10.22.2012

Karaiby w Podróżach - Chopin na rajskich wyspach

Karaibskie archipelagi skrywają wiele niespodzianek. Zaskakują antylskimi mazurkami, czarują pirackimi opowieściami, a morską tonią otulają podwodne miasto. 

Na Karaiby dotarłam najbardziej ekonomicznym środkiem podróży, jakim jest jachtostop. Miał być to jedynie przystanek w rejsie dookoła świata, spędziłam tam jednak 5 lat swojego życia. Mieszkając i pomagając na pokładach przeróżnych jednostek, coraz dogłębniej poznawałam ten bajeczny zakątek świata, w międzyczasie sama stając się armatorką i współwłaścicielką niespełna dziewięciometrowego jachtu YouYou
Karaiby to wiele maleńkich państw na kilku archipelagach. Choć wyspy zmagają się z wieloma problemami ekonomicznymi, społecznymi czy politycznymi, i tak można je nazwać rajem na ziemi. Tu cały rok można mieszkać pod palmą na plaży – żar tropików sprawia, że pełen komfort znajdujemy w cieniu, smagani jednostajną bryzą lub zanurzeni w turkusowej wodzie. W obydwu sytuacjach najlepiej ze szklanką pełną szemrających kostek lodu.

Antybohater?

Gdy w XV w. przywiało tu Krzysztofa Kolumba, ten szczególny zakątek ziemi zamieszkiwało aż 70 różnych plemion. Dla dzisiejszych mieszkańców Karaibów słynny żeglarz nie jest więc żadnym „odkrywcą” ani tym bardziej bohaterem – jego działania zapoczątkowały przecież kolonizację regionu, przyczyniając się do wymarcia rdzennej ludności i zastąpienia jej w dużej mierze afrykańskimi niewolnikami. Istnieje teoria, że społeczeństwa pamiętają ostatnie z najtrudniejszych wydarzeń w swojej historii. Jako że działania II wojny światowej były raczej marginalne na tych terytoriach, najbardziej aktualną tragedią dla lokalnej społeczności pozostaje niewolnictwo. To bardzo drażliwy temat, wolałam więc nikomu nie wspominać, że Polacy również mieli swoją karaibską kolonię – Tobago. Tak, tak! Przez ponad pół wieku Polacy byli posiadaczami „raju na ziemi”, a to za sprawą księstwa Kurlandii (położonego na obszarze dzisiejszej Łotwy, a powstałego wskutek rozwiązania zakonu kawalerów mieczowych w XVI wieku). W chwili, gdy stało się ono lennikiem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, będące w jego posiadaniu terytoria zamorskie były podległe polskiej koronie. Z czasem obywatele Nowej Kurlandii zostali wyparci przez osadników holenderskich, a następnie angielskich.

T jak tandem

Dziś Tobago wraz z Trynidadem współtworzy jedno państwo, lokalnie nazywane po prostu „Trini”. Słodkie Tobago z powodzeniem urzeczywistnia cliché Karaibów – urocze zatoki z białymi plażami, palmami i turkusową wodą. Większy Trynidad – na który ściąga brać żeglarska z całego świata, głównie ze względu na jego położenie poza pasem huraganów – niemal dotyka kontynentu, którego niegdyś był częścią. Znajdziemy tu ogromny rezerwat ptaków i największe na świecie naturalne jezioro asfaltowe (sic!). Możemy także zostać świadkami składania jaj na plaży przez żółwie skórzaste – największe na świecie, których waga dochodzi do 1 tony, a długość życia wynosi nawet 100 lat.

Piraci z Karaibów

Trynidad w wielu aspektach podobny jest do Jamajki. Wysokie góry z wodospadami i wybujałą zielenią sprzyjają nielegalnym uprawom. Stolice obydwu wysp – Kingston i Port of Spain – zajmują pierwsze miejsca w rankingu najniebezpieczniejszych miast na Karaibach. W gazetach często pisze się o zabójstwach – na szczęście dla turystów, głównie dotyczą one porachunków pomiędzy gangami, gdyż i tu i tam handel nielegalnymi substancjami kwitnie. Otwarcie mówi się o korupcji, szczególnie na Jamajce, gdzie rząd w świetle reflektorów dopuszcza się czasem rażącego łamania prawa. Tak stało się na przykład podczas zamieszek w maju 2010 r., kiedy próbowano pojmać barona narkotykowego Christophera „Dudus” Coke’a i na kilka dni otoczono kordonem spory fragment slumsów Tivoli Gardens. Zginęło wtedy – według rządowych źródeł – ponad 70 osób, a mediom nie pozwolono na niezależną relację z tego wydarzenia.
Na wodach eksterytorialnych w okolicy Trynidadu można natknąć się na piratów. Właściciele jachtów przepływających wzdłuż wybrzeża Wenezueli w kierunku Kanału Panamskiego od brzegu trzymają dystans co najmniej 5 mil morskich, a w nocy nie włączają świateł nawigacyjnych, by zmniejszyć prawdopodobieństwo nieprzyjemnych odwiedzin (problem ten nie dotyczy czarterów, które są organizowane jedynie na bezpiecznych wodach).
Na samej Jamajce piractwo na szczęście dotyczy czasów zamierzchłych. Odseparowany od głównego lądu cypel mieści pozostałości po miasteczku Port Royal, które przez długie lata cieszyło się opinią najdzikszego zakątka na ziemi – w celach handlowych oraz rozrywkowych przypływali tam piraci z całego świata (nawet z Madagaskaru!). Niechlubna sielanka przerwana została trzęsieniem ziemi, które 7 czerwca 1692 r. spowodowało zapadnięcie się pod wodę prawie całego miasta. Nurkując, wciąż można dostrzec pogrążone w morskiej toni wieże kościoła. Dziś miejsce to cieszy się zgoła inną sławą – zamknięta społeczność rybacka zamieszkująca półwysep chwali się, że tworzy najspokojniejsze i najbezpieczniejsze miejsce na wyspie, gdzie nawet gdy zaśniesz z portfelem beztrosko leżącym na stoliku, nikt go nie zabierze.
Poszukujący silniejszych wrażeń mają szansę na oryginalny nocleg w środku stołecznych slumsów. Kiedy poznałam przesympatycznego, wychowującego dwójkę dzieci wokalistę i kompozytora o imieniu Casa, który wykorzystując ideę coachsurfingu wpadł na pomysł rozkręcenia lokalnej przedsiębiorczości, nie mogłam się nadziwić, jak przyjaźnie, bezpiecznie i wygodnie można czuć się w sercu najbiedniejszej dzielnicy najbardziej niebezpiecznego miasta na Karaibach.

Polska w tropikach. 

Interesujące jest odkrywanie polskich korzeni na karaibskich wyspach. Na Jamajce znajdziemy wiele śladów po kapitanie i malarzu Michale Leszczyńskim, na wyspie znanym jako Michael Lester. W wiosce Belmont odwiedzić można Lester Art Gallery – jego dawny dom, urokliwie przyklejony do wzgórz okalających Zatokę Montego. Obrazy Leszczyńskiego znajdują się w wielu kolekcjach w Europie i Ameryce, podczas gdy w Polsce najprawdopodobniej zachowały się jedynie cztery.
Z kolei na Puerto Rico i Brytyjskich Wyspach Dziewiczych nadal żywa jest pamięć o Władysławie Wagnerze, pierwszym Polaku, który pod żaglami okrążył kulę ziemską z polską banderą. Dlaczego pamiętają go na wyspach, a w kraju jego nazwisko nieznane jest często nawet żeglarzom? Po zatoczeniu wielkiego kręgu, w drodze do Polski, Wagnera zaskoczył wybuch II wojny światowej. Po 1945 roku nie powrócił do kraju, komunistyczne władze próbowały więc wymazać jego nazwisko z kart historii. Na Karaibach Wagner wsławił się ważnymi osiągnięciami; jako pierwszy budował domy z kamienia, a do jego dzieł zalicza się również pas startowy dla samolotów. Przypadające w 2012 roku trzy okrągłe rocznice związane z polskim pionierem – 20. śmierci (15 września), 80. wyruszenia w historyczny rejs (8 lipca) i 100. rocznica urodzin (17 września) sprawiły, że rok 2012 ogłoszono w Polsce Rokiem Wagnera i zorganizowano szereg uroczystości, m.in. największy w historii zlot żeglarzy polskich i polonijnych na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Miejsce, w którym odsłonięta została tablica pamiątkowa ku jego czci (Bellamy Cay na Beef Island – więcej na www.wladyslaw-wagner.blogspot.com) jest wyjątkowo piękne i z pewnością warto o nie zahaczyć podczas urlopu.
Największą niespodzianką w odkrywaniu polskości w tropikach jest wyspa Curaçao, gdzie włączając radio można często usłyszeć muzykę Fryderyka Chopina. Jak czytamy w książce Jana Brokkena „Dlaczego jedenastu Antylczyków klęczało przed sercem Chopina?”, jego muzyka docierała tu drogą morską, wraz z dopływającymi na koncerty solistami. Chopin tak głęboko poruszał serca mieszkańców, że zdolni lokalni kompozytorzy (których tu, o dziwo, nie brakowało), zaczęli tworzyć własne, antylskie mazurki. Podstawową różnicą pomiędzy polskimi i karaibskimi kompozycjami jest tempo, jako że na Curaçao przy nich tańczono. W każdym domu właściciela ziemskiego znajdowało się pianino i wszystkim spotkaniom towarzyskim wtórowała muzyka na żywo. Czasem o dostęp do klawiatury trzeba się było prawie bić! Pomieszczeń nie budowano zbyt przestronnych, a przyjęcia odwiedzano licznie. Aby wszyscy chętni pomieścili się na parkiecie, pary musiały wykonywać bardzo drobne kroczki. Faktem jest, że słuchając antylskich mazurków ma się przyjemne złudzenie, że właśnie tutaj, w tropikach, dusza Chopina odnalazła swój raj.
Na wyspie stanąć ma pomnik autorstwa polskiej artystki Jolanty Izabeli Pawlak, która wykonała sugestywną rzeźbę w glinie na uroczysty koncert z okazji 200 urodzin kompozytora.

Kubański skansen 

Wędrując dalej muzycznym tropem, dotrzemy do wszechobecnego na Karaibach reggae i Boba Marleya. Jego muzyka oraz trzy kolory kultury rastafariańskiej, z której reggae się wywodzi, obecne są prawie na każdym kroku długiego łańcucha wysp karaibskich, nawet na Kubie, znanej ze zgoła innego klimatu, rodem ze słynnego Buena Vista Social Club. Głównym ośrodkiem rastafarian na tej wyspie jest Santiago de Cuba. Jak przyznaje jeden z członków Kubańskiego Ruchu Rastafarai, wszyscy właściciele dreadloków na wyspie regularnie spotykają się z dyskryminacją ze względu na swe przekonania i odrębną kulturę. Choć on i jego koledzy są muzykami, a źródło reggae – rytm nyabinghi – bije w ich sercach mocno, nie mają prawie żadnych szans, by publicznie dzielić się swoją twórczością – nie dostają pozwoleń na koncerty, a ich piosenki nie są emitowane w mediach.
Eksplorowanie Kuby trochę przypomina przenosiny w czasie. Lepiej się przyzwyczaić do irytujących urzędników oraz ton papierków do wypełniania. Każdego poruszą puste półki sklepowe i ogólna bieda. Zmiany społeczno-polityczne zachodzą również i tu, jednak ogromnym kosztem godności mieszkańców i w bardzo wolnym tempie. W takim kontekście tym bardziej dziwi i zachwyca powszechna serdeczność Kubańczyków.

Na Dominikanie rozwieś hamak. 

Drugim co do wielkości państwem Karaibów, które również swoją popularnością spokojnie może konkurować z Kubą, jest Dominikana – kraj rządzony kiedyś przez Hiszpanię. Zajmuje część wyspy Hispaniola, dzieląc ją z Haiti, niegdysiejszą kolonią francuską (w podobny sposób podzielona jest na Karaibach jeszcze jedna wyspa – St. Martin). Dominikana jest bardzo zróżnicowana; znajdziemy tu zarówno żyzne doliny Cibao, jak i połacie pustyni czy jezioro Enriquillo, położone najniżej w regionie. Głównym źródłem utrzymania mieszkańców jest turystyka, co pozwoliło uniezależnić się gospodarce kraju od handlu cukrem i kawą. Ekonomicznie wyspa jest bardzo związana ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą. Infrastruktura turystyczna prężnie się rozwija – jeszcze w tym roku otwierają się tam nowe hotele (w leżącej na wschodzie wyspy Punta Cana), rośnie liczba lotów, zarówno przez ocean, jak i lokalnych linii Air Caraibes. Do sierpnia tego roku Dominikanę odwiedziło już 3,2 mln turystów. W planach jest także zmodernizowanie infrastruktury brzegowej tak, aby mogła przyjmować wielkie statki wycieczkowe. Wyspa rozwija się też w innych dziedzinach; już niedługo powstanie tu największa w Ameryce Łacińskiej elektrownia słoneczna. Mieszkańców nie omijają światowe trendy – ponad jedna piąta społeczeństwa to użytkownicy Facebooka.

Biały żagiel, plaża i surferzy. 

Dominikana ucieszy nie tylko typowych plażowiczów, dla których nie brakuje miejsc na kąpiele słoneczne wśród palm (wystarczy udać się do Punta Cana, Bavaro, Bayahibe czy Las Terrenas, a w poszukiwaniu całkowicie dziewiczych zakątków na półwysep Barahona). Wielbiciele zmagań z falami – surferzy – mają do wyboru Puerto Plata, Cabarete, Luperon, Sosua, Juan Dolio czy półwysep Samana. Sympatycy fauny i flory z pewnością nie zapomną wizyty w Parku Narodowym Jaragua, który jest największym obszarem chronionej przyrody na całych Karaibach. Znaczną powierzchnię wyspy zajmują góry, włącznie z Pico Duarte, najwyższym szczytem West Indies, czyli Indii Zachodnich. Spędzając wakacje na wyspie, pamiętajcie koniecznie o wycieczce do któregoś z kilkudziesięciu zapierających dech w piersiach wodospadów. Nie zawsze łatwo się do nich dostać – w zależności od posiadanych finansów można się tam wybrać konno, motorem lub dżipem, a niejako przy okazji zaliczyć spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece. Wybrzeże, głównie południowe, sprzyja żeglarstwu – oferuje wiele przepięknych i dzikich zatoczek, gdzie bezpiecznie można rzucić kotwicę. Wielbiciele morskiej bryzy mogą wybrać się w krótki rejs na wyspę Sao- na. Ten śliczny skrawek lądu zapadnie nam w pamięć dzięki lazurowi wody, pudrowemu piaskowi i malowniczo wygiętym palmom.

Gdy w 1492 r. Kolumb przypłynął na Dominikanę, zastał tam przyjacielsko usposobionych Tainów (ich pierwsze ślady na wyspie pochodzą z VII wieku). Nie wiadomo, jak liczne było plemię; według badań największe osady mogły liczyć nawet po 3000 mieszkańców. To właśnie ich Kolumb nazwał Indianami, a nazwa ta przylgnęła później do wszystkich rdzennych mieszkańców półkuli zachodniej. W ciągu 30 lat na Hispanioli wyginęło 80- 90% populacji Indian. Poza przywiezionymi z Europy chorobami, na które Tainowie nie byli odporni, główną przyczyną było okrutne traktowanie przez kolonizatorów; każdy Indianin powyżej 14. roku życia miał dostarczać białym złoto lub bawełnę – komu się nie udało zdobyć odpowiednich ilości, temu obcinano ręce i pozostawiano, by w męczarniach wyzionął ducha. Pierwsi kolonizatorzy przybyli tu bez kobiet, za żony brali więc sobie Indianki (niemal połowa mężczyzn związała się z rdzennymi mieszkankami wyspy). W niedostępnych górach zaczęły powstawać niezależne osady Maronów – tak zaczęto nazywać zbiegłych z plantacji czarnych niewolników, którzy przyłączali się do ukrywających się Indian.
Dziś nie ma już Tainów czystej krwi. Podobnie jak na pozostałych wyspach karaibskich, tak i tu bogatszą część społeczeństwa stanowią biali potomkowie europejskich osadników, a czarnoskórzy – biedniejszą większość. (...)
Santo Domingo jest nie tylko pierwszą europejską osadą w Nowym Świecie, nieprzerwanie za- mieszkaną aż do dziś. Również tu powstała pierwsza w obu Amerykach katedra (Catedral de Santa María la Menor) oraz pierwszy zamek (Alcázar de Colón). Znajdują się one w najstarszej części stolicy, Ciudad Colonial, wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ślady epoki kolonialnej widoczne są głównie w architekturze Santo Domingo, zaś duch Afryki przetrwał przede wszystkim za sprawą muzyki, którą słychać na ulicach od rana do nocy. Charakterystyczny styl merengue wykształcił się w połowie XIX wieku. W latach 30. zeszłego stulecia doczekał się swojej świetności i ogłoszono go muzyką narodową wyspy. Za sprawą licznych imigrantów, merengue można usłyszeć również w innych karaibskich państwach. 

Okolice Puerto Plata. 

To jedno z najbardziej urokliwych miejsc na Dominikanie, nie tylko ze względu na swoją główną atrakcję – pocztówkowe plaże, lecz także z uwagi na podwodne cuda rafy koralowej. Stworzony tu stosunkowo niedawno park rozrywki Ocean World jest największy na Karaibach – mieści się tu delfinarium, kasyno, wiele ekskluzywnych sklepów, restauracji i hoteli. To właśnie stąd, z nowoczesnej mariny dla jachtów, udzielił mi przez telefon wywiadu kapitan Jerzy Radomski, na kilka godzin przed wyruszeniem jego jachtu „Czarny Diament” do Polski, w ostatni etap 32-letniej włóczęgi po morzach i oceanach i tym samym najdłuższego rejsu w historii polskiego żeglarstwa (w tym czasie pokonał odległość większą niż z Ziemi na Księżyc!). Postać Kapitana z powodzeniem mogłaby rozpocząć kolejny wątek (...), ale to już materiał na inną opowieść...
/pd/


Zainteresowanych wątkiem Chopina na wyspie Curaçao odsyłam również TUTAJPowyższy tekst jest częścią artykułu:

KARAIBY: Chopin na rajskich wyspach
Magazyn Podróże - 18.10.2012
TEXT - PDF