5.27.2005

Lech Janerka - Jestem skończony


Właśnie ukazała się jego kolejna, jak zwykle wyczekana płyta (Plagiaty). Na rozmowę umówiłam się przy okazji koncertu w warszawskim klubie Dekada. Był słoneczny, wiosenny poranek…


Patrycja Długoń: O swoim nowym zespole mówisz, że czuje się w nim wielką energię i ducha... 

Lech Janerka: To są młodzi, spragnieni sukcesu ludzie, którzy cóż mają do zaoferowania... Mają swoje pomysły, które kisili latami, masę energii, no i młodość, a to jest wartość sama w sobie. Jestem tutaj takim ślimaczkiem, który wystawia rogi i jak parzy, to czuje. A od nich parzy. 

PD: Jak ich znalazłeś? 

LJ: Sami się znaleźli. Gitarzysta Damian Pielka zadzwonił do mnie, bo wiedział, że jest wakat, że tak powiem... Wcześniej grał jakieś improwizowane rzeczy z Trzaską (Mikołajem), prowadził też swój zespół. Pograliśmy chwilę i stwierdziłem, że czegoś szuka w muzyce. I to mnie zafrapowało. A do tego był wystarczająco sprawny technicznie, żeby podołać temu, co ja gram. Ściągnął perkusistę Michała Mioduszewskiego, zaczęliśmy próby i okazało się, że to działa - że robią psikusy na próbach, chuliganią, rozrabiają, krzyczą... Przypomniało mi to dawne czasy, kiedy sam zaczynałem grać i w tym zestawieniu czuję się świetnie. Uchowała się Bożena, więc to taki stary-młody zespół, ale tej ich energii starcza, żeby napędzić ze dwie orkiestry. 

PD: Z ilu piosenek wybierałeś te piętnaście, które znalazły się na płycie? 

LJ: Jest ich cała masa, ale z producentem Bartoszem Dziedzicem wybieraliśmy z dwudziestu paru piosenek. To w ogóle miała być płyta producencka, na której praktycznie nic nie robię - wśpiewuję wokale, dogrywam gitary i jadę sobie do Tunezji, czy Ełku na wakacje. Ale okazało się, że nie jest aż tak lekko. Skończyło się na tym, że grałem na gitarze, śpiewałem, trąbiłem paszczą i udawałem puzony, no i bąbałem na basie, na którym miałem nie grać wcale. 

PD: Plagiaty to jakby powrót do korzeni, sam mówisz, że to zamknięcie pewnego etapu... 

LJ: Po tych wszystkich latach ciągle jestem fanem Beatlesów. Kiedy nagrywali Let It Be, a była to ostatnia wydana przez nich płyta, znalazły się tam utwory, które napisali zanim zespół się zawiązał. I wiem, że takie piosenki wyciąga się z rękawa w momencie, kiedy po prostu nie ma świeżych pomysłów. 

PD: Ale przecież ta płyta za Tobą chodziła. 

LJ: Słuchaj, ja się nie mogłem uwolnić od tych piosenek - ciągle brzdąkałem je w domu na gitarze akustycznej. Ponieważ jestem dosyć mrukliwym osobnikiem, kiedy odwiedzali mnie goście, to zamiast z nimi rozmawiać - grałem je i mruczałem. Bez słów. Dobrze się z tym czułem, im też się podobało i za którymś razem Bartek Dziedzic mówi: weźmy to nagrajmy, może coś z tego będzie - i poszliśmy tym tropem. Cieszę się, bo praktycznie to reset głowy - w tej chwili czuję się wyczyszczony ze starych zwrotów melodycznych, starych harmonii i będę mógł śmiało przystąpić do szukania jakichś tam nowych rzeczy. 

PD: To co sobie teraz brzdąkasz? 

LJ: Jeszcze parę starych brzdąkam. Nie wiem, czy je nagrywać na następną płytę, czy nie – zobaczymy, co z tego wyjdzie. A w tej chwili nie mam czasu na brzdąkanie, bo ciągle jeżdżę, gram koncerty, właściwie od lutego jest urwanie głowy. 

PD: Nie lubisz grać koncertów, a trasa obejmuje ich kilkadziesiąt, z czego aż trzy w Warszawie. To chyba ciężki dla Ciebie czas? 

LJ: To dla mnie rzeczywiście okres dosyć nietypowy, bo lubię zagrać od czasu do czasu, a kiedy zaczynają się działania na skalę przemysłową, to brakuje mi energii. Gramy czasami w miejscach, które urągają wszelkim zasadom BHP, i to nie jest wielce przyjemne. Przyjemne jest, że przychodzą ludzie. Zdarza się, że nawet w jakiejś bardzo małej miejscowości, gdzie nie podejrzewałbym, że ktokolwiek słucha mojej muzyki - publiczność od pierwszego taktu śpiewa moje teksty, i to z nowej płyty! Jest to szokujące i jakoś tam dla mnie budujące, mile łechcze moją próżność... Poza tym, to trochę histeryzuję - w końcu mam taki zawód. Ale jeżeli miałbym wybierać, to wolałbym grać rzadziej. 

PD: Mówisz, że z wiekiem coraz trudniej Ci „wydobywać z siebie”... 

LJ: Kiedy zaczynałem, podstawowy na gitarze akord to były kosmosy. A w tej chwili po prostu nie wywołuje we mnie większych skojarzeń. Co mnie miało zainspirować, to już dawno mnie zainspirowało. Mówię o szerokich, nie tylko muzycznych inspiracjach, które powodują, że człowiek snuje plany, ustanawia sobie jakieś cele... A ja myślę, że jestem spełniony – czytaj: skończony. Przynajmniej w tej chwili prawie nic mnie nie inspiruje, żeby się napinać, naprężać, szukać dziury w całym, co było dla mnie ideą, walką i poświęceniem iluś tam lat. 

PD: Ale z drugiej strony mówisz, że Twoja twórczość, to kartki z pamiętnika, zapisy z podróży, która przecież trwa... 

LJ: Nie ma w tym sprzeczności, bo w tej chwili w moim życiu też dzieje się już bardzo niewiele... Więc tak, jak zaśpiewałem na ostatniej płycie: gram sobie tu i tam, od czasu do czasu, a czas rewolucji dla mnie minął... Tak samo i w życiu. W sumie cieszy mnie, że się wyciszam i chore myśli nie buzują mi w głowie, tylko raczej nic mi nie buzuje. To naturalne, że jest taki okres w życiu, kiedy człowiek szaleje, chce coś tam powiedzieć, zaznaczyć swoją obecność, coś zmienić... A z czasem bardziej chce się wtopić we Wszechświat, górnolotnie mówiąc, powisieć tak chwilę, a potem gdzieś tam zniknąć. Brzmi to może dramatycznie, ale aż do końca tak dramatyczne nie jest. Póki co - gram, i od czasu do czasu nawet zdarza mi się na koncertach cieszyć tymi nowymi piosenkami... 

PD: Od czasu do czasu? 

LJ: Od czasu do czasu. Jestem słabym gitarzystą i pieśniarzem, a ciąży na mnie obowiązek brzdąkania na gitarze i czarowania głosem. Czasami się uda, więc wtedy mam frajdę. Nie jest najgorzej, bo w tej chwili nie myślę o przyszłości, o tym, co będzie się działo za pół roku. Mam nadzieję, że znowu znajdę sobie jakieś zajęcie. A może uda mi się zaszyć w jakiejś dziurze i nic nie robić, co jest dla mnie ideałem... 

PD: Nie myślisz o przyszłości, ale w planach masz podobno co najmniej jeszcze jeden album? 

LJ: Pod koniec roku zobaczę po prostu ile mam pieniędzy. Jeżeli wystarczająco, żeby sobie jakoś tam skromnie, ale spokojnie żyć, to nie będę zajmował miejsca młodym zespołom. A co się wydarzy, tego nikt nie wie. 

PD: Od niedawna masz swoje „muzyczne laboratorium”, gdzie powstawała ostatnia płyta... 

LJ: Laboratorium brzmi górnolotnie - są to trzy, cztery podstawowe urządzenia, bo wbrew pozorom, żeby nagrać płytę wcale nie potrzeba ton sprzętu. Trzymałem to w pokoju, gdzie nagrywaliśmy Fiu, fiu... a w tej chwili mam pracownię, którą dostałem - w ten sposób miasto Wrocław uhonorowało moje wieloletnie ekscesy na niwie muzycznej. To też nie jest studio, ale miejsce, gdzie można sobie przyjść, w ciszy pomyśleć, pograć, posłuchać muzyki, coś nagrać. Nadużywałem tam przebywania, tak więc nie chodzę (śmiech). W domu nie mam radia, muzyki słucham na telewizorze, co słabo brzmi, więc nie słucham. W sumie to jestem trochę przemęczony pracą nad tą ostatnią płytą. Pewnie za jakiś czas nabiorę ochoty, żeby znowu słuchać, komponować. Może... Nie wiem. 

PD: Na początku zeszłego roku mówiłeś, że gdy wydasz szykowane już wtedy Plagiaty, pewnie wszyscy się na Ciebie poobrażają... 

LJ: No tak, bo ci, którzy słuchają moich płyt są przyzwyczajeni do jakiś pokrętnych historii w aurze smutku i nawiedzenia, a tu nagle „Rower” – piosenka w miarę pogodna, z zupełnie innej baryłki. Inne utwory, przynajmniej w warstwie muzycznej - też bardziej do śmiechu, niż do płaczu. Nie przepadam za tym, żeby się spieszyć z płytą, a tu tak nagle pojawiły się terminy. Dobra, postanowiłem raz się z czegoś wywiązać. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że zabrakło dwóch tygodni do tego, żebym był z tej płyty tak do końca zadowolony. 

PD: Po Fiu, fiu... mówiłeś, że o polityce nie ma sensu już pisać, ale jednak do niej wracasz. 

LJ: A, bo mnie zdenerwowali. To co się dzieje, to żenada. Jestem w ogóle rozczarowany klasą polityczną, jakością polityki, którą ci ludzie uprawiają. Być może żyję utopiami, idealizuję trochę... W „Ave Hella” skrzeknąłem jedno i drugie o politykach, ale dalej uważam, że jeżeli ktoś chce się rzeczywiście zajmować polityką, to można sobie założyć partię polityczną albo zapisać, do takiej, którą uważamy, że warto by zreformować. A piosenki, cóż... Politycy nie słuchają piosenek, bo nie mają czasu na pierdoły. To trochę taka kolejna niemożność: chciałoby się coś zmieniać, widzi się jakieś tam niedostatki i błędy, a kończy się na kilku słowach w piosence. Bo niby co? Mam ośmieszać tych polityków, karcić? Do nich to na pewno nie dociera. Cykl produkcyjny eliminuje aktualność. Jakoś nie przypominam sobie piosenki, która zrobiłaby na politykach wrażenie. 

PD: Może utwory Pudelsów albo Kukiza? 

LJ: To pachnie populizmem. 

PD: Jak odbierasz to, co za sprawą papieża ostatnimi czasy działo się w Polsce? Jakie mogą być tego konsekwencje? 

LJ: Nie wiem, nie jestem futurysta ani prorokiem. Nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło. Nie byłem zachwycony nacjonalistycznym popisem w Watykanie. Mówię o polskich flagach. Nie wiem, czy bym poszedł na czyjkolwiek pogrzeb z flagą. Chyba, że pogrzeb Polski. Trudno mi o tym mówić, to rzeczy, które wykraczają poza moje kompetencje. Nie wiem, co się będzie działo, nie wiem też, jaki realny wpływ nauka papieża miała na społeczeństwo. 

PD: Może będzie miała? 

LJ: Nauka papieża to nauka Kościoła, to wiara, dogmaty i świadomość, że tak powiem, socjologiczna. 

PD: „Patriotyzm” równa się dla ciebie „nacjonalizm”? 

Dla mnie patriotyzm to uczucie na „czarną godzinę”, które ma obszary wspólne z nacjonalizmem. A od kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej to patriotyzm zaczyna być anachronizmem. Jeżeli mamy poważnie myśleć o następnych dwustu latach, to powinniśmy szukać takiej opcji, która da bezpieczeństwo, pozwoli nam się rozwijać, a nie sądzę, żeby dawał to patriotyzm. To po cholerę żeśmy do tej Unii się pchali? Skoro w niej jesteśmy, to czujmy się współgospodarzami. Nie widzę powodu, żeby wstydzić się swojej polskości, ale też nie widzę specjalnie powodu, żeby ją jakoś intensywnie manifestować. Dla mnie to, że jesteśmy w Unii jest dużą satysfakcją i fajną puentą dla naszych narodowych poczynań. Niemcy nie zapomnieli swojego języka, my też nie zapomnimy. Jeżeli intensywnie bralibyśmy udział w przedsięwzięciach europejskich i potrafilibyśmy wywalczyć sobie znaczące miejsce w tej Europie, to nie widzę w tym nic złego. Myślę, że nasz patriotyzm jest ciągle wymuszany, bo w układach państwowych jest burdel i podstawowe rzeczy nie są do końca wyjaśnione - chociażby Katyń. Rosjanie ciągle podejrzanie kombinują i sytuacja jest niejasna, Europa ogon pod siebie chowa i mówi: zróbcie coś z tym sami. A my sami nie jesteśmy w stanie znaleźć się na takich samych prawach, jak na przykład Niemcy, Anglicy czy Francuzi. Trzeba to sobie wywalczyć i walczymy - ciągle wracając do historii, które nas budowały. Trudno zapominać o wojnie, o Powstaniu Warszawskim, o powstaniach śląskich, o rzeczach z historii, które miały wpływ na nasz byt narodowy, kulturę, a w końcu i na nasze osobowości. Tyle że to, co mnie budowało, nie zawsze związane było z Polską, a czasami nawet z Europą. A wracając do nacjonalizmów, to są one pochodną bezradności społeczeństw wobec swoich nieudolności i wobec innych nacjonalizmów. Taka samonapędzająca się makabreska. Zamknięte koło, które kręci się od początku cywilizacji a rozpęd jego bierze się z egoizmu jednostki. Proste. 

PD: Mówisz, że twoje teksty są nieudolne literacko, nie przepadasz za swoim głosem, że nie czujesz się artystą, ani muzykiem. Co w sobie cenisz? 

LJ: (długa cisza) Nie przepadam za sobą. To jest chyba najlepsze, co we mnie jest. Może za ładnie to brzmi, ale tak jest. A reszta, to są jakieś tam esy-floresy. Dodatki. 

PD: Skoro nie czujesz się artystą, to czym jest artyzm? 

LJ: Nie wiem. Wiem, że to temat na dłuższy dyskurs, ale o czym my mówimy? O tym, że ktoś gdzieś tam w genach miał przekazaną wrażliwość na kształt i barwę w wypadku malarzy, na rytm, harmonię i melodie w wypadku muzyków a w wypadku pisarzy, poetów - na słowo... Wydaje mi się, że większość procesów twórczych nie jest niczyją zasługą. To samo się dzieje, więc nie widzę powodu, żeby wyróżniać kogoś szumnym mianem artysty. To takie słowo-wizytówka, która ma na celu powiedzieć: ten, to się nie zajmuje ślusarstwem, tylko sztuką - przez większe czy mniejsze „s”. Dla mnie słowo „artysta” zupełnie nic nie znaczy. 

PD: Ale sztuka już chyba tak? 

LJ: To też jest podejrzane. Dla mnie wartością jest to, że człowiek zmaga się ze swoją nieudolnością, a nie to, że ktoś ma jakieś predyspozycje i fajnie rysuje. Rysuje, bo ma jakieś tam spięcia w neuronach, które mówią mu: kreska powinna się skończyć w tym momencie, i to jest intuicyjne. Podobnie z muzykami – większość ludzi, którzy dobrze grają, robi to od niechcenia, zupełnie bezmyślnie, więc nie widzę powodu, żeby ich jakoś wyróżniać. Cenię intencję - jeżeli ktoś ma dar, to przyglądam się temu, jak on ten dar wykorzystuje, a za dar kogoś cenić? Trzeba by cenić tego, kto ten dar daje, a zazwyczaj są to geny przodków, czasami mutacja, czasami jakieś popierdzielenie... (śmiech) A że tłum ubóstwia kogoś, bo precyzyjnie wyraził za tysiące ludzi jakąś tam myśl, i jeszcze było to do śmiechu i mądre, to jakby osobna historia. Z mojego punktu widzenia artyści to często skazańcy, niewolnicy swoich umiejętności. Czasami tworzą świetne dzieła, a jako ludzie są beznadziejni, wręcz okropni. Ale średnio mnie to obchodzi - rzeczywiście przyglądam się bardziej dziełu i nie próbuję dociekać, jakim kto jest człowiekiem, bo parę razy się sparzyłem i lepiej tego nie wiedzieć. 

PD: Zastanawiałeś się nad tym, co jest istotą muzyki? 

LJ: Myślę, że to jest taka bezpośrednia transmisja emocji. Oczywiście, że tak jak wszystko, i muzyka ma pewne odmiany, gdzie eliminuje się emocje i robi się za pomocą jakiegoś algorytmu, ale myślę, że to, czym ja się zajmuję, to jest zupełnie pozawerbalna transmisja emocji. Asekurując się, dopisuję do tego teksty. Według algorytmu. 

PD: Czy układając je, masz uciechę z tego, jak inni będą się nad nimi głowić? 

LJ: W ogóle nie myślę o ludziach, kiedy piszę teksty. Po prostu coś tam piszę i próbuję, żeby było to nie do końca przygłupiaszcze i przynajmniej trochę zabawne. 

PD: Jak ważny jest dla Ciebie odbiorca? 

LJ: Żyję z tych swoich odbiorców, więc ma znaczenie kapitalne (śmiech). Ale z drugiej strony, kiedyś, kiedy z tego nie żyłem to też komponowałem, choć nie pisałem tekstów. Mój ukłon w stronę odbiorcy polega na tym, że z czasem do melodyjek zacząłem dopisywać teksty. Oczywiście, można by zabełkotać od czasu do czasu, onomatopeją jakąś polecieć i to też przechodzi - zresztą są na to przykłady w twórczości różnych ludzi. Odbiorca po prostu mnie utrzymuje, stawia mi takie życie, jakie mam i tyle. Ale nie działa taka zasada, że ja bardzo pilnuję tego, żeby zawsze było trochę wódki i dobre papierosy (śmiech), tylko szczęście. Jestem trochę rozpieszczony przez publiczność, bo zaczynając, pisząc pierwszy materiał, o ludziach w ogóle nie myślałem, a ludzie powiedzieli: tak, to jest to, czego chcemy słuchać. Więc poszedłem za ciosem: no dobrze, zobaczymy, czy to wytrzymacie. I znowu mi powiedzieli: tak, oto nasze pieniądze, rób to dalej. I tak jest do dzisiaj. Poza tym, wydaje mi się, że ludzie potrzebują nieoczekiwanych rzeczy... Sam szukam czegoś, co by mnie inspirowało, zapełniło jakoś czas w oczekiwaniu na Wielki Finał, więc ludzie pewnie działają na podobnej zasadzie. Nie sądzę, żebym był jakimś wielkim unikatem. Przede wszystkim sobie sprawiam frajdę i wierzę, że jakiejś tam grupie ludzi pewnie to też frajdę sprawi. 

PD: Rejestrujesz energię docierającą od odbiorców, która by Cię jakoś wzbogacała? 

LJ: Jeżeli mówimy o koncercie, to jest to taki powierzchowny kontakt, bo jak głośniej krzyknę, oni próbują mnie przekrzyczeć. Nie wiem, czy chcą mi pomóc, czy mnie wykończyć (śmiech). Ale rzeczywiście, jest taka dwustronna, choć dosyć powierzchowna emanacja energii. Dla mnie o jakimś kontakcie z publicznością świadczy to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby zapamiętać ileś tam tekstów. Ja mam poważne problemy z ich zapamiętaniem. Bawię się skojarzeniami, licząc na to, że ludzi bawią pewne skojarzenia. Rozwiązują krzyżówki na przykład, więc czemu nie mieliby gdzieś tam zapuścić oka w moje teksty, które też czasami są swojego rodzaju krzyżówką? 

PD: Czytając różne wywiady dziwiłam się, jakim zaskoczeniem dla Twoich rozmówców jest często Twój spokojny stosunek do śmierci, otwartość, z jaką mówisz, że jest ona częścią życia... 

LJ: To jest banał, bo niby co jest śmiercią? Czym jest ta śmierć? Ostatnio czytałem artykuł o pewnym rosyjskim uczonym, który jest na progu epokowego odkrycia. Spowoduje ono, że będziemy mogli przedłużyć sobie życie może nie w nieskończoność, ale na przykład dwudziestokrotnie. Nasze komórki utleniają się i mają to wpisane w kod genetyczny, którego działanie wystarczy przyblokować, a będziemy żyli Bóg wie ile lat. No pięknie, tylko niesie to ze sobą dramatyczne konsekwencje. Jeżeli zastanowić się nad tym chwilę, to nie wiem, czy nie jest to większa draka niż to, że umieramy. Oczywiście, większość ludzi lubi siebie, chciałoby pielęgnować swoją osobowość w nieskończoność, ale póki co, to z wiekiem się degenerujemy. A czasami jakość tego, co jest w stanie zaoferować bardzo stary człowiek, nie jest taką jakością, która - jak sądzę - pozwalałaby lepiej funkcjonować społeczeństwu. Uważam, że ta naturalna wymiana jest sensowna. Dowiadujemy się o niej chyba w piątej klasie szkoły podstawowej. Kiedy ja się o tym dowiedziałem, byłem trochę zdziwiony, jak to dziecko, ale po latach stwierdziłem, że rzeczywiście:



życie, które prowadzę, w naturalny sposób jest męczące. Nie ma w nim aż tak wielu rzeczy, które by mi mówiły: żyj w nieskończoność. Raczej jest dla mnie traumatyczne, więc nie widzę powodu, żeby je przedłużać. [dopisek L.J: Ciekawostka - symbol nieskończoności przypomina wstęgę Mobiusa. Ciekawe, ze podróż po niej jest nieskończona, a sama wstęga i owszem... A wracając do realiów] - oczywiście kombinuję, jak mogę, miotam się, żeby spowodować, aby było w miarę do przyjęcia, ale dla mnie życie polega na tym, żeby próbować być coraz lepszym, niż się jest. Windować się coraz wyżej, robić jakieś małe kroczki, żeby lepiej zrozumieć świat, a przede wszystkim siebie. A to jest męczące. Może są tacy, dla których nie jest, ale z mojego punktu widzenia życie w nieskończoność jest pozbawione sensu. To nie jest już życie, trzeba by znaleźć jakiś nowy termin, który by coś takiego określił. Może coś z terminologii religijnej... 

PD: W jednej z rozmów mówiłeś, że bardzo chciałbyś doznać objawienia i uwierzyć w Boga. Naprawdę chciałbyś? 

LJ: Obserwuję ludzi wierzących i chyba lepiej im się żyje. Mam wrażenie, że wiara przyjemnie ich oszałamia. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają i tak o tym mówią ludzie, którzy znaleźli sens tego wszystkiego. Jeżeli można tego doświadczyć, to dlaczego nie? Chciałbym coś takiego przeżyć, a wyboru dokonałbym później. Może gdybym czegoś takiego doświadczył, nie byłoby już szansy na wybór, i to kolejna ciekawostka. To trudne sprawy, szczerze mówiąc nigdy nie przejmowałem się Bogiem, nie myślałem o tym za dużo. A mój największy sukces to piosenka „Jezu, jak się cieszę” (śmiech). Żyjąc w tym kręgu kulturowym trudno nie myśleć o chrześcijaństwie, a jak się przyjrzeć religiom będącym w opozycji, to okazuje się, że mają bardzo wiele ze sobą wspólnego. Więc czasami w piosenkach pojawia się Bóg. Podejmując taki temat liczę po prostu, że jestem komunikatywny i tyle. Na co dzień nie jest to temat, który mnie jakoś tam specjalnie zaprząta. Tematem jest jak godzić egoizmy... 

PD: Miłość? 

LJ: No właśnie. Myślę, że miłość to coś, dzięki czemu cywilizacja w ogóle istnieje, szlag jej nie trafia, czyli nie dokonała samounicestwienia. Jesteśmy od niej uzależnieni. Miłość jest nieodzowna. Tak samo jak śmierć buduje nasze człowieczeństwo, tak i miłość jest takim drugim, równie ważnym elementem. Balans pomiędzy nimi pozwala nam funkcjonować. 

PD: Od bardzo wielu lat dzielicie z Bożeną życie prywatne, jak i zawodowe. Jak Wam się to udaje? 

LJ: Brzmi to tak, jakby trwały związek był patologią. No rzeczywiście z boku wyglądamy, jak ckliwa laurka: pani Bożenna na szksypczach, pan Lesław na basiku. Czasami nie jest tak słodko. Kiedy miałem 15 lat myślałem, że jeżeli mam siebie lubić, to powinienem dokonywać takich wyborów, których bym nigdy nie żałował. Oczywiście te wybory nie były poparte jakąś wielką wiedzą, bo trudno oczekiwać od szesnastolatka, żeby miał jakąś niesamowitą wiedzę, ale młodzi ludzie mają dużą intuicję. Poza tym potrafią być bezwzględni wobec innych ludzi, a przede wszystkim wobec siebie. I dokonałem takiego wyboru, który był sensowny. Robię w tym momencie z siebie Króla Wyborów, ale miałem też odrobinę szczęścia. Potem to jest już, prosto nazywając, ciężka praca nad tym, żeby związek się rozwijał, żeby ciągle miał jakąś tam perspektywę. I z szacunku dla drugiej osoby, również z ładnie nazywając, uwielbienia - pilnuje się tego, żeby ten związek działał. To nie jest sielanka, ale ja mam z tego dużo frajdy. Mam nadzieję, ze Bożena też. Większość moich znajomych się porozwodziła: może złe wybory, może są gnuśni, może im się nie chce pilnować związku... Nie wiem. Jeżeli chodzi o nasz układ, to jesteśmy chyba szczęśliwi. Cud! (śmiech)

Warszawa, 18 kwietnia 2005
/pd/


Lech Janerka - Jestem skończony
ANEKS, dodatek do Trybuny - 27.05.2005