W zeszłym roku Chris Rea zaskoczył cały świat – jednego dnia wydał jedenaście swoich albumów z premierowym materiałem (co przekłada się na 12 godzin muzyki lub 137 utworów), i na tym wcale nie koniec. Dwunastym krążkiem jest płyta DVD z filmem dokumentującym powstanie projektu, a wszystko to umieszczono w grubej książce zilustrowanej obrazami autorstwa samego Mistrza.
Wyjątkowe wydawnictwo The Blue Guitars oraz zapowiedź ostatniej trasy koncertowej artysty (warszawski koncert 17-go marca) stały się pretekstem rozmowy, która miała miejsce pewnego listopadowego wieczoru w warszawskim Hotelu Bristol.
Patrycja Długoń: Co czujesz patrząc na ten piękny projekt?
Chris Rea: Tacy ludzie jak ja zawsze myślą: może mogłem zrobić to lepiej… Moja rodzina dobrze o tym wie – nigdy nie jestem w pełni zadowolony, więc myślę już o następnym projekcie. W przemyśle muzycznym jest nas kilku, którzy przez te wszystkie lata pracowali z miłości do muzyki, a nie dla sławy, niestety takie podejście stwarza wiele problemów. To idea, która nie istnieje w rzeczywistości, ale jeszcze żyje kilku z tych, którzy kochają muzykę – Mark Knopfler, Eric Clapton, Chris Rea, Van Morrison… I tylko o nią nam chodzi.
W książce znajduje się jedenaście albumów, szkoda, że nie nagrałem ich wcześniej. Każdy brzmi inaczej. Z wielkim zapałem szukałem tych brzmień różnych rodzajów bluesa – New Orleans, Chicago… I chodziło mi o muzykę, nic innego.
PD: Żałujesz, że nie nagrałeś ich wcześniej?
CR: Tak, ale teraz jestem szczęśliwy. Nie wstydzę się niczego, co stworzyłem, ale kiedyś nad brzmieniem pracowali producenci zatrudnieni przez wytwórnie płytowe. Dla kogoś stojącego z boku może nie mieć to znaczenia, ale kiedy przejmujesz się swoją muzyką, to wielka sprawa. Trzeba z tym jakoś żyć. Czasem, choć nieczęsto, gdy widzę się z takimi facetami jak Van Morrison, czy Mark Knopfler, stroimy z siebie żarty, że męczy nas brak zadowolenia z tego czy tamtego. W świecie rockowo-bluesowym jest podobnie, jak z dyrygentem orkiestry, który nieustannie poszukuje „jeszcze innego” brzmienia.
PD: Czy można powiedzieć, że to najbardziej twórczy okres w Twoim życiu?
CR: Nie, dla mnie nic się nie zmieniło. Dzięki temu, że odniosłem sukces, jeżeli o czymś teraz pomyślę, po prostu to robię. Kiedyś musiałem prosić o pozwolenie, grać w jakieś polityczne gierki, po to tylko żeby ktoś zgodził się mnie wesprzeć. Zdobywanie poparcia nie miało nic wspólnego z muzyką. To bardzo interesujące, że muzyk musi funkcjonować w świecie polityki... Niektórym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Dla mnie było to niezwykle trudne.
Jedyna różnica polega więc na tym, że kiedy wpadnę na taki pomysł jak The Blue Guitars, nic mnie nie powstrzyma. Nie za wiele zostało z tego biznesu – mamy pop i jedną, czy dwie osoby, które robią coś interesującego - to wszystko. Nawet tacy ludzie, jak Elton John są sfrustrowani, bo kiedy masz na koncie już dwadzieścia płyt, dochodzisz do punktu w którym należałoby powiedzieć: dość już! Jeżeli pomyśleć o muzyce rockowej jak o obrazie, ma ona ograniczony zasób kolorów, nie jest on nieskończony. Więc na ile jeszcze płyt Eltona Johna masz ochotę? Jest wspaniały, uwielbiam go, ale nie można nagrywać po prostu kolejnej płyty, mamy ich wystarczająco dużo. Więc teraz szukam sposobów, które są bardziej interesujące, niż nagranie po prostu kolejnej płyty. To właśnie mnie dziś ciszy: nie muszę już nagrywać według czyichś zasad.
PD: Doskonale znasz historię bluesa. Przed nagraniem The Blue Guitars przeczytałeś dodatkowo ogromną ilość książek, wiele wysiłku włożyłeś w zdobycie odpowiednio wiekowych gitar i wzmacniaczy, dlaczego więc nie chcesz, by ten projekt postrzegano jak historię rozwoju bluesa?
CR: Nie chcę, by ludzie brali taką lekcję na poważnie. Nie wierzę też, że blues i wszystkie jego rodzaje mogły być sprowadzone do szkolnej lekcji, bo to źle dla bluesa. Powodem dla którego blues zdobył tak ogromną popularność był jego nieustanny rozwój. To właśnie fascynuje mnie w bluesie. Zmieniał się cały czas, więc dziś nie powinniśmy się zatrzymywać, ale iść dalej. Jeden z najwspanialszych utworów bluesowych, jakie kiedykolwiek powstały, to Kind of Blue Milesa Davisa, ale gdyby zapytać: czy to blues? - powiedziano by: nie, bo nie ma tu gitar! Więc nie chcę, by to była lekcja historii, ale raczej wyraz mojej fascynacji.
PD: W trakcie sesji nagraniowych zastanawiałeś się może, gdzie w tym wszystkim umieścić jazz?
CR: W balladach bluesowych jest dużo jazzu. Szczególnie w nagraniach, w których wziął udział Eric Seva z Paryża. Ale miały też miejsce pewne osobliwe momenty, w których uświadamiasz sobie, skąd jazz się w ogóle wziął. [Na The Blue Guitars] Jest taki utwór Talking ‘bout New Orleans, gdzie chłopaki grają rocka, ale w tym samym czasie i tym samym rytmie słychać jedną z orkiestr znad Mississippi, więc jest tak [CR śpiewa], a w tle [śpiewa], i to wszystko do siebie pasuje! I widzisz skąd się bierze! Mam dreszcze nawet jak tylko o tym mówię! Jest też utwór country-bluesowy KKK Blues o Ku-Klux-Klanie. Idea była taka, że będę grał na gitarze slide, a Silvin [Marc], który ma francusko-afrykańskie korzenie – na afrykańskiej gitarze dobro. W swoim solo wykorzystał zupełnie inne od europejskich skale afrykańskie, i kiedy je rozpoczyna, utwór zaczyna brzmieć jak Porgy and Bess! To fascynujące, że na tak prymitywnych instrumentach, jak banjo i afrykańskie dobro, oni grają w taki sposób, że nagle rozpoznajesz skąd wziął się utwór Porgy and Bess. To fantastyczne!
Ludzie z zewnątrz myślą, że była to dla nas ciężka praca, a to wcale nie była praca! Przykro nam, że się skończyło! Szkoda, że nie mieliśmy nagrać dwudziestu albumów!
PD: We wstępie do The Blue Guitars wspominałeś coś o pięćdziesięciu!
CR: W pewnym momencie powiedziałem swojemu managerowi: Trzy więcej i zobacz [bierze do ręki The Blue Guitars], nie będzie można jej zamknąć! A robisz to już i tak za niską cenę. Teraz ty musisz mi pomóc, bo muszę to skończyć. Więc tych kilku albumów zabrakło.
PD: W tym samym wstępie stwierdziłeś również, że jedna płyta więcej, to byłoby za dużo dla słuchacza. Czy jako twórca potrzebujesz zrozumienia swoich odbiorców?
CR: Są dwie odpowiedzi na to pytanie. Po pierwsze, dodatkowe albumy komplikowałyby całą sprawę. W zeszłym tygodniu pewien włoski bluesman powiedział mi, że nie ma irlandzkiego ani latynoskiego bluesa, bo blues jest czarny i z Chicago. A to przecież nieprawda! To tak, jakby powiedzieć, że nikt inny na świecie nie jest wrażliwy. Odpowiedziałem mu, że według jednej z największych postaci bluesa jaką znam, blues powstaje gdy muzycznie rozpoznajesz emocje. Znów przywołam tu Milesa Davisa i Kind of Blue. A jednym z największych twórców bluesa był Czajkowski! Niektóre z jego utworów w niewiarygodny wręcz sposób wyrażają uczucia! Może gdyby Czajkowski był czarnym niewolnikiem napisałby jakiś Mississippi blues? Był Rosjaninem, lecz to wcale nie znaczy, że nie czuł bluesa! Ale wielu ludzi tego nie rozumie.
Po drugie, jestem tak szczęśliwy robiąc co robię, że nie domagam się, by każdy tego słuchał. Trzeba uważać, żeby nie stać się Adolfem Hitlerem, sam nie znoszę, gdy ktoś mówi mi co mam robić. Jedni zrozumieją, inni nie, ale nie próbuję startować w wyborach, więc…
PD: Blues muzycznie rozpoznaje emocje, ale to chyba zawsze uczucia smutku i bólu…
CR: Myślę, że blues jest bardziej złożony, niż ten amerykański Mississippi blues, który jest tylko jednym z jego rodzajów. Chodzi o kombinację wrażliwości i wiedzy muzycznej, a gdy te dwa elementy połączysz – powstaje blues.
Muzyka bluesowa to nie jest jedna emocja, lecz worek emocji pewnego rodzaju. Gdy Miles Davis tworzył swoje Kind of Blue z pewnością towarzyszyły mu inne emocje, niż cierpiącemu niewolnikowi. Chodzi o głębię uczucia… Dziękuję. [po polsku] Dzięki tobie przyszło mi coś do głowy…
To gąszcz pewnych emocji, które przeżywają niektórzy. Na szczęście nie wszyscy, bo stałoby się to nudne. Są ludzie, którzy doskonale potrafią tworzyć wesołą muzykę na sobotnie wieczory, nie jestem jednym z nich, choć próbowałem, bo myślałem że coś ze mną nie tak skoro nie potrafię stworzyć popowego przeboju, czy muzyki tanecznej. Kiedyś martwiło mnie to, dziś na szczęście już nie.
PD: W swoim najnowszym wydawnictwie objawiasz się światu również jako malarz…
CR: Malarstwo jest dla mnie czymś nowym. Wszystkim mówię, że jestem studentem malarstwa. Odkryłem je dopiero trzy lata temu, szkoda że nie w czasach mojej młodości, ale wtedy na północy Anglii nie było takich możliwości. Uwielbiam to! Uczę się coraz więcej z tygodnia na tydzień, czytam wiele książek, uczęszczam właśnie na lekcje perspektywy. Odkąd skończyłem prace nad The Blue Guitars zacząłem malować góry, same ich kształty z jeziorem u podnóża. Jest takie miejsce – Montreaux nad Jeziorem Genewskim, i nie ma dnia w roku by wyglądało podobnie! Tak jak Claud Monet ciągle malował stogi siana, tak ja maluję teraz góry. Kocham to! Ale nie chcę, by brano to zbyt poważnie. To nudne, kiedy muzyk przechwala się czego to on nie robi, bo to brak szacunku dla ludzi, którzy malarstwem zajmują się od wielu lat. Poza tym, gdybym do swojego malowania podchodził z powagą, pewnie nie znajdowałbym w nim takiej przyjemności, a kocham to! Poza tym, malowanie jest tańsze od golfa! [śmiech]
PD: Nie podoba Ci się fakt, że coraz częściej muzykę ściąga się z Internetu. Czy to dlatego, że znając płytę we fragmentach, nie sposób pojąć ideę całości albumu?
CR: Dokładnie dlatego. W ten sposób umiera kultura. Podstawą przemysłu muzycznego i źródłem jego dochodów jest kultura albumu. Przemysł muzyczny właśnie na niej tak bardzo się rozwinął – było wiele gatunków muzycznych, wiele albumów, wielu artystów. Tworząc, artyści myśleli o swoich słuchaczach, bardzo starannie dobierało się też kolejność utworów. Słuchanie płyt było niezwykle uroczystym momentem!
Najgorzej mają dziś młodzi artyści, i wiem, że to prawda. Mam niezłych informatorów – szesnasto i dwudziestoletnie córki. Mówią mi wszystko, nawet tylko swoim zachowaniem. Jest taki człowiek, Ben Harper. W dawnych czasach byłby gdzieś pomiędzy Bobem Marley’em a Jimmi Hendrixem, a jest nigdzie, bo nie można ściągnąć jego utworów z Internetu, nie usłyszysz go w radiu, nie zobaczysz w telewizji… A moje dzieci myślą, że jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi, ale tylko dlatego, że ich Papa go ubóstwia. Znajomi moich córek pytają: kto to? Jest niesamowity! Więc wiesz, że dzieciaki nadal lubią to, co młodzi decydenci nazywają „przebrzmiałą muzyką”. Widzisz, że im się podoba, ale nigdzie nie mają do takiej muzyki dostępu, bo nikt im jej nie daje. A nie można w pełni zasmakować Bena Harpera, gdy ma się jeden jego kawałek na I-Podzie. Myślę więc, że niestety przemysł muzyczny upadnie. Za dwa, trzy lata przemysłu płytowego po prostu już nie będzie. Niektórzy, jak Chris Rea, nadal będą tworzyli takie książki jak ta, ale nie pomoże to nowym artystom. Szkoda.
PD: Mam nadzieję, że przyszłość muzyki nie będzie tak smutna…
CR: Obawiam się, że tak się jednak stanie. Później – kto wie? Tkwię w tym od dwudziestu pięciu lat, znam każdego i wiem, że wszyscy chcą tylko jak najwięcej zarobić, a później po prostu uciec.
PD: Wspominałeś, że myślisz o nowym projekcie, możesz powiedzieć już coś o nim?
CR: Jeszcze nic nie wiem. Ze mną jest tak, że kiedy znajduję się niedaleko studia, a do głowy przychodzi mi jakiś pomysł – realizuję go. Jeżeli przez miesiąc nie ma mnie w okolicy studia – pomysł przepada. I wtedy przychodzą następne. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, co będzie działo się w mojej głowie, gdy skończę trasę. Ważne, żeby było świeże. Mam wiele pomysłów, nie mogą przestać przychodzić mi do głowy! Ludzie z zewnątrz nazywają to talentem, ale dla mnie to jak nerwica natręctw. Myślę, że artyzm i kreatywność są bliźniakami, a doszedłem do tego, kiedy byłem bardzo chory i wiele miesięcy leżałem w szpitalu. Było to okropne doświadczenie, ponieważ nic nie mogłem robić poza słuchaniem własnej głowy. Widzę to także w swoich dzieciach – cały czas coś muszą robić. Więc to pewna kondycja, nie talent.
PD: Mówisz, że tegoroczna trasa koncertowa będzie Twoją ostatnią…
CR: Jako Chris Rea. To z powodów medycznych. Nie mam już trzustki, więc to trudne technicznie - muszę nosić przy sobie torbę z zastrzykami i różnymi pigułkami, czasem mogę mieć kłopoty i muszę iść do toalety, co w trasie jest problemem, więc muszę brać specjalne lekarstwa. Lekarze twierdzą, że nie można z nimi przesadzać, więc po zakończeniu trasy będę mógł przyjmować je tylko dwa, trzy razy w tygodniu. W związku z tym muszę znaleźć muzyczny sposób, by móc nadal śpiewać i grać na gitarze, ale nie częściej niż dwa, trzy razy na tydzień. Muszę obejść jakoś ten problem logistycznie – na przykład koncerty w trio, tylko wtedy nie będziemy mogli grać wszystkiego tego, co powstało przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie zamierzam przestać śpiewać! Ale po zakończeniu tej trasy nie będzie więcej wrzasków z powodu starych piosenek.
PD: To poruszające, jak otwarcie opowiadasz o swojej chorobie, cierpieniu…
CR: To dla mnie wielka sprawa! [śmiech] Dla ludzi z zewnątrz możliwość tworzenia muzyki, czy pisania książek wydaje się cudowna. Ale uczucie, które powoduje, że to robisz jest także zadawaniem pytań. Dlaczego jesteś chory? Dlaczego przez trzy miesiące jesteś przywiązany do szpitalnego łóżka? Dlaczego nie możesz być wolny? Wtedy nie jest miło mieć przypływ inwencji twórczej. Mówię ludziom o tym wszystkim, bo chcę żeby wiedzieli, że to co robię nie jest takie łatwe. Nie urodziłem się gwiazdą rocka. Nie urodziłem się gwiazdą popu. Nie jestem w tym dobry. Ale ponieważ kocham muzykę, muszę stawić temu wszystkiemu czoła. Byłoby okropnie, gdyby ludzie myśleli, że po prostu stroję fochy, jak jakaś diva. To dlatego, że coś niedobrze funkcjonuje. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wiedzieli, że moje życie musi wiązać się z częstymi wizytami w toalecie.
PD: W nagraniach do The Blue Guitars znów wziąłeś do ręki swoją pierwszą gitarę…
CR: Pamiętam, jak zabrałem ją do studia na nagranie mojej pierwszej płyty i wszyscy mnie wyśmiali: co to za śmiecia przyniosłeś?! Coś okropnego! Nie pozwolili mi na niej zgrać, więc zostawiłem ją w domu mojej matki i zupełnie zapomniałem o jej istnieniu. Gdy przyszło do nagrania The Blue Guitars, ktoś powiedział: oto lista gitar, których potrzebujemy, żeby nagrać takie a takie utwory. Oglądam tę listę i mówię: to była moja pierwsza gitara! Jeden telefon i okazało się, że nadal jest w Middlesbrough. Struny bardzo zardzewiały, ale w końcu została gwiazdą!
Warszawa, listopad 2005
