertu było przywołanie ducha Boba Marleya, podczas wykonania jego utworu „Naughty Dread”. Pomiędzy piosenkami artystka obficie raczyła publiczność opowieściami o Karaibach, historii niewolnictwa i anegdotami ze swojego życia. Kilka razy zeszła ze sceny z mikrofonem w ręku i nie przestając śpiewać mieszała się z publicznością. Pięknym podziękowaniem za wspaniały koncert był gest Maciej Szajkowskiego, który wręczając na koniec bukiet kwiatów artystce – padł przed nią na kolana. 

Po krótkiej przerwie, jeszcze gdy nie malała wcale kolejka po autografy do Calypso Rose, na scenę wyszła obdarzona bardzo pięknym niskim głosem Moana, wraz z zespołem The Tribe, prezentując mocne beaty (czasem bardzo dyskotekowe), rockowe brzmienia i znany już z wczoraj wojenny taniec Maorysów haka. Powrócił też duch Boba Marleya, którego muzyka, jak się dowiedzieliśmy, ogromnie wpłynęła również na twórców w Nowej Zelandii. Moana zwierzyła się, że występ króla reggae na wyspie w 1979 r. był pierwszym koncertem w jej życiu i od tego momentu miejscowi zrozumieli, jak muzyka może nieść ze sobą istotne przesłania. 


V

Ostatni dzień festiwalu należał do The Garifuna Collective - szczególnego zespołu muzyków reprezentujących grupę etniczną Garifuna. Kolektyw powstał w państwie Ameryki Środkowej Belize, które posiada w swych granicach także wiele dziewiczych wysp tworzących jeden ze wspanialszych regionów basenu Morza Karaibskiego. Garifuna, choć są potomkami wywiezionych ze swojego lądu Afrykańczyków, w przeciwieństwie do innych grup nie mają tak tragicznej historii niewolnictwa - prawdopodobnie przejęli statek, którym ich przewożono przez ocean lub rozbili go na rafach niedaleko brzegu, na którym później się osiedlili. Ta istotna różnica w historii, miałam wrażenie, że odbija się w ich twórczości, która wydawała się być znacznie bardziej beztroska. 

Pierwsza płyta kolektywu "Watina" uznana została za jeden z najważniejszych albumów muzyki świata, a ich występ takiej pozycji nie zaprzeczył. Kolektyw trzech perkusistów, dwóch gitarzystów, basisty i dynamicznej Desiree Diego, nieustannie nawoływał publiczność do tańca i śpiewu. W połowie koncertu na scenę dołączył Aurelio Martinez, wokalista i gitarzysta z Hondurasu, który zasłynął również jako pierwszy czarnoskóry poseł w Kongresie swojego pańśtwa.


Wszystkie koncerty Skrzyżowania Kultur kończyły się długim muzykowaniem podczas jam sessions w Klubie Festiwalowym, przy czym ostatniego dnia wzięła w nich udział także sama dyrektor artystyczna Maria Pomianowska, która jeszcze przed festiwalem zapowiadała, że jego 9. edycja będzie dla polskiej publiczności zaskoczeniem i zmieni typowe wyobrażenie o wyspach: Nie zdajemy sobie sprawy, jak niesamowicie różnorodne jest ich muzyczne życie. W zależności od stref czasowych, historii i warunków naturalnych wyspy wykształciły własne myślenie o dźwięku i głosie, powstały tam inne instrumenty, pulsowały inne rytmy. W śpiewie, melodii i tańcu zapisana jest przeszłość tych małych społeczności. Jedne mają za sobą ekspansję, inne były podbijane. Wszystkie budowały swe kultury w trudnych warunkach, a obce wpływy nie docierały do nich tak łatwo jak to bywa na kontynentach. Dlatego dziś, gdy rodzi się tożsamość globalna, wyspy pozostają mikrokosmosami indywidualnych kultur. Pozostają trudno dostępne, zachowują odrębne pomysły na życie artystyczne i społeczne. Przypominają, jak różnorodne formy przyjmuje ludzka kreacja.

Raz jeszcze okazało się, że muzyka świata nie jest w Warszawie gatunkiem niszowym, przyciągając pod PKiN wiele tysięcy osób, w czym z pewnością pomagają też transmisje koncertów w Polskim Radiu.  
/pd/

W pięć dni dookoła świata
Jazz Forum - 12/2013
TEXT