Don Byron najbardziej ze wszystkich instrumentów muzycznych upodobał sobie klarnet. Choćby z tego już powodu postrzegany jest jako indywidualista, który ponadto stara się redefiniować każdy z gatunków, którymi się zajmuje. A jest ich niemało - od muzyki klasycznej, klezmerskiej, salse, hip-hop po funk, oraz wszystkie style jazzowe, od swingu i bebopu, po free jazz.
Komponuje również do filmu i tańca nowoczesnego. Współpracuje i nagrywa z wieloma różnorodnymi zespołami, od Duke Ellington Orchestra, po rockowy Living Colour, a na tej obszernej liście znajdują się również David Murray, Bill Frisell, Ralph Peterson, Tom Cora, Marc Ribot, Cassandra Wilson, Steve Coleman, Uri Caine, Steve Lacy, a także Medeski Martin & Woods. Jakby tego było mało, prowadzi swój zespół muzyki kameralnej o nazwie Semaphore.
Wiele z nagrań Dona Byrona zawiera ostrą krytykę polityczno-społeczną. Powalający debiut "Tuskegee Experiments" (1992) nawiązuje do rasistowskiego skandalu w Ameryce, gdzie w ramach medycznego eksperymentu ogromna liczba Murzynów chorych na syfylis została pozbawiona opieki lekarskiej i poddana obserwacji. Natomiast album "Romance With The Unseen" traktuje o fali zabójstw w nowojorskim metrze w 1984 r.
W wytwórni Blue Note zadebitował albumem "Nu Blaxploitation" (1998), którego inspiracją były funk i hip-hop, a w stworzeniu dzieła udział wziął także poeta Sadiq Bey oraz ikona rapu Biz Markie. Najświeższe nagranie to "You Are #6" (2001), gdzie Byron powraca do swojego zespołu Music For 6 Msicians oraz muzycznych korzeni - rytmów afro-karaibskich oraz muzyki latynowskiej.
Choć na scenie muzycznej twardo stoi od ponad dziesięciu lat, do Polski przyjechał po raz pierwszy. Najwyraźniej nie był zachwycony faktem, że ktoś chce przeprowadzić z nim wywiad. Po swojej próbie przed wieczornym koncertem w Sali Kongresowej na prośbę o rozmowę z łaską odpowiedział: być może po koncercie. Pod jego garderobą spędziłam dobre 40 minut, czekając aż wszyscy chętni dostaną autograf i uścisk dłoni. O.K., wchodź, ile to ma trwać? Tyle ile JA chcę? Spieszę się. Masz dziesięć minut. Do gazety ten wywiad? Jakiej? Nic mi to nie mówi.
Patrycja Dlugoń: Nie lubisz udzielać wywiadów, czy to po prostu nie ten moment, nie ten dzień?
Don Byron: Nie wiem jeszcze. Raczej wolałbym się zrelaksować. Większość ludzi woli odpoczywać po koncercie, więc zaczynajmy.
PD: Twoja muzyka jest bardzo eklektyczna. Czerpiesz z wielu źródeł, a każda twoja płyta jest pewnego rodzaju zaskoczeniem. Czy to celowe - nie zostać sklasyfikowanym?
DB: Jestem kompozytorem filmowym. Studiowałem wiele rodzajów muzyki, i jako muzyk po prostu gram muzykę, ale tak naprawdę jestem kompozytorem, który gra różne rodzaje muzyki. I myślę, że to co komponuję najlepiej nadaje się do filmu. Fakt, że miałbym być muzykiem jazzowym nie jest dla mnie tak naprawdę istotny. Jest zupełnie bez znaczenia. Ważne jest dla mnie, że jestem kompozytorem, no i całkiem dobrze gram na klarnecie.
Nikt tak naprawdę nie wie, co to znaczy być muzykiem jazzowym. Niektórzy myślą, że chodzi tu o granie pewnych akordów, dla niektórych to wyłącznie wolna improwizacja. Robiłem te i wiele innych rzeczy i nie definiuję siebie w ten sposób. Nie interesuje mnie taki sposób myślenia. Wiadomo, że definicje stanowią podstawę jakiejś wiedzy, ale mnie to nie dotyczy. Gram, na co mam ochotę. Jeżeli komuś się to podoba, to ze mną gra albo mnie słucha, a jeżeli nie, to trudno.
PD: Urodziłeś się i dorastałeś na Bronksie. Jak wspominasz swoje dzieciństwo?
DB: To bardzo obszerne pytanie. Mogłabyś je trochę zawęzić?
PD: Mam na myśli twój dom, w którym na pewno było bardzo dużo muzyki, ze względu na muzykalnych rodziców...
DB: Była muzyka, ale wtedy moje życie kręciło się głównie wokół szkoły. Starałem się nie wpaść w kłopoty, nie stracić życia na ulicy. Chciałem być dobrym dzieciakiem. Na Bronksie wielu zabito, i to wielu z mojej okolicy. Wiedziałem, że nie będę mógł niczego zrobić w muzyce, jeżeli nie skończę szkoły, więc się starałem.
Cała moja rodzina, wszyscy kuzyni, krewni - brali lekcje muzyki. To bardzo charakterystyczne dla rodzin z Zachodu. Jeżeli stamtąd pochodzisz, to twoi rodzice chcą, żebyś się dobrze uczył i brał lekcje muzyki. To taki staromodny sposób wychowania. Więc zacząłem się uczyć muzyki nie dlatego, że chciałem zostać muzykiem.
PD: Uczęszczałeś do New England Conservatory of Music, gdzie twoim nauczyielem był, obchodzący w tym roku swoje 80. urodziny, George Russell...
DB: Nie miałem styczności z nim zbyt długo. Tak naprawdę nigdy nie czułem się komfortowo w jego towarzystwie, ale wiele się od niego nauczyłem. Nigdy go jednak nie lubiłem, i nie jestem pewien, czy on mnie lubił. Nie sądzę, by kiedykolwiek słuchał mojej muzyki. A jeżeli bym mu ją przesłał, pewnie nawet nie włożyłby jej do odtwarzacza. Pamiętam co mówił o muzyce, której słuchał, i to było najlepsze ze studiowania w jego klasie. Najbardziej interesujące było, kiedy technicznie opisywał jakąś muzykę, bo mogłeś zobaczyć, na czym polegała jego Koncepcja i jak jej używał. Wiesz, kiedy miało się z nim lekcje, próbował wbić ci do głowy swoją Koncepcję, a to było nudne. Trzeba było umieć nazwać te wszystkie moduły... Nie było to takie trudne, ale to co naprawdę niełatwo było zrozumieć, to jak ON używa Koncepcji. W klasie analizował wiele muzyki, nie swojej, i to było naprawdę pouczające. Widziałeś ją wtedy zupełnie z innej strony niż dotychczas. Jak przynosiłem jakiś utwór myśląc, że jest minor, to on krzyczał (D.B. cytuje przedrzeźniając) That's major! That's major! Ale dlaczego, pytałem. I rozpisywał to na tablicy, a wtedy - olśnienie.
Nie był klasycznym nauczycielem. Nie można mu było niczego wcisnąć. Ale nienawidziłem chodzić na jego zajęcia, bo był w stosunku do mnie złośliwy. Wiesz, trochę mnie przerażał [śmiech]. Ale gdybym u niego nie studiował, pewien jestem, że zupełnie bym się pogubił. Skończyłem trzy semestry w New England School of Music, a w jego klasie byłem przez rok, czyli większość czasu tam spędzonego. Dłużej uczyłem się jedynie u mojego nauczyciela klarnetu. Wiem, że nigdy nie słyszał niczego, co zrobiłem. Wysłałbym mu coś... Może jednak posłucha? I ten jego big band... Może z nim zrobić dokładnie wszystko.
PD: A jakie płyty ty wkładasz do odtwarzacza?
DB: Zawsze słucham Strawińskiego. Dużo gospel, i w ogóle muzyki wokalnej. Teraz szczególnie black american gospel. W ostatnich latach zasłuchiwałem się w Lesterze Youngu.
PD: W jednym z wywiadów wspomniałeś Sonic Youth...
DB: Sonic Youth to dla mnie grupa free, tak jak wiele zespołów free jazzowych. Miałem zawsze nadzieję, że powstanie więcej takich wyzwolonych zespołów. To, co grają wiele się nie różni od free jazzu. Radiohead jest na przykład bardziej popowe. Lubię niektóre nagrania, ale to już pop. Są trochę, jak The Beatles - tworzą piosenki z określoną strukturą, i nawet jak używają sampli - jest to strukturalne. Wiele zespołów, nie mam na myśli tych grających hip-hop, opiera swoją muzykę na różnych rodzajach groove u. To leniwe podejście i nie w moim smaku. Na tym też polega różnica pomiędzy perkusistą rockowym i funkowym. Rockowy zazwyczaj nie ma tego drive'u, właściwego bębniarzom funkowym. Używają go w inny sposób, niż goście grający hip-hop. Back nie gra hip-hopu, ale sposób, w jaki tworzy swoją muzykę ma wiele z hip-hopem wspólnego. Bardzo go lubię. Kilkukrotnie widziałem go na żywo i też poznałem. Kiedyś w Los Angeles zagraliśmy nawet na tym samym koncercie.
PD: Skoro odeszliśmy troszkę od jazzu, to zapytam cię o Vernona Reeda. Zamierzacie coś razem jeszcze zrobić?
DB: Tydzień temu się widzieliśmy i rozmawialiśmy o tym, ale na razie nic jeszcze niewiadomo. Pamiętam pierwszy raz, kiedy usłyszał, jak gram. Było to lata temu, kiedy jeszcze się uczyłem, a Vernon był w trasie z Frisellem. Obydwaj usłyszeli mnie, a w zasadzie podsłuchali, kiedy ćwiczyłem na klarnecie. Koniec końców współpracowałem i z jednym, i z drugim. Interesujące a propos Vernona jest to, że zdołał odejść od jazzu. A to wspaniale. On wie, że w jazzie nie ma pieniędzy i nie ma też przyszłości, a przynajmniej nie na skalę masową. Chciał zrobić coś innego i mu się udało. Bardzo się z tego cieszę. Też chciałbym być aktywny w innych sferach, niż jazz. Tutaj wyraźnie widać, że ludzie z góry zakładają co czarny muzyk ma robić, a czego nie. Czarny muzyk nie może grać rocka, nie może grać klasyki, nie może już nawet grać bluesa. Blues już nie jest czarny. Vernon i jego Living Colour zrobili kawał dobrej roboty grając swojego rocka. I to po Little Richardzie! To przecież śmieszne, ale pokazuje Ci, że ludzie niewiele wiedzą o tym, co czarni muzycy grają.
PD: Bardzo często wypowiadasz się na temat rasizmu, jego dzisiejszego funkcjonowania w Stanach Zjednoczonych, a przecież głośno mówi się tam o political correctness. Czy rasizm w Ameryce naprawdę nadal istnieje?
DB: Tak, istnieje nadal. Tylko nie chodzi już o bicie i znęcanie się nad czarnymi. Policja robi to za ciebie. Chodzi o to, co czarni mogą robić, a czego nie. Nie mogą grać na klarnecie, nie mogą też na skrzypcach, nie mogą być dyrygentami, nie mogą pisać do filmów, nie grają czysto i nie potrafią czytać z nut. A to tylko jeżeli o muzykę chodzi. Takie przekonania cały czas istnieją w społeczeństwie bez przeszkód i wykorzystywane są do tego, by trzymać czarnych z daleka od pewnego rodzaju zajęć. Weźmy klarnet - nie ma czarnych klarnecistów, ale nie przez przypadek, tylko dlatego że jest to instrument uprzywilejowany. Granie jazzu na klarnecie jest dostępne tylko białym. W Stanach klarnet jest instrumentem używanym po to, by czarnych muzyków trzymać z dala od Broadway'owego bagna, albo muzyki klasycznej. Gdyby rasizm nie istniał, nie byłoby żadnego zapotrzebowania na Glena Millera. W nowym Orleanie czarnych klarnecistów oczywiście jest masa, a w tamtym czasie czarne zespoły grały dziesięć razy bardziej porywająco. Nie ma też wielu czarnych muzyków w orkiestrach symfonicznych, a to dlatego, że nie kończą szkół. Nauczyciele wmawiają im tam, że nie zna się swojego instrumentu, nie gra czysto. Sam tego doświadczyłem. Wiele z tego co robię - gra na klarnecie, komponowanie do filmu - nie jest łatwo dostępne dla czarnego muzyka, choć otwarcie nikt się do tego nie przyzna.
Don Byron - Rasizm w muzyce
Jazz & Classics - 1/2004
TEXT
/pd/
Don Byron - Rasizm w muzyce
Jazz & Classics - 1/2004
TEXT


.jpg)
.jpg)
.jpg)