Jest jednym z najbardziej popularnych i oryginalnych gitarzystów ostatniego ćwierćwiecza. Wszechstronny kompozytor, wirtuoz, otwarty na innowacje producent, pionier-odkrywca syntezatorowej gitary – Pat Metheny – urodził się 12 sierpnia 1954 roku na peryferiach Kansas City w stanie Missouri.
Gitarą zainteresował się w trzynastym roku życia, a zanim ukończył 20 lat - zaczął nauczać na dwóch wyższych uczelniach (University of Miami i Bostońskiego Berklee Collage of Music) oraz nagrał swój pierwszy album w wyśmienitym towarzystwie Paula Bleya i Jaco Pastoriousa. Jednym z ważniejszych okresów jego kariery były lata 1974 – 77, kiedy współpracował z zespołem Gary Burtona. W tym czasie poznał również klawiszowca Lyle Maysa, który został członkiem założonej przez Methenego w 1977 roku Pat Metheny Group. Pierwszy skład tego zespołu obejmował również basistę Marka Egana i perkusistę Dana Gottlieba.
Pat Metheny w szybkim czasie został jednym z czołowych artystów wytwórni ECM. Współpracował z takimi artystami, jak m.in.: Ornette Coleman, Steve Reich, Jimm Hall, Charlie Haden, Billy Higgins, Sonny Rollins, Herbie Hancock, Dave Holland, Roy Haynes, Michael Brecker... Wymieniać by bardzo długo. Ma na swoim koncie nagrania solowe, duety, tria i ścieżki dźwiękowe do hollywoodzkich produkcji. Właśnie ukazuje się jedenasty album w dorobku Pat Matheny Group o tytule Speaking of now, co stało się okazją do rozmowy z jej liderem, którą miałam przyjemność przeprowadzić w jednym z piękniejszych Hamburskich hoteli pod koniec stycznia tego roku.
Patrycja Długoń: Jak sam przyznajesz, z Pat Metheny Group realizujesz "koncepcję definiowania znaczących okresów czasu pomiędzy kolejnymi waszymi albumami". Najnowsza płyta Twojego zespołu - Speaking of now - z samego już tytułu wpisuje się w tę koncepcję. Jak wygląda więc świat dzisiaj? Jakie jest to "teraz"?
Pat Metheny: Można powiedzieć, że mamy jednocześnie obiektywne i subiektywne "teraz" świata, ogólne i jednostkowe. Ja zawsze staram się patrzeć poprzez swój pryzmat w nadziei, że odkryję to "teraz" w bardziej ogólnym aspekcie. To również czynnik, który zawsze był niezwykle istotny dla naszego zespołu - próbować patrzeć na jazz poprzez przestrzeń tego, co wypływa z naszych doświadczeń, co możemy zamanifestować używając narzędzi bardzo szczególnych dla tej kultury i tego czasu. W konsekwencji, zbliżamy się do tego, co osobiste, a co reprezentuje, czy przekłada się na improwizację, kompozycję i szczegółową wersję muzyki, tak jak ją słyszymy. Inaczej mówiąc - wypływa z naszej percepcji rzeczywistości. Oczywiście mamy na swoim koncie albumy, w których bardziej skupialiśmy się na brzmieniu, badaniu przestrzeni dźwięków. Zdałem sobie jednak sprawę z faktu, że uczucie - emocjonalny aspekt niesiony poprzez konkretne melodie - umożliwia nam spojrzenie w okno czasu, okno konkretnego momentu, które jest unikalne. Właśnie to było dla mnie najważniejsze przy komponowaniu naszej ostatniej płyty. Mniejszą uwagę skupiłem tym razem na jawnych wysiłkach, by wpłynąć na samą strukturę melodii, a większą z kolei, na zagłębianiu się w jej aspekt pośredniczenia, który jest niezwykle trudny do uchwycenia i zdefiniowania, szczególnie poprzez słowa. Zwłaszcza, iż pozostaje on odwrócony w syntaksie muzyki samej w sobie.
PD: Więc muzyka, to język. Podkreślone jest to również w tytule Waszej płyty...
PM: Tak właśnie sądzę. To język specyficznej jakości, o wyjątkowych właściwościach i charakterze, dzięki czemu trudno poza niego wyjść i o nim mówić. Z tym samym problemem mamy do czynienia podczas wywiadów i pisania o muzyce. Możemy tańczyć wokół przedmiotu naszej rozmowy nie dotykając jego istoty. Nasz nowy album jest znakomitym tego przykładem. Jest mi niezwykle ciężko o nim mówić, gdyż jest skończony, kompletny w swojej formie.
Dotykamy tutaj niemalże zagadnień politycznych i kulturowych. Lecz prawdę mówiąc, chociaż mógłbym o nich mówić, nie stanowią one najciekawszego dla mnie przedmiotu rozmowy. Zahaczamy również o definicję czasu. "Teraz" to forma ruchoma. Możesz umieścić "teraz" gdziekolwiek. Więc nawet idea mówienia o teraźniejszości, czy komunikacji w teraźniejszości, obecna jest nie tylko na naszym albumie. Stanowi ona istotny czynnik improwizacji, a co więcej właśnie na niej polega jej piękno. W praktyce, pozwala ona podejmować jedną po drugiej mikrosekundowe decyzje, i przez to wyrażać sądy o rzeczywistości danego momentu. W kontekście naszego zespołu, pewne specyficzne aspekty twórczości adresowane są do szerszego kręgu kultury. Nie interesowałem się nigdy specjalnie tylko oglądaniem za siebie, np. na historię jazzu w celu określenia stylów. Dla mnie ideą jest podtrzymanie jak najbardziej osobistego stosunku do otaczającego mnie świata, danie upustu temu, co się kocha, przykładanie się i zwracanie się ku niemu. I nieuchronnie, dochodzi się w ten sposób do spojrzenia na muzykę, które jest z pewnością osobiste acz bezpośrednie.
PD: Zmienił się skład Twojego zespołu. Zacząłeś współpracę z trzema nowymi muzykami...
PM: Skład mojego zespołu bardzo długo był prawie niezmienny. W ciągu dwudziestu pięciu lat jego istnienia mieliśmy jedynie dwóch gitarzystów basowych i trzech perkusistów. Z pierwotnego składu pozostałem tylko ja i Lyle [Mays]. Po prostu przyszedł czas na zmianę. Nasz nowy perkusista [Antonio Sanchez] jest jednym z najbardziej utalentowanych muzyków, z jakimi miałem do czynienia. Jest ogromnie inspirujący i posiada niezwykłą muzyczną siłę. Dzięki świadomości, że PMG posiada teraz nowej jakości potencjał, był dla nas wyjątkową inspiracją podczas komponowania materiału płytowego. Za każdym razem, gdy zmieniał się nam perkusista, wymaganiem było, by doskonale znał on wszystko, co do tego czasu stworzyliśmy, gdyż zawsze istotna była dla mnie pewnego rodzaju "zgodność z przeszłością". Gdy pojawia się nowy członek sekcji rytmicznej - chcę, byśmy mieli możliwość zagrania wszystkiego, co powstało począwszy od naszej pierwszej płyty. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by nowi muzycy PMG byli o całą generację od nas młodsi. Dorastali słuchając naszych płyt! To fani Pat Metheny Group! (śmiech) Fakt ten stwarza naprawdę interesującą sytuację. Po pierwsze, wszyscy trzej są wielkimi indywidualistami w muzyce i zanim zaczęliśmy współpracę zdążyli wypracować sobie pozycje. Po drugie, są muzykami bardzo różnorodnymi, prezentują określone typy muzyczne. I w tym samym czasie, wszyscy trzej zostali niejako uformowani przez naszą muzykę. Zawsze chcieli zagrać w PMG, podobnie jak ja marzyłem kiedyś, by współpracować z Gary Burtonem. Więc również pod względem chronologii jest to bardzo interesująca zbieżność.
Grałem już z wieloma muzykami ich generacji, i uogólniając mogę stwierdzić, że są oni w pewnym sensie konserwatywni. Zdają się być dużo bardziej "na prawo" - i muzycznie, i politycznie - niż ja, kiedy byłem w ich wieku. Zazwyczaj grałem z nimi bebop! Mówię tutaj o Joshua Redmanie, Keithie Garrett czy Christianie McBride. Szczerze ich podziwiam, ale wydają się trzymać jednej płaszczyzny. Interesująca jest więc dla mnie współpraca z muzykami, którzy poniekąd odrzucili taki sposób tworzenia, i zadają podobne pytania do tych, które kiedyś my sobie zadawaliśmy. Chodzi mi na przykład o kwestię poszukiwania niekonwencjonalnych sposobów gry na instrumencie. Wracając do Antonio, ma on dar wolności podążania w różnorodnych kierunkach, zachowując jednocześnie swego rodzaju mądrość stylistyczną. Cecha ta jest niezwykle rzadka, szczególnie wśród perkusistów i doskonale wpasowuje się w koncepcję naszego zespołu. Dlatego właśnie w historii PMG mieliśmy tylko trzech perkusistów - są to po prostu jedyni muzycy, jakich znam, spełniający ten warunek.
Antonio łamie ramy, które wytyczamy komponując, czego dowodem jest nasza wspólna płyta. Nie jest to zarzut przeciwko pozostałym naszym perkusistom. Obydwaj są niewiarygodni. Niezwykle ich szanuję i cenię. Antonio jest jednak szczególny. Gdy do nas dołączył, aż prosiło się, by zespół stanowiły same wyjątkowe osobowości muzyczne. I chyba lepiej trafić nie mogłem - prawdę mówiąc nadal jestem w szoku, że Richard Bona zechciał współtworzyć nasz zespół! Podobnie jak Cuong Vu, który jest równie wyjątkowym muzykiem. Pasują do nas doskonale na wielu poziomach. Współpraca z nimi jest naprawdę pasjonująca!
PD: Z Paulem Wertico współpracowałeś przez ostatnie 17 lat...
PM: Tak, to wielka zmiana, ale doszliśmy do momentu, kiedy przyszedł na nią czas. Z jego punktu widzenia również. Może skoncentrować się wreszcie na własnym zespole i projektach. Czasami muzycy rozstają się po miesiącu, a my po 15 latach. Współpracowaliśmy ze sobą od 1983 do 98 roku, kiedy to zagraliśmy nasz ostatni koncert. To długi okres. Mam same pozytywne wspomnienia. Energia, którą ze sobą wnosił każdego wieczoru na scenę, była doprawdy imponująca!
PD: Grywałeś z największymi postaciami jazzu. Cofając się jeszcze dalej w przeszłość chciałabym zapytać się o Twoją współpracę z jedną z nich - Ornettem Colemanem.
PM: Był to bardzo szczególny i intensywny okres, a zarazem wstrząsające doświadczenie. Miałem bowiem okazję pracować z artystą, który był jedną z najistotniejszych inspiracji dla mnie, jako muzyka. Z moim mistrzem muzycznym. Chcieliśmy dotrzeć do jakości nie osiągniętych przez nas nigdy wcześniej, a okazało się, że również nigdy później. Z biegiem lat doceniam i wyraźniej widzę ten fakt. Fascynującym doświadczeniem było spotkanie nie tylko z Ornettem, lecz także z pozostałymi muzykami – Jackiem [DeJonettem] i Charliem [Hadenem], z którym Ornette nie grał wtedy od dziesięciu lat. Był to więc okres bardzo naładowany energią. Tę atmosferę słychać na płycie, ale tak naprawdę dopiero promująca ją trasa pod tym względem okazała się ważniejsza. Na szczęście nagrywaliśmy prawie każdy koncert. Na pewno mam gdzieś te taśmy i któregoś dnia je odnajdę. Co więcej, za każdym razem, gdy spotykam Ornetta, mówimy sobie, że musimy zagrać ze sobą raz jeszcze. To dziwne, ale obiecujemy to sobie już dwadzieścia lat! Więc na pewno ten moment się zbliża.
PD: Rzadko można znaleźć informacje o Twoim dzieciństwie i początkach zainteresowania muzyką. Mógłbyś o nich opowiedzieć?
PM: Moja rodzina jest bardzo muzykalna. Starszy brat Mike jest znakomitym trębaczem. Różnica pięciu lat między dziećmi jest znacząca, więc zawsze był o krok przede mną. Jako cudowne dziecko, bardzo wcześnie rozpoczął naukę gry na trąbce, a kiedy miał 8, 10 lat zaczął odnosić na tym polu sukcesy. Mój tata, jak wiesz, również jest trębaczem. Często grywali zresztą ze sobą. A ojciec mojej mamy grał na trąbce całe swoje życie. Więc instrument ten był wręcz wszechobecny w moim dzieciństwie. Sam zacząłem na nim grać, gdy miałem siedem lat. Poza tym, w naszym domu zawsze grała muzyka. Może niekoniecznie jazz, gdyż moim rodzicom bliższy był swing. Nieustannie słuchaliśmy więc Glenna Millera. Tak daleko jak sięgnąć mogę pamięcią - w naszym domu rozbrzmiewała jego muzyka. Nie mogę sobie przypomnieć okresu, w którym myślałbym dla siebie o innym zajęciu, niż zawód muzyka. Chyba zawsze miałem świadomość tego, że muzyka będzie fundamentalną częścią mojego życia. Kiedy miałem jakieś jedenaście lat mój brat przyniósł do domu płytę Milesa Davisa, i był to niewątpliwie moment zwrotny w moim życiu. Mogę chyba powiedzieć, że odtąd nic już nie wyglądało dla mnie tak, jak przedtem.
PD: Wiele koncertujesz. Sam przyznajesz, że istotną dla Ciebie kwestią jest konfrontacja nagranego materiału z publicznością. Ale nie podczas każdego występu "duch przelatuje przez salę"...
PM: Są lepsze i gorsze dni. Nie ma co do tego wątpliwości. Rzeczywiście, ogromną rolę odgrywa tutaj publiczność. To niewiarygodne, jak często zdarza się, że po dwunastogodzinnej podróży, kiedy jesteś wykończony, chory i smutny, kiedy z obawą myślisz o czekającym cię koncercie - wychodzisz na scenę i uderza cię płynący od publiczności entuzjazm. Natychmiast dostajesz zastrzyk energii. Innym razem czujesz się świetnie i nie możesz doczekać się występu, jednak koncert nie należy do przejmujących dreszczem. To nieprzewidywalne. Jedyne, co można zrobić, to dać z siebie wszystko. Po trzydziestu latach wykonywania zawodu muzyka zadowolony jestem z tego, że szczególne koncerty zdają się występować bardziej regularnie. Wynika to chyba z coraz bardziej dogłębnego zrozumienia istoty doświadczenia, jakim jest tworzenie muzyki.
PD: Jaka jest istota tego doświadczenia w Twoim rozumieniu? Jaką rolę przyznajesz w nim uczuciom, a jaką intelektowi?
PM: W swojej istocie improwizacja jest językiem. Nie musisz zastanawiać się nad formułami gramatycznymi, gdy mówisz. Rozmowa jest improwizacją - nie analizujesz dokładnie jakich konkretnie użyjesz słów, ale wiesz, co chcesz powiedzieć. Pozwalasz jedynie się temu "wydostać". Podobnie jest z improwizacją w muzyce: materiał jest ustalony, utwory mają własne potrzeby, wymagania, zasady, gramatykę, a wszystko to zestawione w taki sposób, by do siebie pasowało i rezonowało ze sobą. W tym samym czasie istotne jest to, kim jesteś i co szczególnego możesz zaoferować w danym momencie. Ważne jest to, co uniwersalnego możesz poprzez muzykę, a w szczególności improwizację, o tym momencie wyjawić. Co więcej sądzę, że im bardziej jest się konsekwentnym w takim działaniu, tym efektywniejszym jest się muzykiem. W moim rozumieniu zasadniczy etap tego doświadczenia przebiega głównie podczas procesu słuchania. Mam wrażenie, że kiedy gram dając z siebie wszystko - tak naprawdę nie gram, tylko słucham. Wewnątrz mnie jest radość grania, która polega na tym, że gram to, co chciałbym usłyszeć, żeby zagrał gitarzysta. Kierunek, w którym podążam grając jest wytyczony przez mnie jako słuchacza, nie gitarzystę.
W uprawianiu mojego zawodu najważniejsza jest dla mnie muzyka. Automatycznie to jedyne, co się dla mnie liczy i gdzie mam coś do zaoferowania. Nie sądzę przy tym, by muzyka, którą tworzę, była o mnie. Jest ona o "tym czymś". Dlatego ciężko mi mówić "moja muzyka". Czuję, że uczestniczę po prostu w... akcie tworzenia czegoś, co dobrze brzmi i robię wszystko, co w mojej mocy, by zrobić to najlepiej, jak potrafię. Tak naprawdę, czy gram, czy daję wywiad, czy robię pranie - staram się zawsze być w tym czymś, czym to jest. Staram się znaleźć tego istotę. Być tutaj, żyć - jest w moim rozumieniu darem. Kiedy pomyślisz o tych bilionach milionów lat ewolucji, które doprowadziły do tego właśnie momentu w czasie, w którym teraz oboje się znajdujemy, kiedy jesteś go świadom... - niewiarygodne! To naprawdę przywilej! Więc dla mnie wszystko, co wiąże się z graniem, jest częścią podróży, a faktyczna "muzyka sama w sobie" reprezentuje, przedstawia coś, co znajduje się poza naszym poznaniem. Jeżeli moja uwaga zwrócona jest przede wszystkim na muzykę, wszystko inne, co się z nią wiąże, naturalnie jest jedynie środkiem, a nie celem.
Pat Metheny - Teraz
Jazz Forum - 3/2002
TEXT
TEXT
