5.20.2014
12.17.2013
W pięć dni dookoła świata
00:23
Atom String Quartet, Calypso Rose, Danyel Waro, Festiwal Skrzyżowanie Kultur, Jazz Forum, Karolina Cicha, Lindigo, MUZYKA, Orkiestra św. Mikołaja, Publikacje, rasizm, Relacje, The Garifuna Collective, Vołosi, Warszawa
No comments
Dziewiąta edycja Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur, odbywająca się pod hasłem „Wyspy Świata”, zabrała słuchaczy w szczególną podróż: na dziewięć dalekich wysp rozsianych wokół globu - od prażących słońcem Karaibów, po mroźne wysepki północnej Kanady.
Na pięć wrześniowych dni namiot festiwalowy pod PKiN sam stał się wielokulturową wyspą, na której czuło się wilgotną bryzę tropików, wulkaniczną energię i radość z wibrujących rytmów. Soliści i zespoły reprezentujący tradycje ukształtowane w specyficznych warunkach klimatycznych, geograficznych i historycznych, zaprezentowali różnorodne gatunki muzyczne, techniki śpiewu, lokalne tańce i swoiste rytmy. Co okazało się wspólne wszystkim przedstawionym wyspom, poza okalającą je słoną wodą mórz i oceanów, to wysiłek rodzimych twórców, by uchronić przed wyginięciem kulturowe dziedzictwo, boleśnie tłamszone w brutalnej często historii.
I
Pierwszy dzień koncertów wybiegał jednak poza wyspiarską formułę - odbył się bowiem pod hasłem „Sounds Like Poland”. Wspaniale, że tę zupełnie nową ideę udało się wreszcie wprowadzić w program festiwalu. Przygotowana wspólnie z Instytutem Adama Mickiewicza inicjatywa ma na celu prezentację polskich brzmień tradycyjnych w połączeniu z międzynarodowymi spotkaniami profesjonalistów branży muzycznej. I tak, w ciągu dnia, wspólnie z muzykami, promotorami, wydawcami, menadżerami oraz producentami z Polski i zagranicy, można było wziąć udział w konferencji poświęconej zjawiskom i tendencjom w branży oraz współczesnemu rynkowi muzyki świata. Wieczorem natomiast, można było uczestniczyć w niebiletowanych koncertach sześciu polskich zespołów.
Pierwszy - kwartet Kwadrofonik - stworzony przez absolwentów Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, poszukuje nowych brzmień w ludowych pieśniach rozpisując je na dwa duety – fortepianowy i perkusyjny. Na muzyczną scenę wkroczył w 2006 r. zwyciężając IX Festiwal Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja”, na którym otrzymał Grand Prix, Nagrodę Publiczności i Nagrodę Prezydenta Warszawy. Uznani za odkrywczych i wytyczających nowe tory w muzyce folkowej, przygotowują właśnie swój drugi album, gdzie muzyka Witolda Lutosławskiego łączyć się ma z poezją Juliana Tuwima.
Na szczególną uwagę zasługuje występ zespołu młodej i utalentowanej wokalistki, kompozytorki i multiinstumentalistki Karoliny Cichej. Łącząc brzmienia tradycyjne z muzyką alternatywną, zaprezentowała kilka utworów z albumu "Wieloma językami”, który ukazuje skomplikowaną mieszankę kulturową jej rodzinnych stron – Podlasia. Usłyszeliśmy więc pieśni w języku tatarskim, litewskim, jidysz, ukraińskim oraz cygańskim. Ażurowe i bardzo zróżnicowane aranżacje pociągały za sobą stale zmieniające się instrumentarium. Karolina, nazwana ze sceny „kosmitką”, poza mocnym, pięknym śpiewem i grą na akordeonie – obsługiwała też instrumenty klawiszowe, samplery, triggery perkusjne i loopery. Towarzyszył jej współtworzący projekt Bart Pałyga (morinhuur, drumla, wiolonczela elektryczna, mandolina, fujarka, daf, śpiew gardłowy) oraz goście: ekspert perskiej lutni oud Mateusz Szemraj oraz fidelistka Marta Sołek. Karolina podbiła serca słuchaczy nie tylko swoją muzyką, lecz również opowieściami przybliżającymi znaczenie tekstów oraz luźnym sposobem bycia, poczuciem humoru i żywiołową energią. Podobnie stało się podczas tegorocznego Festiwalu Folkowego Polskiego Radia „Nowa Tradycja”, gdzie projekt "Wieloma językami” zdobył Grand Prix. Album ma ukazać się na rynku jeszcze tej jesieni, a premierowy koncert zapowiedziano na 29 października w Tygmoncie.
Z niezwykle gorącym przyjęciem spotkał się też występ Orkiestry św. Mikołaja, swoistego zespołu–instytucji, który w latach 90. budował podwaliny polskiej sceny folkowej, zmieniając kierunek poszukiwań z głównie obowiązujących wtedy trendów celtyckich – na słowiańskie, stając się tym samym inspiracją dla setek zespołów. Oprócz bardzo charakterystycznego brzmienia, muzykom Orkiestry udało się stworzyć jedno z najważniejszych świąt muzyki folkowej w kraju – cieszący się już 23-letnią tradycją Międzynarodowy Festiwal Muzyki Ludowej „Mikołajki Folkowe”. Z ich inicjatywy powstało także jedyne pismo folkowe w kraju - ”Gatki z Chatki”. Nazywany przez Macieja Szajkowskiego „ojcem chrzestnym polskiego folku” charyzmatyczny Bogdan Bracha, występuje wraz z członkami swej rodziny (zaprezentowały się 3 pokolenia muzyków). Bardzo osobista, energetyczna muzyka z wieloma partiami instrumentalnymi, powstawała przez wiele lat podczas wędrówek po karpackich szlakach i na ogniskowych zabawach. Wielka radość wspólnego muzykowania udzieliła się i warszawskiej publiczności, która włączyła się nie tylko we wspólne śpiewy, ale i widowisko obrzędowe pt. „Odpędzanie gzów od krów”. Festiwalowy występ ma spore szanse zwiększyć imponującą liczbę bootlegów koncertowych Orkiestry, które krążą na rynku obok ich 14 wydawnictw oficjalnych.
Pełni werwy wyszli też na scenę Vołosi – kwintet stworzony przez muzyków klasycznych i mistrzów muzyki góralskiej, której tradycję członkowie podtrzymują od pokoleń. Na koncercie muzyka Beskidu Śląskiego pełna była dynamiki oraz wspaniałej zabawy, a dialog pomiędzy instrumentami wyglądał nawet czasem na międzypokoleniową muzyczną bitwę.
Być może zaskoczeniem dla niektórych odbiorców muzyki świata był festiwalowy występ rozwijającego tradycję instrumentów smyczkowych w Polsce zespołu Atom String Quartet. Nie tylko prowadzący koncert Maciej Szajkowski miał jeszcze świeżo w pamięci piękny występ grupy u boku Bobby McFerrina podczas „Solidarity of Arts”. Muzycy, kochani i nagradzani przez odbiorców jazzu i muzyki klasycznej, inaczej niż pozostali wykonawcy festiwalu – grali patrząc w nuty, dzięki czemu nie tak łatwo było im utrzymać kontakt z publicznością. Nie przeszkodziło to jednak zgromadzonym docenić kunszt wykonania i partie improwizacji w utworach inspirowanych zarówno muzyką Podhala (skąd pochodzi Dawid Lubowicz), jak i latynoską, amerykańską oraz klasyczną.
Ostatni koncert tego wieczoru należał do wokalistki i skrzypaczki Joanny Słowińskiej, która zaczęła występ przejmującym śpiewem a capella. W kolejnych słowiańskich pieśniach obrzędowych dołączyli pozostali muzycy, wprowadzając na scenę odważne, klubowe i rockowe brzmienia, a całość dopełniły inspirowane folklorem wizualizacje.
II
Drugiego dnia nastąpiło oficjalne otwarcie festiwalu pod hasłem „Wyspy Świata”, a przyświecała mu idea „Strażników Tradycji”, gdyż prezentowane tego wieczoru zespoły starają się jak najdokładniej odtwarzać pradawne korzenie swojej kultury.
Najpierw odwiedziliśmy skalistą Sardynię, skąd pochodzi kwartet wokalny Tenores Di Bitti Mialinu Pira. Ubrani w ciekawe tradycyjne stroje wokaliści, zachwycili perfekcyjnością przenoszonych oralnie pieśni polifonicznych, których historia sięga trzech tysięcy lat. Przekazywane w tradycji oralnej pieśni świeckie i religijne śpiewane są w języku sardyńskim (który udało się uchronić przed italianizacją), a zbudowano je na zasadzie jednego głosu prowadzącego melodię i improwizującego, podczas gdy 3 pozostałe tworzą harmoniczne tło. Na bis muzycy wykonali utwór, który w 2001 r. zaprezentowali podczas prywatnej audiencji u Jana Pawła II.
Z wielką ekscytacją oczekiwałam występu kolejnego artysty, którego miałam okazję podziwiać trzynaście lat temu na niemieckim festiwalu w Moers. Kompozytor, wokalista i perkusjonalista Danyel Waro już zza kulis rozpoczął swój koncert i tanecznym krokiem wszedł z zespołem na scenę w rytmie archaicznych dźwięków. W jedną chwilę przeniósł nas na nieprzewidywalny Ocean Indyjski, gdzie w odosobnieniu leży smagana cyklonami i wybuchami wulkanu wyspa Reunion. W XVIII w. przywożono tam niewolników z Afryki, od których pochodzi wykonywany przez Waro styl śpiewu i tańca maloya, będący „spontanicznym wybuchem energii, zawołaniem do tańca, poezją ekstazy i wolności”. Gatunek ten zakazany na wyspie jeszcze w latach 60. XX w, od 2005r znajduje się się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednak w dalszym ciągu nieodłącznym elementem twórczości Waro jest jego działalność na rzecz uzyskania niepodległości wyspy, która nadal jest zamorskim departamentem Francji. Za odmowę służby wojskowej, urodzony we francuskiej rodzinie Waro, spędził kilka lat w więzieniu. W obronie kultury kreolskiej śpiewa o niesprawiedliwościach społecznych, politycznych nadużyciach i rasizmie oraz sprzeciwia się dominacji kultury francuskiej na Reunion. Jego niemożliwa do opisania werwa i pozytywna energia udzieliły się chyba wszystkim zgromadzonym, którzy cały koncert przetańczyli w rytmach wcale najłatwiejszych dla europejskiego ucha. Zespół wykorzystywał wyłącznie instrumenty perkusyjne, dośpiewując przepiękne chórki. Lirycznym odpoczynkiem od rytmów wymagających niezłej kondycji był wzruszający utwór o miłości, który artysta zadedykował swojej żonie.
III
Trzeciego dnia festiwalu namiot wypełniony był do ostatniego miejsca. Pod hasłem „Masters & Shamans” najpierw usłyszeliśmy Koncert Mistrzów, czyli należący już do tradycji Skrzyżowania występ zespołu uformowanego tylko na ten jeden wieczór z wirtuozów i multiinstrumentalistów zaproszonych do prowadzenia kilkudniowych warsztatów podczas festiwalu. Poza muzykami z Sycylii, Irlandii, Polski czy afrykańskiej wyspy Djerba, zaprezentowała się także para taneczna Maorysów z Nowej Zelandii. Ich wojenny taniec haka (wykonywany także od ponad 100 lat przez Nowozelandzkie drużyny rugby przed meczami), wymaga ciszy. Pełnym napięcia ruchom półnagich męskich ciał towarzyszą okrzyki i różnorodne dźwięki, mające za zadanie odstraszyć przeciwnika. Warszawska publiczność z początku reagowała śmiechem, lecz wkrótce zamarła pod wrażeniem tego zjawiska. Na scenę dołączyły kanadyjskie specjalistki od śpiewu gardłowego i w tym oryginalnym składzie, wraz z Marią Pomianowską na czele, zaprezentował wyjątkową wersję „Rondo a la Krakowiak” Fryderyka Chopina, wywołując szalone brawa, oklaski na stojąco oraz bis.
Na zakończenie tego wieczoru wraz z grupą Lindigo powróciliśmy na znaną nam już wyspę Reunion. Lindigo jest jednym z najpopularniejszych tam zespołów. Podobnie jak Daniel Waro, czerpie z tradycji maloya jednak nie tak ortodoksyjnie jak ów „Strażnik Tradycji”, wzbogacając tę formę o polifoniczny śpiew z Madagaskaru oraz brzmienia z Afryki, Brazylii a nawet dancehall. Muzyka wykonywana przy użyciu wyłącznie tradycyjnych instrumentów nadal miała niezwykłą, dziką i porywającą energię - znacznie łatwiej było się jednak do niej poruszać. Raz jeszcze przekonaliśmy się, że muzyka na wyspach to często po prostu „radość”. Roztańczona od samego początku publiczność sporą część koncertu spędziła na stojąco.
IV
Czwartego dnia usłyszeliśmy dwie „Królowe Rytmu” - urodzoną na karaibskiej wyspie Tobago uroczą Calypso Rose oraz reprezentującą Nową Zelandię Moanę Manipoto.
73-letnia Calypso Rose dosłownie uwiodła warszawską publiczność, która cały koncert spędziła w pląsach na stojąco, pobudzona niezwykłą, pozytywną energią wielkiej divy i jej ogromnym poczuciem humoru. Gdyby oceniać występy po ilościach uśmiechów słuchaczy – z pewnością właśnie ten koncert górowałby nad resztą. Ciesząca się nadal wspaniałymi umiejętnościami wokalnymi Calypso Rose nie ogranicza swojej muzyki wyłącznie do gatunku calypso, który ma swoje korzenie w wyspiarskim państwie Trynidad i Tobago. Tworzy także piosenki ska (do których nadal energicznie tańczy), nie stroni też od reggae. Pięknym momentem koncertu było przywołanie ducha Boba Marleya, podczas wykonania jego utworu „Naughty Dread”. Pomiędzy piosenkami artystka obficie raczyła publiczność opowieściami o Karaibach, historii niewolnictwa i anegdotami ze swojego życia. Kilka razy zeszła ze sceny z mikrofonem w ręku i nie przestając śpiewać mieszała się z publicznością. Pięknym podziękowaniem za wspaniały koncert był gest Maciej Szajkowskiego, który wręczając na koniec bukiet kwiatów artystce – padł przed nią na kolana.
Po krótkiej przerwie, jeszcze gdy nie malała wcale kolejka po autografy do Calypso Rose, na scenę wyszła obdarzona bardzo pięknym niskim głosem Moana, wraz z zespołem The Tribe, prezentując mocne beaty (czasem bardzo dyskotekowe), rockowe brzmienia i znany już z wczoraj wojenny taniec Maorysów haka. Powrócił też duch Boba Marleya, którego muzyka, jak się dowiedzieliśmy, ogromnie wpłynęła również na twórców w Nowej Zelandii. Moana zwierzyła się, że występ króla reggae na wyspie w 1979 r. był pierwszym koncertem w jej życiu i od tego momentu miejscowi zrozumieli, jak muzyka może nieść ze sobą istotne przesłania.
V
Ostatni dzień festiwalu należał do The Garifuna Collective - szczególnego zespołu muzyków reprezentujących grupę etniczną Garifuna. Kolektyw powstał w państwie Ameryki Środkowej Belize, które posiada w swych granicach także wiele dziewiczych wysp tworzących jeden ze wspanialszych regionów basenu Morza Karaibskiego. Garifuna, choć są potomkami wywiezionych ze swojego lądu Afrykańczyków, w przeciwieństwie do innych grup nie mają tak tragicznej historii niewolnictwa - prawdopodobnie przejęli statek, którym ich przewożono przez ocean lub rozbili go na rafach niedaleko brzegu, na którym później się osiedlili. Ta istotna różnica w historii, miałam wrażenie, że odbija się w ich twórczości, która wydawała się być znacznie bardziej beztroska.
Pierwsza płyta kolektywu "Watina" uznana została za jeden z najważniejszych albumów muzyki świata, a ich występ takiej pozycji nie zaprzeczył. Kolektyw trzech perkusistów, dwóch gitarzystów, basisty i dynamicznej Desiree Diego, nieustannie nawoływał publiczność do tańca i śpiewu. W połowie koncertu na scenę dołączył Aurelio Martinez, wokalista i gitarzysta z Hondurasu, który zasłynął również jako pierwszy czarnoskóry poseł w Kongresie swojego pańśtwa.
Wszystkie koncerty Skrzyżowania Kultur kończyły się długim muzykowaniem podczas jam sessions w Klubie Festiwalowym, przy czym ostatniego dnia wzięła w nich udział także sama dyrektor artystyczna Maria Pomianowska, która jeszcze przed festiwalem zapowiadała, że jego 9. edycja będzie dla polskiej publiczności zaskoczeniem i zmieni typowe wyobrażenie o wyspach: Nie zdajemy sobie sprawy, jak niesamowicie różnorodne jest ich muzyczne życie. W zależności od stref czasowych, historii i warunków naturalnych wyspy wykształciły własne myślenie o dźwięku i głosie, powstały tam inne instrumenty, pulsowały inne rytmy. W śpiewie, melodii i tańcu zapisana jest przeszłość tych małych społeczności. Jedne mają za sobą ekspansję, inne były podbijane. Wszystkie budowały swe kultury w trudnych warunkach, a obce wpływy nie docierały do nich tak łatwo jak to bywa na kontynentach. Dlatego dziś, gdy rodzi się tożsamość globalna, wyspy pozostają mikrokosmosami indywidualnych kultur. Pozostają trudno dostępne, zachowują odrębne pomysły na życie artystyczne i społeczne. Przypominają, jak różnorodne formy przyjmuje ludzka kreacja.
Raz jeszcze okazało się, że muzyka świata nie jest w Warszawie gatunkiem niszowym, przyciągając pod PKiN wiele tysięcy osób, w czym z pewnością pomagają też transmisje koncertów w Polskim Radiu.
/pd/
11.13.2013
Start noderadio !!!
19:00
Jacek Kulesza, Jolanta Izabela Pawlak, Matt Oxone, Michał Kozok, noderadio, Tomasz Habza, VIDEO, Warszawa
No comments
To już dziś! 13 listopada 2013 r. o godzinie 22:00 (21:00 GMT) będzie miała miejsce emisja pierwszej w historii audycji internetowego radia o podróżach i sztuce - noderadio [www.noderadio.com]!
Nazwa noderadio wywodzi się z łaciny, gdzie "node" to "węzeł". noderadio tworzone jest w oparciu o międzynarodową sieć ludzi dobrej woli, którzy są otwarci na świat i drugiego człowieka. Celem jest promocja pozytywnego myślenia, szacunku do Natury, wartościowych form ekspresji oraz stworzenie platformy wymiany informacji scalającej ludzi ceniących alter-konsumpcyjny styl życia. noderadio pokazuje historie jednostek funkcjonujących często na marginesach społeczeństwa, dla których wartością jest dążenie do spełniania marzeń.
Cotygodniowe godzinne audycje na żywo nadawać będę co środę, a po aktualizacje radiowych informacji zapraszam tymczasem na kanały Facebook, YouTube, Twitter, Instagram i Google+. Plany są bardzo rozbudowane, ale wszystko po kolei ;) Na pierwszy ogień zapraszam do obejrzenia trzech filmów, które powstały specjalnie na uroczyste otwarcie noderadio!
Pierwszy pokazuje kreację niezwykłej polskiej artystki Jolanty Izabeli Pawlak, która stworzyła scenografię i kostiumy do pierwszej na świecie opery o niewolnictwie w języku Papiamento "Katibu di Shon". Premiera tego dzieła miała miejsce 1 lipca 2013 r. w Amsterdamie z okazji 150. rocznicy zniesienia niewolnictwa w Holandii. [Film w j. angielskim zawiera polski skrypt w opisie].
Drugim filmem jest 11-ta już relacja z niesamowitej ekspedycji Michała Kozoka - Siłami Natury przez Amerykę Południową. Podróż, trwająca od stycznia tego roku - bez wsparcia sponsorów, jedynie siłą jego woli i marzeń - zakończyła się w ostatnią niedzielę 10 listopada! Michał poruszał się tylko przy użyciu nie zmotoryzowanych środków transportu, takich jak: bieg, chód, pływanie, wspinaczka skałkowa i roślinna, pchanie i zjazdy z wózkiem sklepowym, pchanie taczki, jazda na rolkach, rowerze, pływanie kajakiem i dmuchanym pontonem. Trzymajmy kciuki, żeby zdążył przyjechać do Polski na marcowe Spotkania Podróżników KOLOSY!
Trzeci film jest jednocześnie zapowiedzią pierwszego odcinka jedynego w swoim rodzaju serialu koncertowego! Jacek Kulesza do połowy lutego prezentować będzie swój najnowszy album koncertowy w cotygodniowych odsłonach. Po wersje AUDIO zapraszamy co środę do noderadio a videoklipy oglądać można na kanale YouTube. Co ciekawe - a przecież nie wierzymy w przypadki - koncert zaczyna się tą samą piosenką, która kilka lat temu zapoczątkowała serię moich podkastów :)
Montażem filmów Michała Kozoka (od 7 etapu) oraz zapowiedzi odcinków serialu koncertowego Jacka Kuleszy - zgodził się zająć Tomasz Habza (T&M Studio)!
Do usłyszenia o 22:00 :)) !!!
![]() |
| Twórcą tego wspaniałego logotypu noderadio jest Matt Oxone z grupy twórczej T.OP-Tank !!! |
10.30.2013
Wagabunda z „Czarnego Diamentu”
Wracając do kraju z najdłuższego rejsu w historii polskiego żeglarstwa, Jerzy Radomski mówił: „32 lata – chyba wystarczy”. Wrócił, pomieszkał chwilę na lądzie i znów wypłynął...
W trakcie rekordowego rejsu przebył ponad 240 tys. mil. To 11 obwodów Ziemi. To również 32 tys. mil więcej niż wynosi odległość z Ziemi na Księżyc. Atlantyk przepłynął 12 razy, a Ocean Indyjski – sześć. Polska bandera powiewała na „Czarnym Diamencie” w 82 krajach i 448 portach. W rejsach uczestniczyło 1063 żeglarzy z 38 państw. Jednak najwierniejsi towarzysze jego podróży to psy Burgas i Bosman, pływające na jachcie po 13 i 19 lat. Z ich perspektywy kapitan opisał swą włóczęgę w książce: „Burgas i Bosman – psy z »Czarnego Diamentu«”.
Na Wyspach Zielonego Przylądka zachwycał się głosem Cesárii Évory długo przed tym, zanim usłyszał o niej świat. Nurkował na najpiękniejszych rafach kuli ziemskiej, wspinał się po górach i skałkach Afryki, Australii, Europy i obu Ameryk. Na początku podróży osiadł jachtem na rafie u wybrzeży Etiopii. Przez 67 dni walczył z pragnieniem, głodem i rafą, wykuwając 30-metrowy kanał mający wyprowadzić jacht na głęboką wodę.
Kapitan jachtowy, instruktor żeglarstwa i płetwonurek, z zawodu elektryk. Mówi o sobie „stary wagabunda”. Żeby utrzymać jacht, pracował w kilkudziesięciu profesjach – budował tunele w Australii, pracował w gazecie w Nowej Zelandii, kładł dachy i kafelki w Stanach Zjednoczonych oraz najmował się jako mechanik, automatyk i elektryk. Żeglując, dochował się trojga dzieci, czworga wnuków i ostatnio – prawnuczki. Przerwa w oceanicznej włóczędze kapitana Radomskiego trwała zaledwie dwa lata. Od kilkunastu miesięcy znów jest na morzu.
Urodził się w Klewaniu na Wołyniu w 1939 roku. Z morzem po raz pierwszy zetknął się w wieku 14 lat – za pieniądze zaoszczędzone ze sprzedaży makulatury i złomu w tajemnicy przed rodzicami wybrał się na samotną wycieczkę z Działdowa do Gdyni. – Zobaczyłem tam kilka jachtów na brzegu, kilka na wodzie, olbrzymie statki i pomyślałem, że kiedyś popłynę – wspomina. Ciągnęło go w świat, bo całe dzieciństwo zaczytywał się w książkach o tropikach, Ameryce Południowej, Afryce i Pacyfiku, które często przynosił mu dziadek Edward.
Pierwszy rejs odbył po Mazurach, gdzie też zdobył stopień żeglarza. Później pobierał nauki w Trzebieży. Gdy miał już wszystkie patenty, pomyślał: „Trzeba wybudować łódkę i płynąć w świat”. Ale nie było to łatwe.
– Zacząłem budować mały jacht, który nadawał się może na Bałtyk, ale nie na oceany – opowiada. Kapitan uświadomił to sobie w 1970 roku podczas swego pierwszego dalekiego rejsu, o którym mówiła cała Polska. Popłynął „Chrobrym” na Wyspy Kanaryjskie. Członkiem 12-osobowej załogi był także Henryk Jaskuła. Po powrocie Radomski spostrzegł, że sklejka, z której budował łódkę, została skradziona. – Dziś być może postawiłbym złodziejowi koniak, bo wyleczył mnie z nieodpowiedniej konstrukcji – mówi. Z myślą o budowie jachtu klubowego poszedł do Władysława Chlebika, dyrektora kopalni „Moszczenica” w Jastrzębiu Zdroju, gdzie pracował jako elektryk i prowadził klub żeglarski „Delfin”. Od dyrektora, którego nazywa drugim ojcem, usłyszał: „Dziś jesteś komandorem, a ja dyrektorem. Ale nie wiadomo, co się wydarzy. Jeśli wybudujesz jacht klubowy, to nigdy nie będziesz pewien, że na nim wypłyniesz”. Dlatego zdecydował się budować sam.
Z pomysłami na konstrukcję wybrał się do Kazimierza Michalskiego, który zgodził się przelać marzenia na papier. Tak powstały plany pierwszego jachtu typu Rigel. – Chciałem, aby łódź miała mniej więcej takie parametry jak jacht „Chrobry”. Miałem dużo marzeń, chciałem nurkować, szukać skarbów..., więc kadłub wyposażono w komorę dekompresyjną, wodoszczelne grodzie i szybę w dnie do obserwacji podwodnego świata. To bardzo udana konstrukcja – przyznaje z dumą.
Budowa okazała się jednak przedsięwzięciem zbyt kosztownym, więc zaprosił do spółki kolegów z klubu. – Niektórzy już nie żyją, a ja jeszcze pływam. Wiele osób dziś mówi: „Twój jacht? Przecież to kopalnia go wybudowała”. Ale przecież gdybym ukradł jacht i popłynął w świat, to po powrocie od razu by mnie aresztowali, a nic takiego się nie stało.
Budowa jachtu w hangarze należącym do kopalni trwała prawie 7 lat. Ochrzczono go w Trzebieży, a nazwę zawdzięcza żonie kapitana, Barbarze. – Była nauczycielką, więc ogłosiła w szkole konkurs. „Czarny Diament” spodobał mi się najbardziej, bo to szlachetna odmiana węgla – mówi kapitan. Miesiąc po wodowaniu, 22 czerwca 1978 roku, 16-metrowy stalowy kecz wypłynął w rejs zaplanowany na 4 lata. Dopiero 3 mile od brzegu Radomski uwierzył, że naprawdę został wypuszczony przez komunistyczne władze. Na pokładzie zabrzmiał wtedy polonez Michała Ogińskiego „Pożegnanie ojczyzny”. Polał się szampan. W 15-osobowej załodze była Barbara. Ale po wielu latach nie czekała na nabrzeżu, gdy jacht wracał do Polski z długiej włóczęgi...
Ich związek jest szczególny. Gdy się poznali, od razu powiedział: „Podobasz mi się, chyba się z tobą ożenię, ale czeka mnie długa podróż”. Odpowiedziała, że da sobie radę, ale nie myślała, że rozłąka potrwa tak długo. On też się nie spodziewał, że wracając do kraju, usłyszy o wybuchu stanu wojennego. Wtedy właśnie postanowił nie wracać. – Wierzyłem, że bardziej pomogę rodzinie na odległość. A na wypadek wojny ściągnę ich na jacht – wspomina. Do czasu zmiany ustroju przesyłał zarobione w portach pieniądze i paczki, później rodzina zaczęła odwiedzać go na jachcie, a on czasem wpadał do Polski.
– Barbara była u mnie kilkanaście razy, doskonale radzi sobie za sterem. Syn pływał ze mną 3 lata w Tanzanii, tam zresztą brał ślub. Syn, synowa, obie córki oraz wnuczka Miriam grają na różnych instrumentach, więc na rodzinnych rejsach zawsze jest wesoło – opowiada.
Odbyło się ich kilka, łącznie z rejsem w Czarnogórze na 40-lecie małżeństwa. Radomski doskonale zdaje sobie sprawę, jak wiele zawdzięcza Barbarze. – Największy ciężar poniosła żona, ale wybrała taki los. Mam jej wpisy: „Było wspaniale, oby »Czarny Diament« pływał jak najdłużej”. W podziękowaniach zawartych w książce Jerzy napisał: „Basiu, dziękuję za to, że byłaś dzielna i wytrzymałaś te wszystkie sztormy – moje na morzu i Twoje na lądzie. Dziękuję za wspaniałą opiekę nad naszymi dziećmi: Mariuszem, Magdą i Agnieszką. I za to, że dalej jesteśmy razem”.
Po powrocie po 32 latach, gdy ucichły odgłosy powitania, Barbara przyjechała do męża do Trzebieży. Ale nigdy nie zgodziła się na wywiad. Jerzy na pytanie, jak udało mu się utrzymać rodzinę w całości, odpowiada krótko: „Miałem szczęście”. Swój historyczny rejs podsumował słowami: – Robiłem to, co chciałem, co lubiłem. Miałem dużo poważnych kłopotów, wiele sztormów, jak ten o sile 75 węzłów blisko południowej Afryki. Płynąłem z Australijką, grecki statek niedaleko nas tonął, a my jakoś dzielnie się trzymaliśmy. Myślę, że życie zawdzięczam mojemu czworonożnemu żeglarzowi. Burgas ostrzegł mnie szczekaniem przed piratami, którzy podpłynęli w nocy do jachtu. Czasem się zastanawiałem, po co to wszystko. Ale tak to już jest w żeglarstwie, jeden dzień jest zły, a dziesięć dobrych.
Na powitanie żeglarza wracającego po 32 latach wypłynęło 30 jednostek (27 czerwca 2010 roku). Na pokładach byli żeglarze z Polski, Niemiec, Szwecji i Czech oraz dziennikarze. W Świnoujściu rozbrzmiały salwy armatnie. Zagrano „Mazurka Dąbrowskiego”. Kapitan mówił przez łzy: – Kiedy wchodziłem do kanału La Manche, myślałem, że kończy się przygoda. Ale przecież zaczyna się nowa!
Nowa lądowa przygoda trwała zaledwie dwa lata. Pomieszkał trochę z rodziną w Jastrzębiu, odwiedził bliskich i przyjaciół oraz ukochane góry. Odebrał kilka nagród, został przyjęty do Mesy Kaprów Polskich Bractwa Wybrzeża, przeprowadził poważny remont jachtu, napisał książkę, a także gruntownie się przebadał. – Trochę się obawiałem, co powiedzą lekarze po tylu latach, ale najwyraźniej życie na morzu mi służy. Wszystkie wyniki mam zaskakująco dobre.
Kapitan Radomski rok temu znów wypłynął. Postanowiliśmy więc sprawdzić, co słychać u polskiego wagabundy. I poprosić go o refleksje na temat współczesnego żeglarstwa.
Jerzy Radomski: Widzę zmiany niezbyt dobre dla żeglarzy. Wszystko, niestety, jest coraz droższe. Nawet przez trzy ostatnie lata zauważyłem wzrost cen. Na Grenadzie postój w marinie kosztował niecałe 30 dolarów, teraz już 50. Kiedy przepływaliśmy w latach 80. przez Kanał Panamski, płaciłem 67 dolarów, z czego 25 zwracali (jeśli jacht niczego nie uszkodził). W tej chwili chcą ponad 2 tys. dolarów. Na Galapagos opłata za kilkudniowy postój wynosiła 70 dolarów, dziś trzeba wydać 700. Tam też świat się zmienia.
Zauważam również zmiany klimatyczne. Rok temu, gdy płynęliśmy przez Atlantyk, przez kilka dni ocean był bardzo wzburzony, fale ze wszystkich stron, a wiatr słaby. Natomiast 400 mil przed Martyniką wiatru nie było wcale, a następnie był nawet przeciwny, więc musieliśmy płynąć na silniku. Później się dowiedzieliśmy, że nad Nowym Jorkiem szalał huragan.
Najważniejsze jednak jest to, że te wszystkie zmiany nie przeszkadzają nam żeglować. W 1981 roku, gdy pierwszy raz byłem na Karaibach, spotykałem mało jachtów, a „Czarny Diament” był chyba jedynym z polską banderą. Natomiast ostatnio, gdy spędzałem święta na wyspie Mayreau, na 15 jachtach powiewała biało-czerwona flaga. Oczywiście w większości były to jachty czarterowe, ale to i tak piękny obraz i oznaka, że turystyka morska się rozwija, a ludzi stać na to, by polecieć sobie na Karaiby popływać.
PD: A jak się miewa „Czarny Diament”?
JR: Stoi na brzegu na wyspie Trynidad w oczekiwaniu na koniec pory huraganów. Tam także jest kilka polskich jednostek. Poznałem wspaniałe małżeństwo – Tomka i Olę Andersów, którzy kupili jacht i mieli z nim trochę problemów. Właśnie się dowiedziałem, że już są na wodzie i pełni optymizmu szykują się do rejsów. Spotkałem też Andrzeja Wartalskiego, kapitana takiego wypasionego jachtu „Shanties”. Na Trynidad dość często zawijają rodacy, bo to dobre miejsce, szczególnie na remont. Mariny są raczej bezpieczne, z dala od narkotykowego biznesu, który kręci się w tym regionie.
PD: Na Gwadelupie spotkałeś Zbyszka Gutkowskiego.
JR: Maszynę „Gutka” podziwiają wszyscy: Niemcy, Francuzi, Amerykanie. Nasze spotkanie z morskimi opowieściami trwało do późnej nocy. Drugiego dnia załoga jachtu „Energa” przyszła do nas na kolację. Byli bardzo zadowoleni, bo na swej łodzi raczej nie gotują, tylko zalewają gorącą wodą jedzenie w torebkach.
PD: Którą z karaibskich wysp lubisz najbardziej?
JR: Każda jest trochę inna. Różnią się mikroklimatem, ludzie inaczej się zachowują, inne są też ceny. Wszędzie słychać reggae. Moją ulubioną jest Dominika z wodospadami w środku lasów tropikalnych. Gdyby Kolumb znalazł się teraz na Karaibach, najlepiej chyba czułby się właśnie na Dominice, bo najmniej się zmieniła. Saint Lucia jest niesamowicie malownicza, stajemy tam przy samym brzegu, pomiędzy dwoma wysokimi górami. W parku narodowym Tobago Cays można nurkować i oglądać żółwie. Martynika jest bardzo ciekawa również ze względu na swą dramatyczną historię – podczas wybuchu wulkanu zginęli wszyscy mieszkańcy ówczesnej stolicy St. Pierre z wyjątkiem zbrodniarza skazanego za morderstwo. Piękną scenerię ma też Gwadelupa z wysokimi górami. Wyspy Les Saintes mają francuską atmosferę i dwa stare forty – Napoleona i Józefiny. Francusko-holenderską wyspę Sint Maarten polubili właściciele wielkich jachtów żaglowych i motorowych, ich łodzie mają nawet po 40 metrów długości. Tutaj mamy w miarę przystępne ceny, bo to wyspa ze strefą bezcłową. Można się zaopatrzyć np. w sprzęt elektroniczny.
PD: W marcu przyszłego roku wybierasz się na Pacyfik. Co cię ciągnie tak daleko?
JR: Pływałem tam ponad 30 lat temu. Byliśmy wtedy bardzo biedni, na niewiele mogliśmy sobie pozwolić. Oczywiście na wielu wyspach Pacyfiku można było stanąć na kotwicy i w ten sposób oszczędzać. Ale właśnie dlatego mam niedosyt. Teraz też nie jestem bogaty, ale przynajmniej mam chętnych do załogi. Być może więc wspólnym wysiłkiem przepłyniemy Pacyfik i będziemy mogli więcej zwiedzać.
JR: Chciałbym się zatrzymać na Galapagos. Warto też zawinąć na Markizy, bo są trochę inne niż pozostałe wyspy Polinezji Francuskiej. Wypada odwiedzić wyspy Tonga, Fidżi, Nową Kaledonię, Vanuatu i wiele innych. Sezon cyklonów przeczekamy w Nowej Zelandii, wtedy kilka osób wróci do domu, a ja zapewne zostanę z młodymi załogantami.
JR: Oczywiście, chciałbym zobaczyć, jak się zmienił ten region. Poznałem dość dobrze wschodnią Afrykę, nie tylko samo wybrzeże kontynentu, ale też Madagaskar i Komory, ze szczególnie piękną wyspą Anjouan. Kiedyś nakręciłem tam film o walce z bykiem. Wyobraź sobie: Afryka, mała wyspa, wielki byk i jakiś „torreador” z długopisem w ręku. Była to bardziej komedia, ale w niesamowicie pięknej scenerii. Byłem tam też na pewnej ceremonii. Dwa dni przed ramadanem panowie przekłuwali sobie szpikulcami policzki, a jeden nawet szpadą brzuch. Nakręciłem dwa filmiki, mój przyjaciel wyświetlił je na swoim telewizorze i mieszkańcy zaczęli mnie uważać za takiego Andrzeja Wajdę. Cała śmietanka przychodziła do niego oglądać te filmy.
Tanzanię również poznałem dość dobrze. Zanzibar nadal musi być uroczą wyspą, choć pewnie zmieniły się ceny. Moją ulubioną jest Pemba – mieszkańcy jednej z tamtejszych wiosek uważali mnie za swojego przyjaciela, doradcę i nauczyciela. Chciałbym też spojrzeć innym okiem na RPA i romantyczny Mozambik. No, a stamtąd trzeba będzie powoli wracać do kraju. Jeśli w przyszłym roku wystartujemy na Pacyfik, powinniśmy za dwa lata dopłynąć do Polski, jeśli szczęście i zdrowie dopiszą.
PD: Czym się różni życie na lądzie od życia na morzu?
JR: Gdy nie oglądasz telewizora, nie słuchasz radia, a dociera do twoich uszu ptasi śpiew i cykady, to czujesz się lepiej. Mam w Polsce rodzinę, więc trochę się interesuję tym, co się dzieje, ale nie jestem cały czas faszerowany kłótniami pomiędzy jedną partią a drugą. I przestaje mnie to obchodzić. Ważna jest dla mnie obserwacja pogody, a zamiast pyskówek w mediach wolę posłuchać szant Jurka Porębskiego czy muzyki poważnej. Albo po prostu szumu morza. Mam wtedy inny świat i to jest chyba najważniejsze w tej przygodzie. Obojętnie, gdzie płyniesz, każdy dzień jest inny, każda godzina... Inne chmury, inny kolor morza, tu rybka wyskoczy, tu mewa, wieje raz słabiej, raz mocniej. Takie życie jest, moim zdaniem, bardziej urozmaicone.
JR: Jestem związany z tym jachtem. Jest dzielny, przeszedł niejeden sztorm o sile huraganu, ufam mu. To moje dzieło, wymyśliłem go – jak ten rejs. Każdy jacht ma duszę i trzeba o niego dbać. Jak o kobietę. Musisz go pogłaskać, powiedzieć dobre słowo. Nieraz do niego mówię. Gdy byłem w Polsce i zostawiałem „Diament” w Wiślince, kręciła mi się łezka w oku. Wyjeżdżam, a on biedny stoi. W mrozy martwiłem się, czy nie marznie. Ta bliskość jest pewnie spowodowana także tym, że włożyłem w jacht sporo pracy. Przez moje ręce przeszło ponad 40 tys. różnych części – podkładki, nakrętki, śrubki, blaszki, liny. Jeśli człowiek ma zamożnych rodziców albo sponsorów, dostaje jacht praktycznie gotowy do rejsu. Co innego, jeśli musi go zbudować sam.
PD: Czy miewałeś uciążliwych załogantów? Jak sobie z nimi radziłeś?
JR: Ponad 1000 osób przewinęło się przez pokład. Miałem szczęście, bo tylko dwa, trzy razy załoganci okazali się nieznośni i trzeba było ich z jachtu wyrzucić. Ale czasy się zmieniają. Gdy w 1978 roku popłynąłem na Morze Śródziemne, na jachcie mieszkało 15 osób. Było ciasno, nie mogliśmy nawet zmieścić się przy stole, ale nikt się tym nie przejmował. Ważne było morze i to, co przed nami. Teraz wszyscy mają wymagania. Oczywiście, są jachty, na których doba kosztuje tysiąc dolarów – wtedy masz saunę i wszystko, co zechcesz. Ale my płacimy tylko za jedzenie i postój w marinach, więc musimy żyć skromnie.
PD: Co powiedziałbyś tym, którzy marzą o takim życiu jak twoje?
JR: Wszyscy nie mogą tak żyć, bo kto by piekł chleb i pracował w banku... Jeśli ktoś naprawdę marzy, musi po prostu zakasać rękawy. Pewnemu chłopakowi, który akurat zdał na studia i koniecznie chciał już płynąć, powiedziałem: „Najpierw musisz skończyć studia, trochę zarobić, a później dopiero pływać”. Nie wszystkim się udaje po prostu załapać na jacht i ruszać w świat. Ci, którzy mają to szczęście, zazwyczaj wiedzą, czego chcą od życia. Jest wielu Polaków pływających jako oficerowie czy kapitanowie na dużych zagranicznych jednostkach i oni dają sobie radę. Słyszałem tylko, że po pewnym czasie staje się to męczące, bo na luksusowym jachcie trzeba stać na baczność, a każdy woli być na spocznij.
PD: Jakie masz marzenia?
JR: Chcę skończyć drugą książkę, jeszcze trochę popływać i odwiedzić jakieś ciekawe wyspy. Jeśli mi się to uda, będę zadowolony. Nie mam wielkich aspiracji, świat już zobaczyłem. Chcę tylko jeszcze pożyć w taki sposób, jaki sobie wymarzyłem i przedłużyć żeglowanie o 2, 3 lata. Na morzu po prostu czuję się lepiej.
/pd/
Jerzy Radomski - Wagabunda z Czarnego Diamentu
Wiatr - 10/2013
3.24.2013
Michał KOZOK - Podróż Siłami Natury przez Amerykę Południową
Michał Kozok jest w trakcie podróży z południa na północ Ameryki Południowej - bez użycia silnika motorowego. Pieszo, biegiem, rowerem, wierzchem, wpław, na wiosłach czy pod żaglami przebędzie ok. 13, 260 km. Wyprawa ma potrać ok 13 miesięcy.
Oto SPOT jego niezwykłej podróży - zapowiadający relacje montowane z nadesłanych przez Michała filmów. Pojawiać się będą TUTAJ oraz na jego stronie internetowej: www.kozok.eu.







