12.26.2011

Projekt Wagner 2012 - ogłoszenia


Zima na Karaibach?! Jak najbardziej! Na stronie www.projekt-wagner-2012.blogspot.com pojawiły się ogłoszenia jachtów płynących na Brytyjskie Wyspy Dziewicze, gdzie w styczniu odbędą się obchody ku czci Władysława Wagnera


W kierunku Beef Island płynie wiele jednostek z polskimi i polonijnymi załogami, niektóre z nich posiadają jeszcze wolne koje (miejsca na żaglowcu Frydery Chopin dawno już wyprzedane). Jest więc jeszcze szansa, by wziąć udział w pierwszych uroczystościach Roku Wagnera! Ich kontynuacja nastąpić ma już w Polsce. 
Rok 2012 to trzy okrągłe rocznice dotyczące pierwszego Polaka, który okrążył świat pod żaglami  z polską banderą (1932-39) - 100-lecie urodzin (17 września 1912), 20-lecie śmierci (15 września 1992) i 80-lecie rozpoczęcia tego historycznego rejsu (8 lipca 1932). Zapraszamy wszystkich chętnych do współorganizacji uroczystości!!!

Więcej informacji na stronie: www.projekt-wagner-2012.blogspot.com 

12.25.2011

Skrzyżowanie Kultur 2011


Warszawa przez siedem wrześniowych dni cieszyła się mianem stolicy muzyki świata. Podczas 7. Festiwalu Skrzyżowania Kultur (25.09 – 1.10) odbyło się czternaście koncertów w wykonaniu muzyków z piętnastu krajów, przegląd filmów muzycznych oraz warsztaty. Ideą przewodnią tegorocznej edycji była wielokulturowość Europy, nie zabrakło jednak muzyki z innych kontynentów.

Festiwal otwarty został w Sali Kongresowej przez „nadwiślański głos, światową osobowość muzyczną, artystkę bez granic” – jak Urszulę Dudziak zapowiedział „ambasador” Afryki w Polsce, Senegalczyk Mamadou Diouf. Przywitana burzą oklasków na stojąco, wraz z muzykami Superbandu zaprezentowała zupełnie nowy program, stworzony specjalnie na tę inaugurację. Skomponowane i zaaranżowane przez kierownika zespołu Jana Smoczyńskiego utwory złożyły się na godzinną mieszankę jazzu i muzyki etnicznej, gdzie głos nie był jednak instrumentem dominującym. Dudziak śpiewała unisono to z saksofonem, to z gitarą, stosunkowo niewiele miejsca poświęcając na improwizację, i jak zawsze bawiąc publiczność opowieściami pomiędzy utworami. Najbardziej zapadł mi w pamięć Cajon, gdzie zabrzmiała nie tylko skrzynka perkusyjna wymyślona przez afrykańskich niewolników, a dziś kojarzona głównie z muzyką flamenco, lecz także akordeon. Publiczność najbardziej porwał Happy Riding, którego fragment był jinglem promocyjnym całego festiwalu. Jak Dudziak przyznała później – na wiosnę możemy spodziewać się płyty z tym materiałem, a jeszcze przed końcem roku artystka planuje opublikować swoją autobiografię.

Atmosfera rozgrzała się do czerwoności, gdy na scenie pojawił się Nigeryjczyk Femi Kuti, duchowy spadkobierca i najstarszy syn Feli Kutiego – legendarnego twórcy afrobeatu i wojownika o prawa człowieka. Femi zaprezentował prawie dwugodzinny niezwykle energetyczny koncert muzyki zaangażowanej społecznie i politycznie. Towarzyszyła mu dziesięcioosobowa orkiestra Positive Force – świetnie zgrana sekcja rytmiczna, wspaniała sekcja dęta, instrumenty klawiszowe i gitara elektryczna. Nieustannie przyciągające wzrok trzy tancerki, które zdumiewały kondycją oraz sprawnością ruchową, wspomagały zespół również w chórkach. Publiczność od pierwszych dźwięków rzuciła się do tańca i rzeczywiście trudno było nie poddać się tym pierwotnym rytmom i charyzmie lidera.
Femi poza śpiewem sięgał po saksofony i organy Hammonda, ale w jego muzyce najważniejsze było przesłanie. Z pasją przemawiał o korupcji afrykańskich przywódców, braku wolności mediów, neokolonializmie, gigantycznej różnicy pomiędzy superbogatą elitą a masami ludzi głodnych i umierających z braku podstawowej opieki medycznej. Próbował uświadomić publiczności, jak trudne jest życie w Afryce i że nie godzi się Polakom narzekać: „Gdybyście odwiedzili Afrykę i pomieszkali z karaluchami, szczurami i komarami, wtedy zrozumielibyście, że Polska jest rajem”.
Na bis Femi Kuti podarował zgromadzonym dodatkowe 25 minut muzyki pełnej pozytywnych wibracji. Po koncercie przyznał, że był zauroczony polską widownią i chciałby tu wrócić na kilka koncertów w różnych częściach kraju. Tymczasem wyruszył na podbój nowej publiczności u boku megagwiazdy muzyki rockowej Red Hot Chilli Peppers.

Kolejne koncerty Skrzyżowania Kultur tradycyjnie odbywały się w specjalnym namiocie festiwalowym rozstawionym pod PKiN. W nawiązaniu do setnej rocznicy ustanowienia Międzynarodowego Dnia Kobiet, dzień drugi należał wyłącznie do artystek płci żeńskiej. Dyrektor artystyczny festiwalu Maria Pomianowska jako pierwszą zapowiedziała mistrzynię akordeonu guzikowego, wokalistkę i kompozytorkę Marię Kalaniemi z Finlandii. Wykształcona klasycznie, przyznaje się do inspiracji muzyką takich artystów jak Dino Saluzzi, Jan Garbarek i Keith Jarrett, ale na warszawskim koncercie przedstawiła materiał z tradycyjną muzyką folkową o fińsko-szwedzkich korzeniach, która znajduje się w jej głównym kręgu zainteresowań. Kalaniemi towarzyszyli dwaj muzycy na harmonium, harmonijce ustnej oraz gitarze akustycznej. Ze sceny rozbrzmiewały subtelne, melancholijne pieśni, religijne ballady, ale także utwory bardziej rytmiczne, jak tango, polka czy „polska”, czyli skandynawski taniec ludowy, przypominający poloneza bądź mazura.

Z chłodnej i surowej Skandynawii przenieśliśmy się do gorącej hiszpańskiej Galicji, skąd pochodzi Mercedes Peón. Już od pierwszych chwil artystka zdobyła serca publiczności mówiąc troszkę po polsku, a od pierwszych dźwięków wprawiała wszystkich w coraz większe zdumienie. Z prawie ogoloną głową, ubrana w czerń, samotnie stojąc za baterią elektroniki uruchamiała kolejne loopy i beaty perkusyjne, często sięgając też po instrumenty tradycyjne: dudę galicyjską, klarnet i pandeireta (rodzaj tamburynu). O dreszcze przyprawiał jej bardzo mocny głos, wykorzystujący archaiczne techniki śpiewu. „Na koncertach wprowadzam się w trans, a dynamika, którą uzyskuję sama, nie może być osiągnięta z innymi muzykami”. Artystycznie uniezależniła się zupełnie – komponuje, nagrywa, produkuje i wydaje swoją muzykę samodzielnie. Publiczność reagowała bardzo żywo, brawami na stojąco doceniając olbrzymią odwagę i charyzmatyczną energię artystki, szamanki XXI wieku.

Coś z przewodnika rytuałów miał też grecki kompozytor i śpiewak Psarantonis, który rozpoczął trzeci dzień koncertów pod hasłem „Śródziemnomorskie klimaty”. Uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela kreteńskiej tradycji muzycznej, mistrz gry na lirze, doceniony przez Nicka Cave’a i Vangelisa, wywołał mieszane uczucia wśród polskiej widowni. Dla przyzwyczajonych do wysublimowanych, perfekcyjnie dopracowanych dźwięków, surowo brzmiące, w dużej mierze improwizowane starogreckie historie z towarzyszeniem dwóch lutni i bębna okazały się niełatwe do strawienia. Dramatyczny, szorstki i miejscami warkliwy głos 70-letniego artysty, przechodzący od śpiewu do deklamacji, wzbudzać mógł niepokój i trwogę, które w antyku były przecież konieczne, aby wywołać katharsis. Trudno powiedzieć, czy ktoś doświadczył tu takiego wstrząsu, ale w trakcie koncertu rozpętała się burza z głośnymi grzmotami, doskonale wkomponowując się w muzykę zapowiadanego jako zesłaniec bogów Psarantonisa.

Drugą gwiazdą wieczoru była kurdyjska wokalistka Aynur Dogan. Okrzyknięta „diamentowym głosem Kurdystanu”, oczarowała chyba wszystkich. Wraz ze świetnie zgranym pięcioosobowym zespołem (porywające instrumenty dęte!) ożywiła przekazywane z pokolenia na pokolenie pieśni narodu pozbawionego państwa, opisujące dawne bitwy, heroiczne zmagania Kurdów z najeźdźcami, historie miłosne, uniesienia religijne i legendy ludowe. Jak powiedziała Polskiemu Radiu: „Turecka tradycja i religia, a także współczesny nacjonalizm dys¬-kryminują kobiety. Ja staram się dawać moim kurdyjskim rodaczkom przykład, że jeśli uwierzymy w naszą siłę, możemy osiągnąć każdy cel...”. Koncert Aynur do głębi poruszył nie tylko licznie przybyłych przedstawicieli społeczności kurdyjskiej, którzy tańczyli w trakcie bardziej rytmicznych kompozycji. Warszawska publiczność żegnała Aynur burzliwymi oklaskami na stojąco.

„Złote Głosy” stanowiły motyw kolejnego dnia festiwalu. W pierwszej kolejności usłyszeliśmy męski kwartet wokalny z Korsyki – Barbara Fortuna. Śpiewając głównie a cappella panowie z maestrią i wdziękiem wykorzystywali wielowiekową tradycję polifoniczną swojej wyspy. Repertuar, który prezentowali w zmieniających się konfiguracjach (czasem z gitarą), oparty był głównie na pieśniach sakralnych, ale zawierał także starodawne pieśni żeglarskie i miłosne. I tym razem nie obyło się bez mocnych braw na stojąco.

Gwiazdą wieczoru była jedna z najbardziej cenionych śpiewaczek flamenco Carmen Linares. Jak zapowiedział Maciej Szajkowski, charakteryzuje ją „absolutna biegłość w posługiwaniu się praktycznie wszystkimi formami flamenco”, których jest blisko 70. Z towarzyszeniem dwóch gitarzystów i dodatkowej śpiewaczki usłyszeliśmy niezwykle ekspresyjne kompozycje tradycyjnego flamenco, a także interpretacje wierszy takich poetów jak Garcia Lorca. Nie obyło się oczywiście bez entuzjastycznie przyjętego pokazu tańca flamenco – oprócz żywiołowego tancerza, w trakcie bisu zatańczyła i sama Carmen!

Z dwóch koncertów o mocnych brzmieniach „Wikingowie i kruki”, które wypełniły piąty wieczór, najpierw usłyszeliśmy zespół Hoven Droven, czerpiący ze szwedzkiego folku i rocka. Obchodził w tym roku swoje 20-lecie, i jak twierdzą fani grupy, materiał zaprezentowany warszawskiej publiczności pozbawiony był jednak świeżości i wigoru z czasów debiutanckiej kasety, wydanej nota bene w Polsce. Było wesoło, dużo żartów i historyjek, nawet solo na skrzypcach założonych na plecy! Słuchacze żywo podskakując korzystali z wolnego miejsca po usunięciu krzeseł spod sceny i doczekali się najstarszych przebojów na bis.

Niemiecki Corvus Corax natomiast zdołał poruszyć nawet najbardziej dojrzałą, sceptyczną część publiczności. Zespół zaprezentował z humorem wyreżyserowane widowisko, w którym garściami czerpał z tradycji średniowiecznych. Akustyczna muzyka zabrzmiała potężnie. Główną rolę grały tu cztery dudy i sekcja rytmiczna, którą stanowili aż trzej muzycy na ogromnych bębnach i gongach. Była też lira korbowa, archaiczne śpiewy chóralne i lubieżne ruchy męskich bioder. Wszystko to sprawiło, że teatralne „uderzenie barbarzyńców z Berlina” okazało się powalające.

Bilety na piątkowe koncerty „Pogranicza Europy” wyprzedano na długo przed rozpoczęciem festiwalu i chyba nikt się nie zawiódł. Reprezentujący Izrael The Idan Raichel Project zrobił w Warszawie prawdziwą furorę. Zamiłowany w jazzie lider Idan Raichel od zawsze marzył o karierze muzyka, kształcąc się muzycznie na akordeonie i później fortepianie. Służbę wojskową spędził koncertując z zespołem rockowym w bazach izraelskiej armii. Materiał, który wspólnie z zaproszoną grupą 70 muzyków nagrał w piwnicy swojego domu, znalazł wydawcę i od razu przyniósł Idanowi sławę. Jego Project okazał się wspaniałym odzwierciedleniem wielokulturowości współczesnego Izraela, która w muzyce znalazła harmonię. Zespół, który przyjechał do Warszawy, składał się z siedmiu artystów pochodzących z wielu krajów. Każdy z nich rozwija własną karierę solową i podczas koncertu miał możliwość improwizacji wokalnych i instrumentalnych. Publiczność była wniebowzięta. Kompozycje śpiewane po hebrajsku, hiszpańsku, arabsku i suahili stanowiły elegancką fuzję popu i jazzu z elementami muzyki żydowskiej, etiopskiej oraz arabskiej. Chyba nikt na tym festiwalu nie rozdał tylu autografów, co Idan Raichel. Zachwycony przyjęciem w naszym kraju, być może powróci podczas lutowej europejskiej trasy koncertowej.

Drugą gwiazdą wieczoru prowadzonego przez Marcina Kydryńskiego była Sara Tavares. Portugalska wokalistka i kompozytorka w swojej muzyce czerpie z rodzinnych korzeni na Wyspach Zielonego Przylądka. Śpiewa po portugalsku, kreolsku i w lizbońskim slangu ulicznym, akompaniując sobie na gitarze. Towarzyszyło jej pięciu świetnie zgranych muzyków. Jej kojący i ciepły głos przechodząc od melancholii do tanecznej energii wspomagany był męskimi chórkami. Wśród roztańczonej publiczności znajdował się także Idan Raichel. Obydwoje zresztą zaszczycili później klub festiwalowy Bratnia Szatnia, biorąc czynny udział w jam session z polskimi muzykami, m.in. Urszulą Dudziak, Kayah i Dorotą Miśkiewicz.

Ostatniego dnia festiwalu miały miejsce dwa koncerty – „Dzieci świata” całkowicie poświęcony twórczości najmłodszych artystów z Egiptu oraz specjalny, dwuipółgodzinny „Koncert mistrzów” prowadzących przez cały tydzień warsztaty. W Akademii Sztuk Skrzyżowania Kultur wzięło udział ok. 160 chętnych, a zajęcia prowadzili specjaliści od perkusji flamenco, tradycyjnego śpiewu polskiego, muzyki szwedzkiej, gry na drumli, ludowego śpiewu Lapończyków, bliskowschodnich bębnów obręczowych, tradycyjnego tańca Neapolu, ekspresji scenicznej oraz słowiańskich fletów i piszczałek. Występ podzielony był na prezentacje uczniów prowadzonych przez mistrzów, a w części głównej – samych mistrzów solo, w duetach i większych składach. Festiwal zamknęło „grande finale”, czyli wspólne wykonanie jednej z mazowieckich polek, gromadzące na scenie 13 świetnych muzyków z Marią Pomianowską na czele.

Podsumowując tegoroczne Skrzyżowanie Kultur trzeba przyznać, że był świetnie zorganizowanym (co podkreślali również zaproszeni muzycy) i bardzo zróżnicowanym świętem muzyki na wysokim poziomie. Mnie zachwycało coś podczas każdego występu, najbardziej Mercedes Peon i Aynur. Program zawierał koncerty zarówno dla miłośników tradycji w jej najczystszej formie, a także kolejne stadia jej przetworzenia, po zupełnie nowoczesne brzmienie. Niemalże wszyscy artyści wystąpili w Polsce po raz pierwszy, zdobywając serca fanów, których tłumy codziennie wypełniały namiot festiwalowy i wykupywały płyty. Czekamy już na przyszłoroczną ucztę!
/pd/


Skrzyżowanie Kultur 2011
Jazz Forum - 12/2011
TEXT - PDF - ONLINE

JachtFilm 2011


Niezapomniane dwa dni pełne poruszających opowieści, zachwycających jachtów, cudownego szumu fal i kojących widoków morza - tak w skrócie możnaby podsumować pierwszy Przegląd Filmów Żeglarskich Jachtfilm, jaki odbył się w listopadzie tego roku.

Natchnionym pomysłodawcą i organizatorem przedsięwzięcia jest Andrzej Minkiewicz (dobrewiatry.blox.pl), za którego mocno trzymajmy kciuki, aby Jachtfilm na stałe wpisał się w kalendarz warszawskich imprez! Zapraszam do wysłuchania relacji z tego wydarzenia - w dwóch wersjach:

AUDIO:

VIDEO:
Zdjęcia: Darek Małkiński i Piotr Jodkowski.

11.14.2011

Projekt Wagner #1 - kpt. Jerzy Knabe


Władysław Wagner jest pierwszym Polakiem, który opłynął kulę ziemską pod żaglami z polską banderą (1932-1939). 

O uroczystościach odsłonięcia tablicy pamiątkowej ku czci W. Wagnera na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych (21-22.01.2012), wielkim spotkaniu żeglarzy z całego świata oraz planach na obchody rocznicowe w Polsce rozmawiamy z koordynatorem wydarzenia - kpt. Jerzym Knabe, Komandorem YKP Londyn. Więcej: www.projekt-wagner-2012.blogspot.com 
P.S. Czekają wolne koje na płynacym na uroczystosci żaglowcu s/y Fryderyk Chopin!!! 

Posłuchaj on-line:

11.06.2011

Jazz Forum i Radio Wnet


O zbliżającej się uroczystości ku czci Władysława Wagnera (pierwszego Polaka który okrążył kulę ziemską pod żaglami z polską banderą), jachtostopie i Wyspach Karaibskich rozmawiamy w audycji Borysa Kozielskiego (Radio Wnet, emisja 22.09.2011). 

Ponadto, zapraszam do przeczytania recenzji najnowszego wydawnictwa Jima Tomlinsona i Stacey Kent "The Lyric", która ukazała się w aktualnym numerze magazynu Jazz Forum.

Ściągnij plik mp3
Posłuchaj online (38'55"):


The Lyric

Trzeci autorski album instrumentalisty Jima Tomlinsona o przewrotnym tytule „The Lyric” (2006) jest wyrazem jego słabości do pięknych piosenek. Jak sam tłumaczy: „nie znajduję bardziej znaczącej formy dla wyrażenia siebie niż zagranie ballady, której poezja tekstu rozbrzmiewa we mnie i przewodzi moim muzycznym frazom”. „The Lyric” jest także hołdem złożonym żonie i wieloletniej zawodowej partnerce, Stacey Kent, która swoim urzekającym głosem pobudziła te liryki do życia.

Wydawnictwo brytyjskiego saksofonisty zainaugurowało istnienie jego własnej wytwórni Token i od razu zostało zauważone – uhonorowano je tytułem Albumu Roku 2006 w przyznawanych jeszcze do niedawna BBC Jazz Awards. Odbierając to zaszczytne wyróżnienie cztery lata temu Tomlinson ogłosił, że Stacey podpisała właśnie kontrakt z wytwórnią Blue Note. Niewątpliwie był to wielki postęp w ich wspólnej karierze – Jim prawie zawsze towarzyszy żonie na jej albumach, również jako aranżer i producent.

Efektem współpracy z prestiżowym wydawcą był nie tylko nominowany do Grammy „Breakfast On The Morning Tram” (2007), gdzie Tomlinson zadebiutował jako kompozytor, czy doskonale przyjęty, zaśpiewany w całości po francusku „Raconte-Moi” (2010, Złota Płyta we Francji i Niemczech). W tym roku Blue Note wznowiła także wyprzedany już w 2008 r. omawiany tu album „The Lyric”.

Utwory, jak zawsze dobrane z wielką starannością, bronią się same. Płytę otwiera instrumentalna bossa nova Manha De Carnaval. Duch Jobima przewija się przez cały album – w Corcovado, Quatra Vez, czy Jardin D’Hiver, utworze Karen Ann Zeidel. Na płycie znajdziemy także nieśmiertelne standardy, jak My Heart Belongs to Daddy Cole Portera, I Got Lost in His Arms Irvinga Berlina czy Stardust Hoagy Carmichaela. Co ciekawe, kompozycję Michaela Legranda What Are You Doing the Rest of Your Life? amerykańska wokalistka zaśpiewała już na wcześniejszym swoim albumie „The Boy Next Door” (2003) – tyle, że po francusku.

Na „The Lyric” każdy utwór jest urzekająco opowiedzianą historią, wydobytą na światło dzienne przez dobrze sprawdzony już skład muzyków. Aksamitny głos Stacey Kent jak zwykle ujmuje prostotą wykonania, bez karkołomnych popisów wokalnych. Romantyczne frazy saksofonu tenorowego Tomlinsona, nieodparcie przywołujące na myśl Stana Getza, przeplatają się z oszczędnymi akordami fortepianu (David Newton). Całość oparta na zgrabnie współdziałającej sekcji rytmicznej (Dave Chamberlain i Matt Skeleton), to przemiły zestaw wysmakowanych dźwięków.
/pd/

The Lyric - Jim Tomlinson featuring Stacey Kent
Fazz Forum - 10/11.2011

10.11.2011

Buffalo Bill - głos jamajskiego getta


Muzyk Rupert Reeves, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko Buffalo Billa, urodził się w owianej złą sławą, biednej i niespokojnej dzielnicy Kingston - Trenchtown. W dzieciństwie śpiewał gospel i właśnie podczas koncertów w Klubie Biblijnym przylgnęło do niego imię zaczerpnięte z utworu Boba. 

Wychowywał się w tym samym bloku, co rodzina Marley’a i otwarcie przyznaje się do głębokiej inspiracji muzyką i życiem Króla. Jego pierwszy autorski utwór „Help the Weak”, który pozwolił mu wygrać popularny konkurs talentów w 1986, został później wyprodukowany przez Ziggy Marley’a (1989). Podobnie jak kolejny „Curfew” oraz następne utwory Buffalo Billa ukazywały się na runku pod szyldem wytwórni Getho Youths United. Bracia Marley’owie pomogli Billowi sfinansować też jego debiutancki album Ghetto Youths Unite, który gości takie legendy reggae, jak Earl „Chinna” Smith, Robbie Lynn, Dalton Brownie, „Santa” Davis, Cleveland „Cleevie” Browne i Chris Meredith. Wspólnie z Bass Culture odbył kilka tras koncertowych po Niemczech i Szwajcarii, ale w przeciwieństwie do wielu Jamajczyków walczących o przetrwanie w warunkach olbrzymiej konkurencji – wrócił na rodzinną wyspę. Dziś zarabia na życie koncertami w hotelowych kurortach, które na zalanej dancehallem Jamajce jako jedyne oferują regularne koncerty reggae na żywo. Śpiewa o frustracjach i poszerzaniu świadomości, niesprawiedliwości i nadziei, pokoju i odnowieniu w duchu Rastafarai.

Spotykamy Buffalo Billa w szczególnych okolicznościach – to 66. rocznica urodzin Boba Marley’a, którą celebrujemy w Nine Mile, rodzinnej wiosce Króla. Bill jest gwiazdą koncertu, który odbywa się na scenie Fundacji założonej przez mamę Boba. Po długim, pełnym pozytywnej energii występie idziemy na Mount Zion, siadamy zaraz obok Mauzoleum z grobem Króla oraz znanego wszystkim napisu „BOB LIVES”…


Buffalo Bill: Bob Marley, po tym jak go postrzelili w jego własnym domu na Hope Road, powiedział w jednym z wywiadów: „Moje życie jest dla ludzi. Jeżeli ma ono być tylko dla mojego własnego bezpieczeństwa, to ja go nie chcę…”. Myślę, że to wstrząsające… i znaczy, że nie był to zwykły człowiek, ale posłaniec, zesłany anioł …
Dzięki koncertowi na którym później wystąpił – zjednoczyła się cała Jamajka! W tamtych czasach wszyscy zwalczali się ze względów politycznych. Co więcej, byli wykorzystywani przez polityków, aby się wzajemnie zwalczać i straszyć za to, że głosuje się nie na tę partię… Ale ponieważ Bob miał misję, to nawet postrzał w politycznym zamachu nie powstrzymał go. Nadal realizował swój cel jak prawdziwy rewolucjonista, prawdziwy żołnierz, który, gdy na wojnie zostaje ranny - nadal musi walczyć.

Patrycja Długoń: Co zmieniło się na wyspie od tamtych czasów?

BB: Jamajka jest dziś znacznie spokojniejsza niż w latach 80. Niektórzy próbują sprawić, by wyglądała jak kraj przemocy, sytuacja się jednak zmieniła. Istnieją małe gangi tu i tam, tak jak w innych częściach świata, ale trzymane są pod kontrolą i nie walczą miedzy sobą w imię polityków, tak jak kiedyś. Poza tym, młodzi są mądrzejsi, dziś widzą że byli pionkami w politycznej grze. Oczywiście nadal muszą poszerzać swoją świadomość, muszą otworzyć oczy na muzykę i przesłanie Boba Marley’a.
To, co się dzieje w betonowej dżungli Trenchtown, czy Tivoli Gardens [dzielnica Kingston, gdzie w czerwcu 2010 w zamieszkach rozpętanych przy próbie ujęcia narkotykowego barona Christophera "Dudus" Coke’a, zginęło co najmniej 73 cywilów – przyp. pd] – to sprawa polityków. Zawsze. Nie przewodzą ludźmi w dobrym kierunku, bo zależy im jedynie na władzy i wpływach. Ale młodzież jest dziś mądrzejsza, więc jednoczy się, zamiast ze sobą walczyć. Nawet w Trenchtown. Steven i Ziggy Marley którzy nigdy tak naprawdę nie opuścili Trenchtown, dają doskonały przykład dzisiejszej młodzieży…

PD: Nadal tam mieszkają?

BB: Już nie, ale zawsze są tam obecni, kiedy wracają na Jamajkę. Gdy ja wyprowadziłem się z Trenchtown, znalazły się osoby którym się to nie spodobało. Podobnie jak krytykowano za to samo Boba. Ale musisz wzrastać, rosnąć… Trenchtown jest więc miejscem, gdzie nasiono zostało zasiane i wyrasta z niego drzewo, rośnie aż wyrośnie na resztę świata. Mi z tym dobrze, bo znając Rastafarai, zyskujesz siłę i pozytywne wibracje aby wyjść i walczyć o to, co najlepszego życie może zaoferować. Nie musisz się o nic martwić bo Rastafarai wskaże Ci drogę.

PD: Urodziłeś się w rodzinie Rasta?

BB: Nie, urodziłem się w katolickiej rodzinie ale Rastafarai jest w Tobie od urodzenia. „Jesteś, kim jesteś” i się nie zmieniasz, tylko rośniesz, dorastasz i to po prostu z Ciebie wychodzi…

PD: Co chciałbyś osiągnąć?

BB: Chciałbym wypielęgnować swoją duszę, sławić Rastafarai i prowadzić czyste życie. Chciałbym równych praw i sprawiedliwości, pokoju i miłości dla wszystkich narodów.

PD: Co znaczy dla Ciebie „czyste życie”?

BB: To niezafałszowana, pozytywna, świadoma wolność. Świadomość ta dotyczy wszystkiego co robisz, twoich nawyków…
Nie każdy, kto ma dredy jest Rasta. To nie dredy są wyznacznikiem. I dobry, i zły człowiek – każdy może je zapuścić. Niektórzy Rastamani nie mają dredów, mimo że dziś już mogą je nosić. W czasach Boba wielu Rasta siedziało w więzieniu. Dziś mogą sobie je nosić bądź nie, ale wypierają się władzy. Mają farmy i zioło, ale nie mają władzy.
Ten świat jest światem konkurencji, ale Rastafari z nikim nie konkuruje. Wolność, świadomość, pozytywność – o to chodzi w świecie Rastafarai. Ja z nikim nie konkuruje. Mam życie i gdziekolwiek nie zaprowadzi mnie Jah, cokolwiek Jah chce, żeby się wydarzyło – wydarzy się. Musimy tylko czcić Rastafarai i szerzyć pozytywne treści.
Wyrastając w Trenchtown zacząłem widzieć życie inaczej, bardziej duchowo, zacząłem bardziej poznawać samego siebie. Rasta mówią: musisz znać siebie, musisz wejść w swoje wnętrze i połączyć się z Najwyższym, który jest w Tobie. Kiedy stworzysz to połączenie, kiedy dasz sobie szansę - a niektórzy nawet tej szansy sobie nie dają - i znajdziesz w sobie Jah, wtedy możesz mówić, że jesteś Rastafarai. Nie znajdziesz go na zewnątrz, ale tu… w środku… Więc musisz poszukiwać Jah w sobie a On nauczy Cię wszystkiego, czego potrzebujesz. Jah mówi do Ciebie i jeśli będziesz słuchać uważnie – usłyszysz…

PD: Jak prezentuje się dziś Jamajska scena muzyczna?

BB: Na Jamajce jest sporo śmieciowej muzyki, i ta właśnie muzyka jest promowana bo istnieje plan by wszystkich ogłupić…

PD: Co to za plan?

BB: Plan Babilonu, który na przykład udaje, że kocha Rasta, ale tak naprawdę kocha to, co może dzięki Rasta osiągnąć, jak nas wykorzystać ekonomicznie..
W latach 70. muzyka była bardziej budująca, uczyła jak być pozytywnym, oraz że w życiu trzeba robić dobrze. Teraz jednak lansowana muzyka jest głównie o dziewczynach, goliźnie i seksie… Na Jamajce nie promuje się już duchowej muzyki... Wystarczy włączyć radio, i wszystkie główne stacje grają na tą samą modłę: dziewczyny to, dziewczyny tamto - a ludzie cierpią… Ale nie usłyszą w radio jak polepszyć sobie życie, albo jak wydobyć się z ubóstwa i presji, pod którą się znajdują…

PD: Znajdą taki przekaz w Twojej muzyce?

BB: Jak najbardziej! Moja Płyta, która niedługo będzie do nabycia w Internecie, nazywa się „Getto Youths Unite”. W iTunes na razie znajdziecie jedną moją piosenkę „Don’t Give Up Rhythm”, którą stworzyłem wspólnie z nagrodzonym Grammy Michaelem Rose z Blacky Uhru oraz Presidentem Brownem. Ostatnio pracuję nad albumem „Herb and Rasta”, mówiącym o ludziach Rastafarai z wielkich miast, jak betonowa dżungla Kingston. To bardzo silni Rasta.

PD: Jak na przykład rodzina wytwórni Flames Productions…

BB: Tak, Queen Ifrica – prawdziwa lwica, Tony Rebel… Dają ognia i młodzież Rasta skupia się wokół nich. Queen Ifrica jest niesamowicie świadoma i przenosi tę świadomość na swoją muzykę. Młodsze siostry jej słuchają, uczą się i czerpią pozytywne treści z jej tekstów, bo to właśnie teksty są ważne. W muzyce środka chodzi dziś głównie o rytm, więc tańczysz i tańczysz aż do piekła, tańczysz do rytmów i trunków diabła... Nie zdajesz sobie sprawy z tego, gdzie cię to prowadzi, dopóki tam nie dotrzesz, bo – nie słuchasz tekstów! Ale kiedy wsłuchasz się dokładnie co śpiewają np. Queen Ifrica, Damian, Steven & Ziggy Marley’owie, Burnig Spear, Sizzla … - uczysz się z ich tekstów, bo słowa w muzyce reggae są ważne. To te słowa Cię uratują. W zasadzie jedno słowo – Rastafarai…
/pd/


Buffalo Bill - głos jamajskiego getta
Free Colours - 17/2011

9.26.2011

Serce zostało...


Serce zostało na morzu, gdzieś pomiędzy karaibską wyspą Dominiką a Hondurasem. (...) Jeszcze sześć lat temu nie podejrzewałam nawet, że kiedykolwiek znajdę się na łodzi... Ale cóż, pokochałam żeglarza i nie chciałam czekać na niego w porcie...

Wyruszyliśmy z Mikołajem (dyrektor marketingu, zmęczony dotychczasowym stylem życia zamienił garnitur na sztormiak) w maju 2006 r. z zamiarem opłynięcia kuli ziemskiej. Wybraliśmy jachtostop, czyli podróżowanie na pokładach jachtów w zamian za pomoc w ich obsłudze. Jednak po przekroczeniu Oceanu Atlantyckiego znaleźliśmy wymarzony dom - trzydziestoparoletni stalowy jacht "YouYou". By go kupić, wyremontować, wyposażyć i zwodować, pracowaliśmy dwa lata jako załoga na innych jednostkach.

I oto od prawie pół roku przemierzamy okolice Małych Antyli. To trzeci dzień podróży z uroczej wysepki Bequia. Niespełna dziewięciometrowa łódka rozwija zaskakująco dużą prędkość na żaglach wspaniale wypełnionych wiatrem, zbliżając się do celu - Dominiki. W oddali już ją widać...

Nagle wiatr zamiera. Włączamy silnik (naprawiany w ostatnim porcie), a tu nieprzyjemny sygnał oznajmia awarię systemu olejowego. Nastaje cisza, żadnego powiewu. Powierzchnia morza jak tafla lustra odbija każdą z miliona gwiazd na czarnym nieboskłonie, a "YouYou" delikatnie kołysze się pomiędzy nimi. Oniemieliśmy pod wpływem magii tego widoku.

Niestety, nie ma wiatru, a silnik zepsuty - prąd znosi nas na zachód, gdzieś na środek Morza Karaibskiego. Na dodatek awaria pozbawia nas jedynego źródła zasilania prądem. Wyłączamy więc wszystkie urządzenia i światła, stajemy się zupełnie niewidoczni dla (ewentualnie) przepływających obok jednostek. Dostaję wachtowy przywilej obserwowania horyzontu dla naszego bezpieczeństwa, a Kapitan z malutką lampką na czole przez kilka godzin dzielnie majstruje przy naszym jednocylindrowym silniku. Rozbiera na kawałeczki, czyści i składa ponownie.

Zapalamy silnik, jednak alarm nie milknie. Włączony na chwilę GPS oznajmia: dryfujemy, oddalając się od Dominiki, której łunę już ledwo widać na widnokręgu. Jesteśmy za daleko od brzegu, by ktokolwiek usłyszał nasze wołanie o pomoc przez radio VHF. Czekamy na wiatr.

Dzień i kolejna noc to wiele krótkich porywów, które rozpalają w nas nadzieję i zaraz przynoszą zawód. Zmieniamy ustawienia żagli z każdym najmniejszym powiewem, próbując wprawić łódkę w ruch - daremnie. A od bezpiecznej zatoki dzieli nas zaledwie kilka godzin, przy dobrym wietrze czy na sprawnym silniku!

Następny dzień przynosi wspaniałą zmianę nastrojów. Wody i jedzenia wystarczy nam na wiele dni. Czas na relaks! W bezwietrznym skwarze wskakujemy w błękitną toń uzbrojeni w maski i płetwy (nie było wtedy lepszej nagrody niż ta kąpiel!). Pod nami kilka kilometrów wody - chwilami walczę ze strachem, że mogę stanowić smakowity kąsek dla jakiegoś rekina. Przy kadłubie odkrywamy ławicę kolorowych rybek, które czasem podróżują w ten sposób, zapewniając sobie stały posiłek z obrastających dno jachtu stworzeń.

Po śniadaniu na horyzoncie pojawiają się fontanny wody - to wieloryby, prawdopodobnie humbaki. Wcześniej zauważyliśmy też żółwie skórzaste, największe spośród morskich, osiągające nawet długość dwóch metrów! (pierwszy raz widzimy je na powierzchni wody; rok wcześniej podziwialiśmy na Trynidadzie ich rytuał składania jaj na plaży).

Niebo pokrywają chmury, które przynoszą wreszcie silniejsze podmuchy. Znów zbliżamy się do Dominiki! Już drugie podczas tego rejsu stado delfinów podpływa do "YouYou", jak zawsze wprawiając nas w euforię. Dziwne, że nawet przy tak małej prędkości ssaki te mają frajdę z przemykania przed dziobem jachtu.

Kolejna przerwa w podmuchach pozwala spokojnie zjeść kolację. Delektujemy się ciszą i niebiańskim zachodem słońca. Deszczowe chmury nasycają jego fascynujące kolory, które zmieniają się z każdą sekundą.

Nagle z niezmąconej tafli wody kilka metrów od burty wyskakuje olbrzymia, błękitno-zielono-żółta koryfena! (nie wiadomo tylko, czy ta drapieżna ryba poluje, czy właśnie ucieka przed kimś większym od siebie).

Przez radio odbieramy niepokojącą prognozę pogody - nadciągają silne sztormy. I rzeczywiście, niebo wokół robi się granatowo-sino-szare. Przybierający na sile wiatr pozwala nam szybko zbliżyć się do wytęsknionej wyspy. Ale jeśli burza rozpęta się, zanim dotrzemy na kotwicowisko, trzeba będzie zawrócić i sztormować w morzu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykuje bowiem utraty jachtu (i prawdopodobnie nawet życia), wchodząc po zmroku do nieznanego portu bez sprawnego silnika, na żaglach, przy nieprzewidywalnych wiatrach i ograniczonej deszczem widoczności.

Upragniona Zatoka Księcia Ruperta jest już blisko, ale wiatr milknie po raz kolejny. Płynąc wzdłuż wyspy (do wybrzeża zostało jedynie pół mili!) możemy roztrzaskać się o skały. Kapitan decyduje: - Włączmy silnik! (choć ryzykujemy zatarcie go i olbrzymie koszty naprawy).

I cud! Po kilku chwilach czerwona lampka na tablicy rozdzielczej gaśnie. Kilkadziesiąt minut później zrzucamy kotwicę - jesteśmy bezpieczni! W tej chwili spada na nas ściana tropikalnego deszczu. Strugi wody zakrywają wszystko wokół i nagle znów czujemy się tak, jakbyśmy byli sami

Jeszcze tej nocy planujemy eksplorację tajemniczego brzegu i podziwiamy bajeczny księżyc wznoszący się nad najwyższym na Dominice wulkanem Morne Diablotins. Zasypiamy w pół zdania, a mój stały towarzysz podróży - mikrofon - jeszcze długo rejestruje dźwięki nocy...

Ten rejs chyba najpełniej dał mi odczuć nieokiełznaną siłę i niemożliwe do opisania piękno Natury. Zdany na jej łaskę człowiek ma egzystencjalny wybór - próbować z góry przegranej walki lub pogodzić się z sytuacją i cieszyć każdą darowaną chwilą życia.

/pd/

Serce zostało... 
Gazeta Turystyka, dodatek Gazety Wyborczej - 24.09.2011
TEXT - JPG - ONLINE

9.21.2011

Gazeta Wyborcza i Radio WNET

O pozostawionym sercu oraz dryfowaniu po Morzu Karaibskim będzie można przeczytać w nadchodzącym, sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej (dodatek "Turystyka", 24/09/11). 

Poza tym, jutro odwiedzę audycję "Otwarte studio" Borysa Kozielskiego w Radiu WNET. Słuchać nas można przez Internet (TUTAJ) - czwartek godz. 10:00 - 12:00. Zapraszam!

Serce zostało... na Karaibach
Gazeta Turystyka, dodatek Gazety Wyborczej - 24.09.2011
TEXT - JPG - ONLINE

3.21.2011

Urodziny Boba Marley'a w Trójce

To niezapomniane, wyjątkowe doświadczenie znaleźć się w rodzinnej wiosce Króla Reggae Boba Marley'a  dokładnie w 66. rocznicę Jego urodzin. 

Tym milej, że wydarzenie to odnotowane zostało w mojej ulubionej audycji radiowej Minimax (Trójka, Polskie Radio). Emisja miała miejsce 20.02.2011, program poprowadził Leszek Adamczyk. Zainteresowanych zachęcam do posłuchania pełnej relacji dźwiękowej z tego wydarzenia (TUTAJ) oraz do przeczytania wywiadu z Buffalo Billem (TUTAJ) i opowiadania ilustrowanego wieloma fotografiami (TUTAJ).

Posłuchaj on-line:

Także o jachtostopie - Otwarte Studio Borysa Kozielskiego

O podróży dookoła świata, którą z Mikołajem rozpoczęliśmy jachtostopem w 2006r. [www.aroundtheworld.pl] opowiadamy na antenie Radia WNET i w podkaście Borysa Kozielskiego.

Borys zadzwonił do nas na wyspę Curaçao, skąd organizowaliśmy powitanie kpt. Jerzego Radomskiego, płynącego do Polski po 32 latach rejsu na morzach i oceanach. Chyba nie przez przypadek był to akurat dzień, w którym jacht Czarny Diament dopłynął do Świnoujścia! :) Otwarte Studio, 27.06.2010. 

Słuchaj on-line:

3.13.2011

66. rocznica urodzin Boba Marleya, Jamajka 2011


Szkolny kolega Boba - Fozzy - zabiera nas na wycieczkę po najważniejszych w historii Marley'a miejscach w Nine Mile, muzyk Buffalo Bill z Trench Town opowiada m.in. o współczesnej Jamajce oraz filozofii życia Rastafarian a Gerard - o muzyce bębnów Nyabinghi, z której narodziło się reggae

Oto pełna relacja z 66. urodzin Króla Reggae, które obchodziłam w jego rodzinnej wiosce Nine Mile. Skrót tej relacji wyemitowany został w audycji Minimax 20.02.2011 (LINK). Zapraszam także do przeczytania wywiadu z Buffalo Billem (który opublikował Magazyn "Free Colours" - TUTAJ) oraz opowiadania ze zdjęciami (TUTAJ)

Słuchaj on-line:

Muzyka serc: Nyabinghi - Jamajka, 6.02.2011


Obchody 66. rocznicy urodzin Boba Marleya w jego rodzinnej wiosce Nine Mile rozpoczęły się o świcie - muzyką bębnów Nyabinghi. Oto fragment potrafiącego ciągnąć się godzinami utworu, który wykonano w składzie:

Joseph - niski bęben (Bass), głos prowadzący
SoulJah - średni bęben (Funde), chór
Patcha Gould - wysoki bęben (Kete), chór

Pełna relacja z tego wydarzenia - TUTAJ.

Słuchaj on-line:

1.14.2011

Queen Ifrica i pozytywne wibracje z Jamajki


Ikona dancehallu Queen Ifrica wystąpi w sobotę na niezwykłym festiwalu pozytywnych wibracji Rebel Salute 2011 na Jamajce! O kulturze Rasta, znaczeniu muzyki i problemach współczesnej Jamajki - opowiada w rozmowie przeprowadzonej po swoim powalającym koncercie w klubie STING na Trynidadzie (maj 2008).

Ponadto, w poniższym filmie na święto muzyki korzeni Rebel Salute osobiście zaprasza jego twórca i gwiazda reggae - Tony Rebel.

Ściągnij mp3
Słuchaj on-line (17'43"):