Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybuna. Pokaż wszystkie posty

5.27.2005

Lech Janerka - Jestem skończony


Właśnie ukazała się jego kolejna, jak zwykle wyczekana płyta (Plagiaty). Na rozmowę umówiłam się przy okazji koncertu w warszawskim klubie Dekada. Był słoneczny, wiosenny poranek…


Patrycja Długoń: O swoim nowym zespole mówisz, że czuje się w nim wielką energię i ducha... 

Lech Janerka: To są młodzi, spragnieni sukcesu ludzie, którzy cóż mają do zaoferowania... Mają swoje pomysły, które kisili latami, masę energii, no i młodość, a to jest wartość sama w sobie. Jestem tutaj takim ślimaczkiem, który wystawia rogi i jak parzy, to czuje. A od nich parzy. 

PD: Jak ich znalazłeś? 

LJ: Sami się znaleźli. Gitarzysta Damian Pielka zadzwonił do mnie, bo wiedział, że jest wakat, że tak powiem... Wcześniej grał jakieś improwizowane rzeczy z Trzaską (Mikołajem), prowadził też swój zespół. Pograliśmy chwilę i stwierdziłem, że czegoś szuka w muzyce. I to mnie zafrapowało. A do tego był wystarczająco sprawny technicznie, żeby podołać temu, co ja gram. Ściągnął perkusistę Michała Mioduszewskiego, zaczęliśmy próby i okazało się, że to działa - że robią psikusy na próbach, chuliganią, rozrabiają, krzyczą... Przypomniało mi to dawne czasy, kiedy sam zaczynałem grać i w tym zestawieniu czuję się świetnie. Uchowała się Bożena, więc to taki stary-młody zespół, ale tej ich energii starcza, żeby napędzić ze dwie orkiestry. 

PD: Z ilu piosenek wybierałeś te piętnaście, które znalazły się na płycie? 

LJ: Jest ich cała masa, ale z producentem Bartoszem Dziedzicem wybieraliśmy z dwudziestu paru piosenek. To w ogóle miała być płyta producencka, na której praktycznie nic nie robię - wśpiewuję wokale, dogrywam gitary i jadę sobie do Tunezji, czy Ełku na wakacje. Ale okazało się, że nie jest aż tak lekko. Skończyło się na tym, że grałem na gitarze, śpiewałem, trąbiłem paszczą i udawałem puzony, no i bąbałem na basie, na którym miałem nie grać wcale. 

PD: Plagiaty to jakby powrót do korzeni, sam mówisz, że to zamknięcie pewnego etapu... 

LJ: Po tych wszystkich latach ciągle jestem fanem Beatlesów. Kiedy nagrywali Let It Be, a była to ostatnia wydana przez nich płyta, znalazły się tam utwory, które napisali zanim zespół się zawiązał. I wiem, że takie piosenki wyciąga się z rękawa w momencie, kiedy po prostu nie ma świeżych pomysłów. 

PD: Ale przecież ta płyta za Tobą chodziła. 

LJ: Słuchaj, ja się nie mogłem uwolnić od tych piosenek - ciągle brzdąkałem je w domu na gitarze akustycznej. Ponieważ jestem dosyć mrukliwym osobnikiem, kiedy odwiedzali mnie goście, to zamiast z nimi rozmawiać - grałem je i mruczałem. Bez słów. Dobrze się z tym czułem, im też się podobało i za którymś razem Bartek Dziedzic mówi: weźmy to nagrajmy, może coś z tego będzie - i poszliśmy tym tropem. Cieszę się, bo praktycznie to reset głowy - w tej chwili czuję się wyczyszczony ze starych zwrotów melodycznych, starych harmonii i będę mógł śmiało przystąpić do szukania jakichś tam nowych rzeczy. 

PD: To co sobie teraz brzdąkasz? 

LJ: Jeszcze parę starych brzdąkam. Nie wiem, czy je nagrywać na następną płytę, czy nie – zobaczymy, co z tego wyjdzie. A w tej chwili nie mam czasu na brzdąkanie, bo ciągle jeżdżę, gram koncerty, właściwie od lutego jest urwanie głowy. 

PD: Nie lubisz grać koncertów, a trasa obejmuje ich kilkadziesiąt, z czego aż trzy w Warszawie. To chyba ciężki dla Ciebie czas? 

LJ: To dla mnie rzeczywiście okres dosyć nietypowy, bo lubię zagrać od czasu do czasu, a kiedy zaczynają się działania na skalę przemysłową, to brakuje mi energii. Gramy czasami w miejscach, które urągają wszelkim zasadom BHP, i to nie jest wielce przyjemne. Przyjemne jest, że przychodzą ludzie. Zdarza się, że nawet w jakiejś bardzo małej miejscowości, gdzie nie podejrzewałbym, że ktokolwiek słucha mojej muzyki - publiczność od pierwszego taktu śpiewa moje teksty, i to z nowej płyty! Jest to szokujące i jakoś tam dla mnie budujące, mile łechcze moją próżność... Poza tym, to trochę histeryzuję - w końcu mam taki zawód. Ale jeżeli miałbym wybierać, to wolałbym grać rzadziej. 

PD: Mówisz, że z wiekiem coraz trudniej Ci „wydobywać z siebie”... 

LJ: Kiedy zaczynałem, podstawowy na gitarze akord to były kosmosy. A w tej chwili po prostu nie wywołuje we mnie większych skojarzeń. Co mnie miało zainspirować, to już dawno mnie zainspirowało. Mówię o szerokich, nie tylko muzycznych inspiracjach, które powodują, że człowiek snuje plany, ustanawia sobie jakieś cele... A ja myślę, że jestem spełniony – czytaj: skończony. Przynajmniej w tej chwili prawie nic mnie nie inspiruje, żeby się napinać, naprężać, szukać dziury w całym, co było dla mnie ideą, walką i poświęceniem iluś tam lat. 

PD: Ale z drugiej strony mówisz, że Twoja twórczość, to kartki z pamiętnika, zapisy z podróży, która przecież trwa... 

LJ: Nie ma w tym sprzeczności, bo w tej chwili w moim życiu też dzieje się już bardzo niewiele... Więc tak, jak zaśpiewałem na ostatniej płycie: gram sobie tu i tam, od czasu do czasu, a czas rewolucji dla mnie minął... Tak samo i w życiu. W sumie cieszy mnie, że się wyciszam i chore myśli nie buzują mi w głowie, tylko raczej nic mi nie buzuje. To naturalne, że jest taki okres w życiu, kiedy człowiek szaleje, chce coś tam powiedzieć, zaznaczyć swoją obecność, coś zmienić... A z czasem bardziej chce się wtopić we Wszechświat, górnolotnie mówiąc, powisieć tak chwilę, a potem gdzieś tam zniknąć. Brzmi to może dramatycznie, ale aż do końca tak dramatyczne nie jest. Póki co - gram, i od czasu do czasu nawet zdarza mi się na koncertach cieszyć tymi nowymi piosenkami... 

PD: Od czasu do czasu? 

LJ: Od czasu do czasu. Jestem słabym gitarzystą i pieśniarzem, a ciąży na mnie obowiązek brzdąkania na gitarze i czarowania głosem. Czasami się uda, więc wtedy mam frajdę. Nie jest najgorzej, bo w tej chwili nie myślę o przyszłości, o tym, co będzie się działo za pół roku. Mam nadzieję, że znowu znajdę sobie jakieś zajęcie. A może uda mi się zaszyć w jakiejś dziurze i nic nie robić, co jest dla mnie ideałem... 

PD: Nie myślisz o przyszłości, ale w planach masz podobno co najmniej jeszcze jeden album? 

LJ: Pod koniec roku zobaczę po prostu ile mam pieniędzy. Jeżeli wystarczająco, żeby sobie jakoś tam skromnie, ale spokojnie żyć, to nie będę zajmował miejsca młodym zespołom. A co się wydarzy, tego nikt nie wie. 

PD: Od niedawna masz swoje „muzyczne laboratorium”, gdzie powstawała ostatnia płyta... 

LJ: Laboratorium brzmi górnolotnie - są to trzy, cztery podstawowe urządzenia, bo wbrew pozorom, żeby nagrać płytę wcale nie potrzeba ton sprzętu. Trzymałem to w pokoju, gdzie nagrywaliśmy Fiu, fiu... a w tej chwili mam pracownię, którą dostałem - w ten sposób miasto Wrocław uhonorowało moje wieloletnie ekscesy na niwie muzycznej. To też nie jest studio, ale miejsce, gdzie można sobie przyjść, w ciszy pomyśleć, pograć, posłuchać muzyki, coś nagrać. Nadużywałem tam przebywania, tak więc nie chodzę (śmiech). W domu nie mam radia, muzyki słucham na telewizorze, co słabo brzmi, więc nie słucham. W sumie to jestem trochę przemęczony pracą nad tą ostatnią płytą. Pewnie za jakiś czas nabiorę ochoty, żeby znowu słuchać, komponować. Może... Nie wiem. 

PD: Na początku zeszłego roku mówiłeś, że gdy wydasz szykowane już wtedy Plagiaty, pewnie wszyscy się na Ciebie poobrażają... 

LJ: No tak, bo ci, którzy słuchają moich płyt są przyzwyczajeni do jakiś pokrętnych historii w aurze smutku i nawiedzenia, a tu nagle „Rower” – piosenka w miarę pogodna, z zupełnie innej baryłki. Inne utwory, przynajmniej w warstwie muzycznej - też bardziej do śmiechu, niż do płaczu. Nie przepadam za tym, żeby się spieszyć z płytą, a tu tak nagle pojawiły się terminy. Dobra, postanowiłem raz się z czegoś wywiązać. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że zabrakło dwóch tygodni do tego, żebym był z tej płyty tak do końca zadowolony. 

PD: Po Fiu, fiu... mówiłeś, że o polityce nie ma sensu już pisać, ale jednak do niej wracasz. 

LJ: A, bo mnie zdenerwowali. To co się dzieje, to żenada. Jestem w ogóle rozczarowany klasą polityczną, jakością polityki, którą ci ludzie uprawiają. Być może żyję utopiami, idealizuję trochę... W „Ave Hella” skrzeknąłem jedno i drugie o politykach, ale dalej uważam, że jeżeli ktoś chce się rzeczywiście zajmować polityką, to można sobie założyć partię polityczną albo zapisać, do takiej, którą uważamy, że warto by zreformować. A piosenki, cóż... Politycy nie słuchają piosenek, bo nie mają czasu na pierdoły. To trochę taka kolejna niemożność: chciałoby się coś zmieniać, widzi się jakieś tam niedostatki i błędy, a kończy się na kilku słowach w piosence. Bo niby co? Mam ośmieszać tych polityków, karcić? Do nich to na pewno nie dociera. Cykl produkcyjny eliminuje aktualność. Jakoś nie przypominam sobie piosenki, która zrobiłaby na politykach wrażenie. 

PD: Może utwory Pudelsów albo Kukiza? 

LJ: To pachnie populizmem. 

PD: Jak odbierasz to, co za sprawą papieża ostatnimi czasy działo się w Polsce? Jakie mogą być tego konsekwencje? 

LJ: Nie wiem, nie jestem futurysta ani prorokiem. Nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło. Nie byłem zachwycony nacjonalistycznym popisem w Watykanie. Mówię o polskich flagach. Nie wiem, czy bym poszedł na czyjkolwiek pogrzeb z flagą. Chyba, że pogrzeb Polski. Trudno mi o tym mówić, to rzeczy, które wykraczają poza moje kompetencje. Nie wiem, co się będzie działo, nie wiem też, jaki realny wpływ nauka papieża miała na społeczeństwo. 

PD: Może będzie miała? 

LJ: Nauka papieża to nauka Kościoła, to wiara, dogmaty i świadomość, że tak powiem, socjologiczna. 

PD: „Patriotyzm” równa się dla ciebie „nacjonalizm”? 

Dla mnie patriotyzm to uczucie na „czarną godzinę”, które ma obszary wspólne z nacjonalizmem. A od kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej to patriotyzm zaczyna być anachronizmem. Jeżeli mamy poważnie myśleć o następnych dwustu latach, to powinniśmy szukać takiej opcji, która da bezpieczeństwo, pozwoli nam się rozwijać, a nie sądzę, żeby dawał to patriotyzm. To po cholerę żeśmy do tej Unii się pchali? Skoro w niej jesteśmy, to czujmy się współgospodarzami. Nie widzę powodu, żeby wstydzić się swojej polskości, ale też nie widzę specjalnie powodu, żeby ją jakoś intensywnie manifestować. Dla mnie to, że jesteśmy w Unii jest dużą satysfakcją i fajną puentą dla naszych narodowych poczynań. Niemcy nie zapomnieli swojego języka, my też nie zapomnimy. Jeżeli intensywnie bralibyśmy udział w przedsięwzięciach europejskich i potrafilibyśmy wywalczyć sobie znaczące miejsce w tej Europie, to nie widzę w tym nic złego. Myślę, że nasz patriotyzm jest ciągle wymuszany, bo w układach państwowych jest burdel i podstawowe rzeczy nie są do końca wyjaśnione - chociażby Katyń. Rosjanie ciągle podejrzanie kombinują i sytuacja jest niejasna, Europa ogon pod siebie chowa i mówi: zróbcie coś z tym sami. A my sami nie jesteśmy w stanie znaleźć się na takich samych prawach, jak na przykład Niemcy, Anglicy czy Francuzi. Trzeba to sobie wywalczyć i walczymy - ciągle wracając do historii, które nas budowały. Trudno zapominać o wojnie, o Powstaniu Warszawskim, o powstaniach śląskich, o rzeczach z historii, które miały wpływ na nasz byt narodowy, kulturę, a w końcu i na nasze osobowości. Tyle że to, co mnie budowało, nie zawsze związane było z Polską, a czasami nawet z Europą. A wracając do nacjonalizmów, to są one pochodną bezradności społeczeństw wobec swoich nieudolności i wobec innych nacjonalizmów. Taka samonapędzająca się makabreska. Zamknięte koło, które kręci się od początku cywilizacji a rozpęd jego bierze się z egoizmu jednostki. Proste. 

PD: Mówisz, że twoje teksty są nieudolne literacko, nie przepadasz za swoim głosem, że nie czujesz się artystą, ani muzykiem. Co w sobie cenisz? 

LJ: (długa cisza) Nie przepadam za sobą. To jest chyba najlepsze, co we mnie jest. Może za ładnie to brzmi, ale tak jest. A reszta, to są jakieś tam esy-floresy. Dodatki. 

PD: Skoro nie czujesz się artystą, to czym jest artyzm? 

LJ: Nie wiem. Wiem, że to temat na dłuższy dyskurs, ale o czym my mówimy? O tym, że ktoś gdzieś tam w genach miał przekazaną wrażliwość na kształt i barwę w wypadku malarzy, na rytm, harmonię i melodie w wypadku muzyków a w wypadku pisarzy, poetów - na słowo... Wydaje mi się, że większość procesów twórczych nie jest niczyją zasługą. To samo się dzieje, więc nie widzę powodu, żeby wyróżniać kogoś szumnym mianem artysty. To takie słowo-wizytówka, która ma na celu powiedzieć: ten, to się nie zajmuje ślusarstwem, tylko sztuką - przez większe czy mniejsze „s”. Dla mnie słowo „artysta” zupełnie nic nie znaczy. 

PD: Ale sztuka już chyba tak? 

LJ: To też jest podejrzane. Dla mnie wartością jest to, że człowiek zmaga się ze swoją nieudolnością, a nie to, że ktoś ma jakieś predyspozycje i fajnie rysuje. Rysuje, bo ma jakieś tam spięcia w neuronach, które mówią mu: kreska powinna się skończyć w tym momencie, i to jest intuicyjne. Podobnie z muzykami – większość ludzi, którzy dobrze grają, robi to od niechcenia, zupełnie bezmyślnie, więc nie widzę powodu, żeby ich jakoś wyróżniać. Cenię intencję - jeżeli ktoś ma dar, to przyglądam się temu, jak on ten dar wykorzystuje, a za dar kogoś cenić? Trzeba by cenić tego, kto ten dar daje, a zazwyczaj są to geny przodków, czasami mutacja, czasami jakieś popierdzielenie... (śmiech) A że tłum ubóstwia kogoś, bo precyzyjnie wyraził za tysiące ludzi jakąś tam myśl, i jeszcze było to do śmiechu i mądre, to jakby osobna historia. Z mojego punktu widzenia artyści to często skazańcy, niewolnicy swoich umiejętności. Czasami tworzą świetne dzieła, a jako ludzie są beznadziejni, wręcz okropni. Ale średnio mnie to obchodzi - rzeczywiście przyglądam się bardziej dziełu i nie próbuję dociekać, jakim kto jest człowiekiem, bo parę razy się sparzyłem i lepiej tego nie wiedzieć. 

PD: Zastanawiałeś się nad tym, co jest istotą muzyki? 

LJ: Myślę, że to jest taka bezpośrednia transmisja emocji. Oczywiście, że tak jak wszystko, i muzyka ma pewne odmiany, gdzie eliminuje się emocje i robi się za pomocą jakiegoś algorytmu, ale myślę, że to, czym ja się zajmuję, to jest zupełnie pozawerbalna transmisja emocji. Asekurując się, dopisuję do tego teksty. Według algorytmu. 

PD: Czy układając je, masz uciechę z tego, jak inni będą się nad nimi głowić? 

LJ: W ogóle nie myślę o ludziach, kiedy piszę teksty. Po prostu coś tam piszę i próbuję, żeby było to nie do końca przygłupiaszcze i przynajmniej trochę zabawne. 

PD: Jak ważny jest dla Ciebie odbiorca? 

LJ: Żyję z tych swoich odbiorców, więc ma znaczenie kapitalne (śmiech). Ale z drugiej strony, kiedyś, kiedy z tego nie żyłem to też komponowałem, choć nie pisałem tekstów. Mój ukłon w stronę odbiorcy polega na tym, że z czasem do melodyjek zacząłem dopisywać teksty. Oczywiście, można by zabełkotać od czasu do czasu, onomatopeją jakąś polecieć i to też przechodzi - zresztą są na to przykłady w twórczości różnych ludzi. Odbiorca po prostu mnie utrzymuje, stawia mi takie życie, jakie mam i tyle. Ale nie działa taka zasada, że ja bardzo pilnuję tego, żeby zawsze było trochę wódki i dobre papierosy (śmiech), tylko szczęście. Jestem trochę rozpieszczony przez publiczność, bo zaczynając, pisząc pierwszy materiał, o ludziach w ogóle nie myślałem, a ludzie powiedzieli: tak, to jest to, czego chcemy słuchać. Więc poszedłem za ciosem: no dobrze, zobaczymy, czy to wytrzymacie. I znowu mi powiedzieli: tak, oto nasze pieniądze, rób to dalej. I tak jest do dzisiaj. Poza tym, wydaje mi się, że ludzie potrzebują nieoczekiwanych rzeczy... Sam szukam czegoś, co by mnie inspirowało, zapełniło jakoś czas w oczekiwaniu na Wielki Finał, więc ludzie pewnie działają na podobnej zasadzie. Nie sądzę, żebym był jakimś wielkim unikatem. Przede wszystkim sobie sprawiam frajdę i wierzę, że jakiejś tam grupie ludzi pewnie to też frajdę sprawi. 

PD: Rejestrujesz energię docierającą od odbiorców, która by Cię jakoś wzbogacała? 

LJ: Jeżeli mówimy o koncercie, to jest to taki powierzchowny kontakt, bo jak głośniej krzyknę, oni próbują mnie przekrzyczeć. Nie wiem, czy chcą mi pomóc, czy mnie wykończyć (śmiech). Ale rzeczywiście, jest taka dwustronna, choć dosyć powierzchowna emanacja energii. Dla mnie o jakimś kontakcie z publicznością świadczy to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby zapamiętać ileś tam tekstów. Ja mam poważne problemy z ich zapamiętaniem. Bawię się skojarzeniami, licząc na to, że ludzi bawią pewne skojarzenia. Rozwiązują krzyżówki na przykład, więc czemu nie mieliby gdzieś tam zapuścić oka w moje teksty, które też czasami są swojego rodzaju krzyżówką? 

PD: Czytając różne wywiady dziwiłam się, jakim zaskoczeniem dla Twoich rozmówców jest często Twój spokojny stosunek do śmierci, otwartość, z jaką mówisz, że jest ona częścią życia... 

LJ: To jest banał, bo niby co jest śmiercią? Czym jest ta śmierć? Ostatnio czytałem artykuł o pewnym rosyjskim uczonym, który jest na progu epokowego odkrycia. Spowoduje ono, że będziemy mogli przedłużyć sobie życie może nie w nieskończoność, ale na przykład dwudziestokrotnie. Nasze komórki utleniają się i mają to wpisane w kod genetyczny, którego działanie wystarczy przyblokować, a będziemy żyli Bóg wie ile lat. No pięknie, tylko niesie to ze sobą dramatyczne konsekwencje. Jeżeli zastanowić się nad tym chwilę, to nie wiem, czy nie jest to większa draka niż to, że umieramy. Oczywiście, większość ludzi lubi siebie, chciałoby pielęgnować swoją osobowość w nieskończoność, ale póki co, to z wiekiem się degenerujemy. A czasami jakość tego, co jest w stanie zaoferować bardzo stary człowiek, nie jest taką jakością, która - jak sądzę - pozwalałaby lepiej funkcjonować społeczeństwu. Uważam, że ta naturalna wymiana jest sensowna. Dowiadujemy się o niej chyba w piątej klasie szkoły podstawowej. Kiedy ja się o tym dowiedziałem, byłem trochę zdziwiony, jak to dziecko, ale po latach stwierdziłem, że rzeczywiście:



życie, które prowadzę, w naturalny sposób jest męczące. Nie ma w nim aż tak wielu rzeczy, które by mi mówiły: żyj w nieskończoność. Raczej jest dla mnie traumatyczne, więc nie widzę powodu, żeby je przedłużać. [dopisek L.J: Ciekawostka - symbol nieskończoności przypomina wstęgę Mobiusa. Ciekawe, ze podróż po niej jest nieskończona, a sama wstęga i owszem... A wracając do realiów] - oczywiście kombinuję, jak mogę, miotam się, żeby spowodować, aby było w miarę do przyjęcia, ale dla mnie życie polega na tym, żeby próbować być coraz lepszym, niż się jest. Windować się coraz wyżej, robić jakieś małe kroczki, żeby lepiej zrozumieć świat, a przede wszystkim siebie. A to jest męczące. Może są tacy, dla których nie jest, ale z mojego punktu widzenia życie w nieskończoność jest pozbawione sensu. To nie jest już życie, trzeba by znaleźć jakiś nowy termin, który by coś takiego określił. Może coś z terminologii religijnej... 

PD: W jednej z rozmów mówiłeś, że bardzo chciałbyś doznać objawienia i uwierzyć w Boga. Naprawdę chciałbyś? 

LJ: Obserwuję ludzi wierzących i chyba lepiej im się żyje. Mam wrażenie, że wiara przyjemnie ich oszałamia. Przynajmniej takie wrażenie sprawiają i tak o tym mówią ludzie, którzy znaleźli sens tego wszystkiego. Jeżeli można tego doświadczyć, to dlaczego nie? Chciałbym coś takiego przeżyć, a wyboru dokonałbym później. Może gdybym czegoś takiego doświadczył, nie byłoby już szansy na wybór, i to kolejna ciekawostka. To trudne sprawy, szczerze mówiąc nigdy nie przejmowałem się Bogiem, nie myślałem o tym za dużo. A mój największy sukces to piosenka „Jezu, jak się cieszę” (śmiech). Żyjąc w tym kręgu kulturowym trudno nie myśleć o chrześcijaństwie, a jak się przyjrzeć religiom będącym w opozycji, to okazuje się, że mają bardzo wiele ze sobą wspólnego. Więc czasami w piosenkach pojawia się Bóg. Podejmując taki temat liczę po prostu, że jestem komunikatywny i tyle. Na co dzień nie jest to temat, który mnie jakoś tam specjalnie zaprząta. Tematem jest jak godzić egoizmy... 

PD: Miłość? 

LJ: No właśnie. Myślę, że miłość to coś, dzięki czemu cywilizacja w ogóle istnieje, szlag jej nie trafia, czyli nie dokonała samounicestwienia. Jesteśmy od niej uzależnieni. Miłość jest nieodzowna. Tak samo jak śmierć buduje nasze człowieczeństwo, tak i miłość jest takim drugim, równie ważnym elementem. Balans pomiędzy nimi pozwala nam funkcjonować. 

PD: Od bardzo wielu lat dzielicie z Bożeną życie prywatne, jak i zawodowe. Jak Wam się to udaje? 

LJ: Brzmi to tak, jakby trwały związek był patologią. No rzeczywiście z boku wyglądamy, jak ckliwa laurka: pani Bożenna na szksypczach, pan Lesław na basiku. Czasami nie jest tak słodko. Kiedy miałem 15 lat myślałem, że jeżeli mam siebie lubić, to powinienem dokonywać takich wyborów, których bym nigdy nie żałował. Oczywiście te wybory nie były poparte jakąś wielką wiedzą, bo trudno oczekiwać od szesnastolatka, żeby miał jakąś niesamowitą wiedzę, ale młodzi ludzie mają dużą intuicję. Poza tym potrafią być bezwzględni wobec innych ludzi, a przede wszystkim wobec siebie. I dokonałem takiego wyboru, który był sensowny. Robię w tym momencie z siebie Króla Wyborów, ale miałem też odrobinę szczęścia. Potem to jest już, prosto nazywając, ciężka praca nad tym, żeby związek się rozwijał, żeby ciągle miał jakąś tam perspektywę. I z szacunku dla drugiej osoby, również z ładnie nazywając, uwielbienia - pilnuje się tego, żeby ten związek działał. To nie jest sielanka, ale ja mam z tego dużo frajdy. Mam nadzieję, ze Bożena też. Większość moich znajomych się porozwodziła: może złe wybory, może są gnuśni, może im się nie chce pilnować związku... Nie wiem. Jeżeli chodzi o nasz układ, to jesteśmy chyba szczęśliwi. Cud! (śmiech)

Warszawa, 18 kwietnia 2005
/pd/


Lech Janerka - Jestem skończony
ANEKS, dodatek do Trybuny - 27.05.2005

3.01.2003

Maciej Maleńczuk - Drganie, czyli wibracja


Muzyk, wokalista, poeta, kontestator i skandalista Maciek Maleńczuk opowiada o najnowszej płycie "Wolność słowa" i nie tylko...

Patrycja Długoń: Po pierwszym przesłuchaniu płyty ‘Wolność słowa’ najbardziej utkwił mi w pamięci utwór ostatni – „Hoży Ambroży”.

Maciej Maleńczuk: Zawsze na płycie Pudelsów jest co najmniej jeden utwór awangardowy. Tym razem chciałem, aby była to parodia muzyki poważnej, która doszła do bardzo wysokiego zadęcia. Po prostu zależało mi na tym, aby udowodnić, że ja – zwykły narkoman i rockman – też potrafię zrobić symfonię. Tylko, że za pomocą komputera. Współdziałała z nami słynna Orkiestra Sedlaczka, która wydała siedem płyt ze wszystkimi typowymi zagrywkami symfonicznymi. Sprzedają je didżejom na całym świecie, którzy do tego elektroniczne dźwięki muzyki tanecznej. Skleiliśmy coś takiego i wiele osób przybiło nam za to piątkę. 

PD: Zaintrygowała mnie też banderola umieszczona na pudełku płyty, do złudzenia przypominająca logo Gazety Wyborczej…

MM: Wymyśliła to firma. Może wyglądać na to, że jesteśmy po stronie Gazety Wyborczej, ale my nie jesteśmy po żadnej stronie, choć oczywiście wolę Michnika od Urbana. Staramy się wszystkim przywalać po równo.

PD: Po równo przywaliłeś właśnie w tytułowej piosence „Wolność słowa”, która w formie dziecięcej wyliczanki obśmiewa elity polityczne… Oglądasz teraz przesłuchania sejmowej komisji śledczej?

MM: Jakoś nie mogę ostatnio trafić. Jestem troszeczkę zagoniony, ale kilka razy widziałem. Generalnie wiadomo, kto kłamie – kłamią wszyscy. Łącznie z Michnikiem, niestety. „Nie mogę sobie przypomnieć, czy rozmawiałem na ten temat z Kwaśniewskim, czy nie”. No jak możesz sobie nie móc przypomnieć?! Ha, ha, ha! Akurat! Jest to festiwal hipokryzji. Gówno wpadło w wentylator i wszystko wylazło na wierzch. Nie da się już dłużej robić machlojek pod stołem.

PD: Myślisz, że się nie da?

MM: (długa pauza) Wiesz co, ja mam ciągle taką dziwną nadzieje, że jednak nie wszyscy ludzie, którzy są w strukturach władzy, to dranie, kombinatorzy, karierowicze, dupowłazy i kłamcy. Mam nadzieję, że są gdzieś między nimi ludzie, którym leży na sercu dobro kraju. Ostatnio widziałem rozmowę z Rokitą, który mówił coś takiego: proszę Pana, w tej chwili dla polityka sprawą najważniejszą jest sprawa popularności. A ja pytam, czy aby czasem to nie dobro kraju powinno być najważniejsze dla polityka?! O tym się już w ogóle nie mówi. Gdyby wziąć dwóch hipotetycznych kandydatów i jeden by mówił: będę kradł, brał łapówki, jestem niewykształconym cwaniakiem, który chce dostać się do Sejmu po to, żeby kombinować; a drugi: będę mówił tylko prawdę, wszelkie próby korupcji ujawnię i zależy mi na dobru kraju - to podejrzewam, że pierwszy dostałby w wyborach 15 procent, a drugi 0.15%. Myślę, że cała ta masa wyborcza, która idzie głosować - to tylko ogłupiony tuman, który daje się kołować. Mam wrażenie, że w tej chwili powstaje w Polsce system, który należy obalić. 

PD: A nie uważasz, że właśnie do istoty polityki należy jej zakłamanie i ogłupiane masy? Im przystojniejszy kandydat - tym ma większe szanse…

MM: Mówisz o Stanach Zjednoczonych, bo u nas wygląda to troszeczkę inaczej: ludzie o inteligentnych twarzach i miłych, szczupłych sylwetkach dostają bardzo niskie poparcie. O wiele lepiej sprzedają się buraki, bo są podobne do większości ludzi w tym kraju. Ktoś taki jak Lepper... Wydaje mi się, że jego intencje nie do końca są dobre i nie jest to człowiek, któremu dobro kraju leży na sercu. A jednak poparcie mu rośnie. Zwycięzcą pierwszej edycji Big Brothera był pracownik straży miejskiej – burak do 10-tej potęgi! Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie on wygrał. Tak to niestety wygląda: po prostu musisz upodobnić się do jak największej grupy obywateli. 
U nas również solarium wchodzi w grę, ale najbardziej się obawiam, że po solarium kolega biegnie na angielski i planuje zająć miejsce w strukturach europejskich. Szczerze się ubawię, kiedy usłyszę Leppera mówiącego po angielsku. W Polsce nie można uwierzyć w wiele rzeczy, a te rzeczy jednak się dzieją. Więc może nawet dojdzie do tego, że Lepper zasiądzie w europejskim parlamencie! Kto wie?

PD: Nadal uważasz, że socjalizm ma przyszłość?

MM: Prawdziwy socjalizm jest reakcją na kapitalizm, a kapitalizm to wyzysk. W kapitalizmie chodzi o to, żeby uzyskać jak najwyższy przychód - jak najniższym kosztem. Jak można za 900 złotych zebrać wszystko do kupy? Ja tego nie widzę. Uważam, że chleb, mleko i tramwaje powinny być za darmo. I nasze państwo stać na to. Malwersanci wyciągają z budżetu dużo większe pieniądze. Niestety prawdziwy socjalizm nie ma nic wspólnego z SLD.

PD: Czyli odejście od gospodarki rynkowej jest możliwe?

MM: Nie, ale wydaje mi się że można by to jakoś połączyć. Właściwie jestem socjalistą, ale nie mam sposobu. Socjalizm, który mieliśmy, nie był dobry, wszyscy tęskniliśmy do świata kolorowych reklam. Żyliśmy sobie tak troszeczkę, jak u wujka Stalina za piecem. Każdy miał jakieś kartki na jedzenie, jakieś bloczki na obiady, mieliśmy dużo czasu na czytanie książek, nie mieliśmy samochodów. Kwitła poezja, kwitły kabarety, ale życie doczesne było bidne. Chcieliśmy świata kolorowych reklam i teraz go mamy, więc spróbujmy tego nie stracić. Chodzi o to, żeby się nie wpierdolić w kolejny system, który nas będzie poniżał. A dzisiejszy kapitalizm nas poniża. Jeszcze raz nawołuję do rewolucji w Polsce. Trzeba ten system obalić. Jak to się robi, Adam?

PD: Zostawmy politykę…Powiedz, jak się czujesz w nowej rzeczywistości na rynku muzycznym?

MM: Mówisz o clubbingu i hip hopie?

PD: Nie, mam na przykład na myśli komercyjną wytwórnię Warner, dla której nagraliście płytę.

MM: Prawda jest taka: ja się dobrze odnalazłem. W socjalizmie grałem na ulicy. Nie mogłem zdobyć weryfikacji, a bez weryfikacji wtedy nie dostawało się pieniędzy za granie po klubach. Byłem maksymalnym outsiderem. Zagrałem na Rawie Blues i tam się podobałem, dostałem jakąś nagrodę… Grałem trochę po empikach z zespołami country, ale to też jest przecież blues. Później przyszła rewolta, skończyło się nawet uliczne granie. W nowej Polsce miałem trzy lata głodu. Kombinowałem z kapelami, ale musiałem kupić wzmacniacz, zejść z gitary akustycznej na elektryczną… Okazało się, że nie umiem grać solówek, zacząłem je ćwiczyć dopiero po trzydziestce. Pytałem się nawet pana doktora, czy w ogóle w takim wieku można opanować przebieranie palcami po gryfie, a on powiedział, że spokojnie. I faktycznie – można. Zrobiłem Homo Twist w Music Corner, która jest niewielką wytwórnią, aż w końcu przyszedł czas na większą. Jest to naturalna kolej rzeczy, o to walczyliśmy. Dla Pudelsów dzisiejsza sytuacja jest lepsza niż w latach 80., gdzie naprawdę nie szło już ani grać, ani wydać płyty. I trzeba się było zwrócić do Kory, żeby w ogóle ten zespół mógł zaistnieć. A w tej chwili sprzedamy może nawet więcej niż Kora… 

PD: Czy musiałeś iść na kompromisy?

MM: Były momenty, kiedy proszono mnie o kompromis. Kiedyś nagrywałem piosenkę „Twist Again”, i przyszedł do mnie gitarzysta Olaf Deriglasoff, który miał niemiecki paszport, i powiedział: Maciek, czy mógłbyś wykreślić z tekstu słowa: „Niemców nienawidzę od dziecka”? Potem przyszedł do mnie perkusista Arturo, któremu cały czas były potrzebne pieniądze, i powiedział: „Maćku, czy nie mógłbyś wykreślić hasła „Nie obchodzi mnie zysk”? (śmiech) Nie dałem się na to namówić. A z Pudelsami było tak: Maciek, śpiewasz, że „piękna była ta dziewczyna, miała na imię heroina”, wykreśl tę heroinę i wstaw tam Karolinę albo Halinę…. Też się nie dałem na to namówić.

PD: Z Pudelsami nie grałeś trzy lata, może jednak jakieś kompromisy były konieczne?

MM: Nie o to chodzi. Jak się Pudelsi ostatnio zeszli, to na dzień dobry stwierdziliśmy, że zrobimy wazeliniarską płytę., „radio friendly”, nie podskakujemy, nic nie fikamy, robimy ładnie i ślicznie, żeby nas puszczali w radiu, żeby były z tego ZAIKS-y i żeby wyjść z długów, które już wszyscy mieliśmy. Generalnie był zakaz skandalu. Utwór „Wolność słowa” w żadnym wypadku nie był brany pod uwagę jako numer promujący, ale jak zobaczyłem Rywingate, powiedziałem, że to wszystko to promocja Pudelsów i musimy ten numer wpuścić. I momentalnie zrobił się skandal. Także w przypadku płyty „Wolność słowa” sami na początku byliśmy zdecydowani na kompromis. Ale nie wyszło. Kompromis był tylko przy okładce: na tylnej stronie jest damska pupa, to zdjęcie na początku było inaczej skadrowane. Firma Warner zadzwoniła do mnie błagając, żeby to zmienić. A to był akurat tyłek mojej małżonki, więc nawet nie odważyłem się jej o tym powiedzieć. Ale wreszcie przekadrowano to zdjęcie.

PD: Dwadzieścia lat temu wyszedłeś z więzienia, w którym siedziałeś za odmowę służby wojskowej. Jak dziś ważne są dla Ciebie tamte 18 miesięcy?

MM: Bardzo się to we mnie wryło. W dużym stopniu ukształtowało to moją bajerę: umiejętność konstruowania skomplikowanych bukietów, bo to już nie są wiązanki, to już jest coś więcej. Potrafię kląć przez kilka minut. Poza tym nauczyłem się robić skręty z gazety i kontrolować to, co mówię. Tam trzeba bardzo na to uważać. Na przykład jak powiesz: przepraszam, ale mnie pchnąłeś, to już kwalifikuje się na dziesięć klepek w dupę, bo nie możesz użyć tego słowa. Tam trzeba uważać nawet na to, czego się dotyka: są krany których możesz dotknąć i takie, których nie możesz; te drugie odkręcasz tylko nogą, musisz to wiedzieć… Niczego więcej chyba się w więzieniu nie nauczyłem. No, poznałem jeszcze Mirka Janowskiego, ale to już inna historia. 

PD: Skąd przyszedł Ci do głowy pomysł, żeby wziąć gitarę do ręki i zacząć śpiewać?

MM: Wszystkie te decyzje podjąłem w więzieniu. Wcześniej byłem wielkim fanem muzyki, szczególnie jazzu awangardowego, który był bardzo mocny w latach 80. Pamiętam, że Coltrane’a wypadało słuchać dopiero z okresu po roku ’65. W tej chwili słucham jazzu tradycyjnego z lat 30., bo jest genialny ale nie w tych obecnych okrętowych aranżacjach. Na starych trzeszczących nagraniach – to był prawdziwy jazz! Nie myślałem wtedy że będę muzykiem, ale w więzieniu zainteresowałem się bluesem i gospel. Miałem robotę przy prasie hydraulicznej, którą cholernie lubiłem. Zacząłem sobie śpiewać work songi, bo się okazało, że jak śpiewam, to mi lepiej robota idzie. Wszyscy pytali: coś ty taki wesoły? A ja wcale nie byłem taki wesoły. Po prostu lepiej się pracuje, jak się śpiewa, i Murzyni to wiedzieli: uzbierali w ten sposób nie jedną belę bawełny.

PD: A jak taki kilkunastoletni rozrabiaka, jakim byłeś, zainteresował się w ogóle muzyką?

MM: Pamiętam, że kiedy miałem 6 czy 8 lat, moja babcia miała radio Pionier. Zajebiste, przedwojenne radio lampowe. Takie radia mają specyficzny dźwięk – obciętą górę i soczysty środek. Kiedyś w tym radiu usłyszałem dźwięki przesterowanej gitary i nie był to Hendrix, tylko John McLaughlin i Mahavishnu Orchestra. Muzyka jest sprawą intuicji i ciała. Natomiast cała moja poezja i działalność pozamuzyczna wyniknęły z przypadku. Po prostu był potrzebny tekst i ktoś go musiał napisać. Nigdy nie chciałem się obarczać takim umysłowym kieratem, jak bycie poetą. 

PD: Powiedziałeś kiedyś: „Muszę być rozsądny, żeby moje słowa odniosły skutek. I myślę, że odnoszą.”. Jaki?

MM: Trzeba być wiarygodnym. Jeżeli nauczycielka altówki z ogniska muzycznego powie, że rock’n’roll to syf, to nie będzie wiarygodna. A jeżeli ja powiem, że rock’n’roll to syf, to będę wiarygodny – bo robię rock’n’rolla. Jeżeli jesteś poetą, to musisz żyć życiem poety: nie można jednocześnie pisać dobrych wierszy i jadać w najlepszych restauracjach, chodzić w drogich ciuchach i funkcjonować jako członek elity. Poeta musi być do pewnego stopnia zapity, zepchnięty na margines, zaszczuty, musi mieć przechodzoną marynarkę i przemoczone buty, bo dopiero wtedy jest wiarygodny. A jak ktoś zza biurka smaży eseje, to nic jamby i trocheje.

PD: Sam mówiłeś ostatnio, że jako czterdziestolatek zwolniłeś tempo… Czyli jesteś „mniej poetą”?

MM: No nie. Czy ja zwolniłem tempo? Sam się nad tym zastanawiam. Niekoniecznie. Czasem się zwalnia, czasem przyspiesza. Nie chcę powiedzieć, że jestem kompletnie trzeźwym człowiekiem. Zapewniam Państwa, że nadal żyję życiem poety. Nie zacząłem chodzić do kościoła, nie przestawiłem się na typowego tatusia. Jestem tatusiem-poetą, co niekoniecznie musi przekładać się na właściwe wychowywanie dzieci. A ja chcę udowodnić, że jednak się da. Będę tym bardziej wiarygodny, jeżeli jeszcze przy okazji uda mi się dzieci odchować, nie porzucę rodziny, nie zaćpam się przedwcześnie i nie narobię jakiegoś libidalnego bigosu.

PD: Powiedziałeś kiedyś, że „artysta, żeby sprzedać swoją sztukę, musi dobrze pozować”. Różne ploty o Tobie słyszałam… Jesteś pozerem?

MM: Tak powiedziałem? No, no… Do pewnego stopnia tak. Ale jeżeli mówię bez przerwy o libido, to wcale nie jest tak, że bez przerwy ćwiczę jakieś panny. Do pewnego stopnia kreuję swój wizerunek., przekazuję jakąś tam prawdę o sobie, ale często ją wyolbrzymiam. Po to, żeby po prostu trafić toporem. Tak naprawdę jest to topór z gumy, nie rozwali ci głowy ale otrzymasz cios. Ludzie łatwo na to idą. Bardzo łatwo robi się w Polsce skandal. Czasem aż za łatwo. 

PD: Plany na przyszłość?

MM: Następną płytą będzie muzyka z mojego przedstawienia „Cantigas de Santa Maria”. Chcę też reaktywować w nowym składzie Homo Twist i specjalnie na ten skład napisać piosenki. Zanim usiądę do pisania, chcę z nimi pojechać w trasę, żeby mi kapela okrzepła bo to będą znowu nowi ludzie. Mam też gigantyczny poemat nad którym ciągle pracuję i wyrównuję. Nazywa się „Chamstwo w państwie” i leży w jednym wydawnictwie. Chcą to wydać i nasłali na mnie korektora Marcina Niziurskiego, syna słynnego Edmunda Niziurskiego, który uświadomił mi, że ja nie mam pojęcia o stopie! Umiem rymować, ale nie liczę stopy. Jako śpiewak, zawsze zdążę – tu rozciągnę, tu ścisnę i się zmieszczę. Ale to jest poemat, forma samoistna, więc powinno być równo chociaż w obrębie jednej zwrotki. Ruszyłem więc znowu do boju i zaczynam poprawiać. Na razie to wydam, a w przyszłości być może zrobię z tego większą formę – nagram utwór, który będzie trwał półtorej godziny, bo tyle chyba trzeba, żeby te 150 wersów powiedzieć jednym ciągiem. Fajnie byłoby mieć na swoim koncie płytę, na której jest tylko jeden kawałek.

PD: Próbowałeś kiedyś zdefiniować muzykę?

MM: Gdyby się ją dało zdefiniować, to po co ją grać? Muzyka definiuje sama siebie. Jest to na pewno drganie, a więc wibracja. A dziewczyny to lubią! Szczególnie jak są to właściwe wibracje.
/pd/


Maciej Maleńczuk - Drganie, czyli wibracja
Aneks, dodatek Trybuny - 1.03.2003
TEXT